Zanim w ogóle zamieszkaliśmy w domu na kółkach już planowaliśmy co do niego kupimy. Dla Olasa numerem jeden było krzesełko emeryta. To moja autorska nazwa składanego krzesła z dziurą na kubek w podłokietniku. Ja oburzona twierdziłam, że w ogóle bez sensu, nie zmieści się! Trochę się o to krzesło nawet pokłóciliśmy. Dla mnie najważniejsza była szpatułka do mieszania w garach (koniecznie silikonowa!). Jeśli ktoś jest ciekawy finału naszych sporów: krzesełka nie kupiliśmy (nie zmieściło się, a mój emeryt sobie wzorowo bez niego poradził;)), a szpatułkę tak i sprawdzała się świetnie!

No dobra, ale jak urządzić się w vanie żeby żyło się wygodnie? Co w ogóle kupić? To była nasza pierwsza wyprawa tego typu i trochę kminiłam co wpisać na listę rzeczy do kupienia, jak to wszystko ogarnąć, żebyśmy żyli jak król i królowa w naszej villi na kółkach. Okazało się, że nie ma co się spinać! Życie w samochodzie to nic trudnego, ale podrzucamy Wam listę rzeczy, które zorganizowaliśmy sobie przed roadtripem. Nic więcej nam do szczęścia nie było potrzebne!

KUCHNIA

– kuchenka gazowa – bez tego życie w domu na kółkach nie ma sensu (+ butelki z gazem, w sumie gotując coś codziennie, w tym wodę na kawę, zużyliśmy ich przez miesiąc 7). Nie masz kuchenki turystycznej to lepiej zostań w domu.

–  garnek z pokrywką

– patelnia

– zaparzacz do kawy – kupiliśmy taki mini, na 2 filiżanki kawy (tudzież ¼ kubasa turysty). Nie chcieliśmy kawy rozpuszczalnej, takie z nas francuskie pieski, więc padło na sypaną. A że fusów nie lubimy…:) to zostawiliśmy 6$ w Pak’n’Save wychodząc z uśmiechami na twarzy i plungerem pod pachą (marki PAMS ofc).

– plastikowe miski/talerze – takie wielokrotnego użytku oczywiście. Głównie szamaliśmy z misek i chociaż ja na początku uważałam, że po co kupować aż cztery skoro jest nas tylko dwójka to szybko się okazało, że jakoś nie za bardzo chce się po każdym posiłku zmywać, gdy nie ma dostępu do bieżącej wody. Mieliśmy więc po dwie miski śniadaniowe i obiadowe:)

– deska do krojenia

– kubki z pokrywką – przywiezione z PL, przydają nam się często w podróży

– sporki – też wywiezione z PL, chociaż ja Olasa lekko stopiłam machając nim na patelni, za co Olo w odwecie mój przypadkowo złamał… Ale w jakimś iSite znaleźliśmy identyczne i nie musiałam już więcej jeść kikutem.

– dwa noże (jeden z piłką)

– otwieracz do puszek – no bo jak ugotować obiad, skoro połowa jego składników jest w puszce?

– obieraczka do warzyw

– tarka (jednak po tygodniu stwierdziliśmy, że ją dokupimy, bo jak to tak jeść makaron z pesto bez tartego sera!)

– silikonowa szpatułka!;)

– plastikowe pojemniki

– 20-litrowy zbiornik na wodę – w formie worka z kranikiem, bo łatwiej było go upchnąć w aucie, zwłaszcza, że zazwyczaj mieliśmy go wypełnionego tak do połowy. Jak wygląda możecie zobaczyć we wpisie o życiu w vanie.

– miski – jedna taka porządna, duża, co zmieści kilkanaście litrów, druga mniejsza. Służyły nam do zmywania i płukania naczyń, czy do porannego mycia facjaty albo prania skarpet (duża).

– gąbka i płyn do mycia naczyń

– ściereczka

ŁAZIENKA

– ręczniki szybkoschnące – używane przez nas najczęściej, chyba że już mieliśmy dosyć wycierania się w mikrofibrę, a było mega słonecznie to korzystaliśmy z normalnych ręczników, które sobie sprawiliśmy po przyjeździe do NZ

– mały ręcznik do twarzy

– prysznic solarny – odkupiliśmy za grosze, skorzystaliśmy tylko dwa razy, bo okazało się, że południowa wyspa usiana jest prysznicami (niemalże;)). Ale kąpiel pod chmurką niczego sobie!

– mydło – w wielu kibelkach nie ma niestety mydła (zazwyczaj mieliśmy do dyspozycji coś w stylu TOITOI’a w nieco lepszym wydaniu), ale jest dostęp do wody, a jeśli nie mamy wody to chociaż…

– mokre chusteczki – zużywane przez nas w ilości masowej

– papier toaletowy – ale bez przesady! W 90% toalet jest papier, ale who knows, kiedy nie będzie i co wtedy! No katastrofa!

– krem z filtrem – must w Nowej Zelandii! Używaliśmy tylko filtru 50+ i chociaż lubię wakacyjną opaleniznę to problem z dziurą ozonową nad NZ = mocne poparzenia skóry = nie, dziękuję, nie chcę być skwarką

– repelent na owady – dokładnie na zajebiście upierdliwe sand flies, szajs straszny, który gryzie na całego, jest wielkości muszki-owocówki i potrafi wlecieć wszędzie!

– no i oczywiście cała artyleria standardowych kosmetyków:)

SYPIALNIA

Sypialnię mieliśmy z grubsza ogarniętą, bo kupiliśmy auto, które było już wyposażone w:

– łóżko

– materac z gąbki

– dwie dmuchane karimaty

– prześcieradło

– firanki (tylko dwie musieliśmy dorobić)

Poza tym dorzuciliśmy:

– poduszki (plus dwie poszewki)

– śpiwory – tachane z PL

– kocyk – mój prywatny, który jeździ ze mną od pół roku. Kojarzycie fazę młodych mam na kupowanie swoim dzieciakom kocyków z materiału minky? To ja taki mam i jaram się nim! Dostałam jako jeden z elementów prezentu pożegnalnego w pracy i od tej pory jesteśmy nierozłączni. No i jest w truskawki:) Dogrzewał mnie w ziiiiimne noce na wschodzie.

– czołówki – na nocną wyprawę do kibelka, czy czytanie książek po zachodzie słońca

INNE

– karty do gry – dopiero podczas roadtripa sięgnęliśmy po nie, bo wieczorem nie ma siedzenia w Internetach i oglądania telewizji, eureka! Jeszcze w PL kupiliśmy fajną grę karcianą „Ewolucja” – zajmuje mało miejsca, każda rozgrywka jest inna i bardzo serdecznie polecamy. Poza tym dostałam w ramach prezentu świątecznego, w pracy w Hanmer, tradycyjną talię kart, więc rozwalałam Olasa w makao (a później on mnie).

– ekotorba – zawsze się do czegoś przydaje, my w niej mieliśmy kosmetyki, które braliśmy pod prysznic, żeby za każdym razem ich nie rozpakowywać i pakować na nowo.

– kartony – no a w co to wszystko powkładać i posegregować?! Kartony są oczywiście najtańszą wersją, bo są za darmo, ale jak ktoś jest pro to może kupić sobie duże, plastikowe pojemniki.

Trochę tego sporo, co? Ale tak to tylko wygląda! Kuchenne rzeczy wrzuciliśmy w sumie w trzy kartony i torbę-lodówkę, którą odziedziczyliśmy kupując auto (w jednym boxie były naczynia, w reszcie jedzono, duuużo jedzona). Łazienka to był zaledwie jeden, niewielki karton. Sypialnia to nie karton tylko łóżko na tyłach samochodu (heheszki), do tego trzy kartony na ubrania (jeden mój, jeden Olasa, jeden z pokrywką na brudne ciuchy-śmierdziuchy) i jeden na duperele typu kabelki do ładowania całej elektroniki, gry i zabawy (czyli karty, gra i frisbee którego nigdy nie użyliśmy) i inne takie. Także musimy przyznać, że w Hondzie Odyssey naprawdę można całkiem nieźle się urządzić. Z zewnątrz wygląda niepozornie, a w środku… niemal z Olkiem się ganialiśmy w tej furze! A tak na serio, to miejsca na dwie osoby jest wystarczająco i chociaż wśród backpackersów króluje Toyota Estima to zaraz po niej prym wiedzie nasza hondzia.

(Visited 347 times, 1 visits today)

4 Comments

  1. Ania 12 maja 2016 o 01:30

    Krzeselko emerytak, haha! To podstawowy element wyposażenia każdego Kanadyjczyka (no przynajmniej Ontaryjczyka). I to nie jest tak, że rozkładają się z nimi tylko na campingach czy domkach nad jeziorem – oni chodzą z tymi krzesełkami na koncerty latem a nawet na różne parady i festiwale.. Ot tak, żeby było gdzie usiąść 😀

    Pozdrawiam, Ania 🙂
    http://pandaoverseas.com/

  2. Agata 13 maja 2016 o 06:49

    Takie zjawisko widziałam czasami nawet w PL 😀 No ale co! Niejeden pewnie zazdrości, bo też by sobie wygodnie usiadł haha 😀

  3. Monia 22 maja 2016 o 18:22

    Kochana , jesteście genialni ! Od dłuższego czasu zastanawiam się nad wyprawą z moją drugą polowka z Polski do Hiszpanii , ale my mamy autko w kombi i to niedostosowane 🙁

    1. Agata 27 września 2016 o 01:32

      Zawsze jest opcja namiotu albo wypożycznia furki na miejscu 🙂 No albo większy hardkor i złożenie tylnich siedzeń i spanie w kombiaku – wersja dla budżetowców 😀

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *