free walking tour dowiedzieliśmy się od Polaków, których spotkaliśmy u Zhe. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszeliśmy, a okazało się to super ciekawym punktem naszej wizyty w stolicy Chin.

Free walking tour Beijing to nic innego jak spotkanie z miejscowym Chińczykiem (Leo to niemalże legenda Pekinu, zobaczcie sami na tripadvisorze! I nie, to nie ten człowiek na powyższym zdjęciu;)), w konkretnym miejscu o wybranej porze, po to żeby przez 3,5 h pochodzić po mieście i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy.

Jak to w ogóle ogarnąć? Wystarczy napisać do niego maila z pytaniem, czy ma wolne miejsca na interesujący nas termin (grupy są max. 10 osobowe) i stawić się przy wyjściu E na stacji metra Nanluoguxiang o ustalonej godzinie. No i jak sama nazwa wskazuje taka przechadzka z Leo jest darmowa.

My przełożyliśmy specjalnie wycieczkę na Mur Chiński na inny dzień, żeby dołączyć do free walking tour i zdecydowanie nie żałujemy. Leo to mega pozytywny Chińczyk z ogromną wiedzą i rzucający co chwilę jakimiś ciekawostkami o mieście i kulturze Chin.

Na początku przeszliśmy się na spacer po hutongach, czyli „dzielnicach” parterowych domków otoczonych wąskimi, starymi, chińskimi uliczkami, których maksymalna szerokość wynosi 9 metrów, jednak wszystkie, którymi chodziliśmy były zdecydowanie węższe. Wiele hutongów zostało już niestety wyburzonych, a w ich miejsce postawiono bardziej nowoczesne budynki. W tych, które się ostały w dalszym ciągu mieszka wiele rodzin. Domy są tutaj mooocno zapuszczone, w większości należą do państwa i raczej nikt o nie nie dba. I tutaj hicior – Leo zabrał nas do domu swojego starego znajomego, który mieszka w hutongu! Niech nie zmyli Was, że drzwi przy wąskiej uliczce prowadzą do czyjegoś mieszkania. To dopiero drzwi do czegoś w rodzaju dziedzińca, z którego można następnie dostać się do trzech odrębnych podwórek, a z nich do niewielkich chałupek trzech osobnych rodzin. Także siatka mieszkań za murami, które widzimy chodząc po hutongach jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje.

Zostaliśmy uprzedzeni, że znajomy Leo ma wiele zwierząt i jest znaną postacią w najbliższym sąsiedztwie. Okazało się, że odwiedzamy starego Chińczyka, po którego podwórzu biegają kury i króliki, łażą koty, w wielkich donicach pływają złote rybki, w klatkach siedzą świnki morskie, a gdzieś nad naszymi głowami sklecony jest gołębnik z mnóstwem gołębi (obrzydlistwooooo!). W domu zobaczyliśmy jeszcze więcej: sporych ryb i glonojadów, kameleona, psa i… olbrzymie koniki polne. Te ostatnie są szczególne ważne, bo dzięki nim pan Chińczyk jest znany.

Słyszeliście kiedyś o walkach koników polnych? My nie i ciężko było nam ogarnąć jak niby koniki polne mają ze sobą walczyć. Dowiedzieliśmy się, że w Chinach to całkiem popularna „gra” i przekonaliśmy się o tym będąc później w Szanghaju – prawie w każdym parku widzieliśmy grupy skupionych mężczyzn obstawiających zakłady, który konik polny wygra walkę. No a nasz Chińczyk i jego koniki, byli w tym szczególnie dobrzy, pojawili się nawet kilkukrotnie w gazecie!

Okej, ale jak to działa? Otóż dzień przed walką pana robala wkłada się do specjalnej, drewnianej i dosyć ciasnej tuby razem z panią robalką. Dzięki temu następnego dnia staje się on bardziej nabuzowany i waleczny, gdy ma stanąć czułka w czułkę z rywalem. Sama walka odbywa się na małym ringu – wygląda jak pudełko po lodach przedzielonych w połowie plastikową ścianką, za którą zagrzewane są do boju koniki polne, czyli smyrane cienkim ździebełkiem po skrzydełkach przez Chińczyków. Później następuje zwolnienie blokady, czyli ścianki, i koniki ruszają na siebie! Wygrywa ten który wyda z siebie specjalny dźwięk albo mocniej ździeli rywala nóżką. CZAICIE?:)

W pudełeczkach na stole siedzą już gotowe do walki koniki polne
W pudełeczkach na stole siedzą już kandydaci do kolejnej walki
Przygotowanie do ataku
Biją się!
Biją się!
I po walce, komuś hajs się zgadza, a kto inny przegrał zakład
I po walce, komuś hajs się zgadza, a kto inny przegrał zakład

Leo opowiedział nam też trochę o małżeństwach w Chinach. Obecnie standardowy wiek na hajtanie to 20 lat dla kobiet, a 22 dla mężczyzn. Ale kiedyś to było dopiero! Nie dość, że wiek niższy to jeszcze kobieta mogła wyjść z domu dopiero jak wyszła za mąż plus, uwaga, nie mogła widywać mężczyzn zanim nie stała się mężatką. W tym momencie rodzi się pytanie – jak miała spotkać tego jedynego i jak on miał znaleźć tą jedyną jak wszystkie wolne dziewczyny pokitrały się po domach? Tutaj przychodziło na pomoc stare, dobre swatanie, ale tylko na zasadzie opowiadania, że ta to jest taka i taka, a ten taki i taki. A jak on miał wiedzieć, że ona nie jest brzydka jak noc? No oczywiście znać wymiar jej stopy! Jak girka mała to i kobieta musi być piękna. Taki kanon piękności panował kiedyś w Chinach, a my zobaczyliśmy jak wygląda stopa babci Leo po obwiązywaniu i ściskaniu jej bandażami, co by nie urosła – dla nas bynajmniej nic pięknego. Do tego wszystkiego dochodziły podziały na klasy. Przed wejściem do domów ludzi z wyższych sfer znajdowały się (zresztą można zobaczyć je do dziś) odpowiednie oznaczenia. Nad drzwiami, prostopadle do nich, wbite pale (bimsy) – im więcej tym bogatsza rodzina. Do tego po obu stronach drzwi postawione kamienne figury, przedstawiające typ rodziny – np. książki symbolizujące naukowców, czy lwy symbolizujące rodzinę królewską (teraz są wszędzie, ale kiedyś zarezerwowane były dla carów). A! Jeszcze ilość stopni prowadząca do drzwi miała znaczenie, wiadomo, im więcej tym lepiej. Nie było miksowania małżonków z różnych klas. Jeśli przed domem dziewczyny były dwa pale, dwa stopnie i kamienne księgi, mogła połączyć się z chłopakiem, który miał identyczne oznaczenia przed swoim domem. Trochę nuda, co?

Hutongi dla bogatych
Hutongi dla bogatych

Nowo zawarty związek do dziś symbolizuje się przez naklejenie przy wejściu do domu czerwonego znaczka, pokazującego dwie połówki połączone ze sobą.

Wspólnie z Leo zobaczyliśmy też dwie wieże Bell Tower i Drum Tower, przeszliśmy się w ciemnościach przy jeziorze otoczonym kolorowymi neonami knajpek i usłyszeliśmy tajemniczą historię zamknięcia części Zakazanego Miasta dla odwiedzających. Jak będziecie kiedyś w Pekinie to zdecydowanie polecamy free walking tour, zawsze to inny sposób na zwiedzanie niż tradycyjny, a można usłyszeć wiele ciekawostek, których pewnie nie znajdziemy albo nie doczytamy w przewodnikach.

(Visited 216 times, 1 visits today)

4 Comments

  1. Tomasz 5 marca 2016 o 09:43

    Cudowne zdjęcia, świetna narracja 🙂 na pewno będę tu często wracał!

    1. Agata 6 marca 2016 o 00:48

      Dzięki Tomasz! 🙂 Zapraszamy, akurat niedługo startujemy z relacjonowaniem road tripa po Nowej Zelandii – jest co opowiadać 😀

  2. Pingback: Planowanie wakacji za granicą krok po kroku - STO historii

  3. Pingback: Szanghaj - 5 najlepszych miejsc

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *