Cześć! Trochę nas od powrotu tutaj rzadko widać, chociaż wpisy niby były zaplanowane i wymyślone. Szczerze mówiąc łudziłam się, że gdy już zasiądziemy w Polsce, wjedzie rutynka, to będzie dużo czasu na pisanie, robienie zdjęć i przygotowywanie postów. He he he, trochę, no odrobinkę się przeliczyłam.

Po pracy najchętniej rozłożyłabym się na kanapie, jak jest słońce (a w Gdyni jest od święta) to biegniemy z Olasem łapać go ile wlezie, bo przecież witamina D sama się nie naprodukuje. Weekendy mijają nie wiem kiedy… zresztą, co ja Wam opowiadam, sami wiecie jak to jest;) Dosyć tłumaczenia się, jedziemy z fotorelacją z Bagan.

Zaczynamy – jak wygląda Bagan?

O Bagan już trochę opowiadałam we wpisie z pierwszymi wrażeniami z Birmy. W skrócie jest to numer jeden z atrakcji turystycznych, trochę taki Mjanmarski Angkor. Czyli pełno – według Wikipedii ok. 2230 – starych świątyń (stupy, pagody, nawet klasztory) na sporym obszarze. W Angkorze w Kambodży byliśmy co prawda kilka lat temu, ale tak trochę sobie porównywaliśmy te dwa kompleksy. W Bagan na maksa nam się podobały małe, opuszczone świątynki, w których chyba najczęstszymi gośćmi były nietoperze i ptaki, które z uporem paskudziły Buddę i posadzkę. Takie ruiny (kochamy ruiny!!!), do których najlepiej jak jeszcze można było dostać się na taras po turbo wąskich schodach.

bagan pagoda budda

bagan pagoda budda

Swoją drogą tuneliki, którymi przeciskaliśmy się na dach świątyń to było czasem wyzwanie! Bywało, że nawet ja z moim 165 cm (w dowodzie), musiałam się zginać prawie w pół, żeby się przez nie przepchnąć. Nie powiem, zawsze to jakiś challenge i dodatkowe emocje w stylu „no tu to już naprawdę jest hardkor!”.

bagan pagoda

Po Bagan porusza się elektrycznymi skuterkami. Maksymalna prędkość, gdy wiatr wieje w plecy to jakieś 60 km/h. I zgadnijcie co – jedyną stłuczkę jaką mieliśmy w podróży, zaliczyliśmy właśnie na tej popierdziawce. Nie z naszej winy, żeby nie było. Olasowi tylko jacyś bagańscy nastolatkowie obtarli łokieć.

Mnichem być (a najpierw nowicjuszem)

ceremonia nowicjuszy

Znaleźliśmy się też przypadkowo na ceremonii wstępowania do klasztoru małych chłopaczków. Ogólnie bycie mnichem nie jest jakimś super szczególnym przywilejem, nie trzeba skończyć do tego szkoły, czy być zagorzałym wierzącym. Większość rodziców, jeśli ma w domu syna, wysyła go do klasztoru na tzw. nowicjusza. Każdy może nim zostać i to tak długo, jak chce. A co ciekawe, są też mniszki – w żadnym innym kraju ich nie widzieliśmy.

A wracając do ceremonii – przechadzaliśmy się po małej wiosce, znajdującej się na obszarze kompleksu świątyń, kiedy zaczepił nas pan Mjanmarczyk i powiedział, żebyśmy szli za muzyką, bo tam się dzieją ciekawe rzeczy i nam się spodoba. I faktycznie, było to dla nas coś nowego… chłopcy poprzebierani w oczojebne ciuszki, trochę jak księżniczki, wymalowani jakby sami dorwali się do szminek, cieni do powiek i róży swoich mam. O co tu kurka chodzi? Zaraz zaczepił nas jakiś pan Mjanmarczyk numer 2, zapraszając na obiad. Raz, że tym ludziom się nie odmawia, bo oni serio są przekochani i naprawdę chcą cię ugościć, a dwa – byliśmy głodni, więc skorzystaliśmy. Na stół wjechało pełno gotowanych i pieczonych warzyw, sosy, niesosy, owoce, napoje, wszystko pyszne, jak to w Mjanmie. A później poobserwowaliśmy mega znudzonych, przyszłych nowicjuszy, do których podniosłym głosem przemawiał ktoś-na-pewno-ważny.

bagan wioska źrebak

bagan wioska

bagan wioska

koń w bagan

bagan wioska

bagan ceremonia nowicjuszy

bagan ceremonia nowicjuszy poczęstunek

bagan ceremonia nowicjuszy

Na takie uroczystości natrafiliśmy jeszcze kilka razy podczas naszego pobytu w Mjanmie – zawsze jest wtedy wielka kolacja dla każdego, kto tylko będzie przechodził obok. Bywa, że przygotowują ją kobiety z wioski, w której odbywa się ceremonia albo są wynajęci do tego celu kucharki… no taki catering powiedzmy;) Na wydarzenie zjeżdżają się całe wioski, jest mega głośno i kolorowo. A chłopcy są tak wystrojeni, bo po prostu uważają, że wyglądają wtedy bardzo uroczyście i pięknie. Fun!

Wschody i zachody słońca, bez tego ani rusz!

bagan zachód słońca

To, co ludzi zachwyca w Bagan oprócz świątyń, to wschody i zachody słońca. Faktem jest, że tak pomarańczowego słońca i przecudnej, złoto-żółtej poświaty nie widziałam chyba nigdy. Jest sztos! I w pakiecie pełno ludzi. Nie tyle co na wschodzie przy Angkor Wat, ale wciąż.

Na zachodach byliśmy dwóch – na pierwszym (zanim dojechaliśmy do jakiejś pagody, przy której nie byłoby dziesiątek turystów) zdążyliśmy zobaczyć już tylko pomarańczową kulkę tuż nad linią horyzontu. W sensie spóźniliśmy się. Ale za to przy świątyni oprócz nas była tylko tamtejsza rodzinka, która po prostu pod pagodą miała swój „obóz”. To znaczy dom, który składał się z kilku szałasów, zbitej z dech chałupki i przywiązanych do drzewa kilku krów.

pagody bagan

pagody bagan

Na drugi dojechaliśmy względnie wcześnie, gdy jakaś bagańska dziewczyna zapytała nas, czy chcemy żeby nam pokazała zaciszną świątynię z ładnym widokiem na zachód – pojechaliśmy i było pięknie. Tylko tym razem musieliśmy szybko się zbierać, żeby zdążyć na wieczorny autokar do Kalaw. Także można to podsumować jako jeden pełny zachód widziany z dwóch pagód.

bagan pagoda taras

Wschody to już w ogóle jest wyższa szkoła jazdy, bo każdy wtedy chce zrobić pocztówkowe zdjęcie z balonami unoszącymi się nad świątyniami. No cóż, nam się nie udało. Raz, że wybraliśmy jakąś świątynię na uboczu, daleko od startu i mety balonów. Dwa – jak pech to pech – wiał dosyć silny wiatr i te balony zawiało jeszcze dalej od nas.

Za to mieliśmy później super przechadzkę po mini kompleksie stup, a wracając z niego chcieliśmy być hop do przodu, pojechać jakąś drogą „off the beaten track” i kilka razy się zakopaliśmy, zabłądziliśmy i suma summarum musieliśmy zawrócić, bo po polu jechało się co najmniej słabo. Lubimy sobie czasem utrudniać życie:)

Podsumowując – Bagan jest nie do pominięcia będąc w Mjanmie. Byłoby mi przykro gdybyśmy tam nie pojechali, pomimo, że jest turystycznie i drogo. O noclegu, najgorszym ever, po raz drugi pisać nie będę, historię znajdziecie tutaj. Ach, jeszcze jeden plus Bagan to przekozacka knajpa, którą poleciła mi moja kuzynka – Bibo. Przez dwa dni w Bagan zdążyliśmy tam zjeść trzy razy i zawsze było pysznie. A! I ostatnie – jest tam pełno hasających po pagodach wiewiórek, które wyjadają Buddom dary:) 

bagan squirell

(Visited 204 times, 1 visits today)

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *