Kolej transsyberyjska od dawna stanowiła mocny punkt planu początku naszej podróży. Przeczytaliśmy wiele opinii, że to już nie ta sama kolej co kiedyś, wódka nie leje się strumieniami itd. Osobiście nie nastawialiśmy się na to, żeby brać udział w rosyjskiej posiadówie w transsibie. Byliśmy po prostu ciekawi jak to jest jechać pociągiem przez kilka dni.

Wybraliśmy połączenie Moskwa – Czita, jednak postanowiliśmy wysiąść szybciej, w Irkucku, żeby zobaczyć z bliska Bajkał, ale o tym w kolejnym wpisie:) Podróż i tak miała zająć ponad 86h, więc doszliśmy do wniosku, że to nam w zupełności wystarczy. Wybraliśmy najtańszą klasę, tzw. plackartę. Miejsca standardowo po środku wagonu, jedno na górnym, a drugie na dolnym łóżku – dzięki temu za dnia często siedzieliśmy na dole, a jak któreś z nas miało ochotę na drzemkę to szło „do góry”.

Pociąg odjeżdżał z dworca Jarosławskiego o 13:50, a na miejsce miał dojechać o 03:28 (wszystkie godziny na linii transsyberyjskiej podane są w czasie moskiewskim, więc należało dodać do tej godziny jeszcze 5 h). Transsib liczył 15 wagonów, w tym jeden pocztowy i trzy restauracyjne. Każdy wagon ma dwóch prowadników, którzy na zmianę pełnią obowiązki wpuszczania nowych pasażerów, drobnej sprzedaży jedzenia, picia i…maskotek, sprzątania i pilnowania porządku. W każdym wagonie przy pomieszczeniu prowadników znajduje się samowar, z którego bez limitu możemy sobie parzyć herbatę, kawę i zalewać chińskie zupki.

Zastanawialiśmy się jaki typ Rosjan będziemy mieli za sąsiadów. Po mniej więcej dwóch godzinach moje sprawne oko obczaiło, że w wagonie jest kilku „zawodników”. Wiadomo, że alkohol na ludzi działa różnie, ale czegoś takiego się nie spodziewaliśmy. Na naszych oczach koleś, który szybko odpadł, tak się wiercił na łóżku, że w końcu spadł z niego na glebę… i nic. Chrapał sobie dalej w najlepsze. Inni towarzysze chcieli go obudzić, ale nawet kilka płaskich na twarz nie pomogło. Ostatecznie został dosłownie podrzucony na łóżko, z którego niedługo potem ponownie spadł. Za kolejnym, trzecim już razem pasażerowie Misza i Wania machnęli na niego ręką. Pomógł dopiero delikatny kopniak przypadkowej osoby, której ewidentnie nie odpowiadał trup leżący na środku przejścia – w sumie nic dziwnego. Po chwili Misza i Wania spostrzegli, że przyglądamy się tej fascynującej akcji i powiedzieli, że nie ma się czym przejmować, że to tylko Rosja i tak zaczęliśmy rozmawiać. Misza zadawał nam sporo pytań, a mocno podchmielony Wania nie nadążał z trawieniem odpowiedzi, więc po chwili pojawił się z litrową puszką piwa, którą zaczęliśmy wspólnie rozpracowywać. Kilka łyków później pojawił się kolega Wani, który przyłączył się do rozmowy i jak usłyszał, gdzie jedziemy zapytał, czy się nie boimy i żebyśmy uważali na zwierzęta w lasach. Opowiedział kilka historii z tym związanych, spośród których najbardziej rozwaliła mnie ta z kategorii „osobiste”. Otóż cztery lata temu jego żona poszła do lasu na jagody i już z niego nie wróciła. Znaleziono tylko jej kawałki, bo resztę zjadł niedźwiedź… MASAKRA. Nie za bardzo wiedziałem co odpowiedzieć, bo takiej historii w życiu nie spodziewałem się usłyszeć, w związku z czym dostaliśmy wskazówki od towarzyszy jak się zachowywać na wypadek bliskiego spotkania z niedźwiedziem lub wilkami… Do tej pory jedyny trick na zwierzęta jaki znaliśmy to sposób na ucieczkę przed poczciwym, polskim dzikiem, który sprzedał nam Dziadek Agaty.

Następnego dnia ze smutkiem zauważyliśmy, że gwiazdy poprzedniego wieczora opuściły już kolej. Nastąpiło spore przetasowanie wśród pasażerów w naszym wagonie i tak naprawdę do Irkucka nie dojechał nikt, kto wsiadał w Moskwie. Z każdym dniem przyzwyczajaliśmy się do zmiany czasu, jednak trzeciego dnia dziwnie było zauważyć, że o godzinie 14 (moskiewskiego czasu) jest ciemno za oknem.

Co jeść w transsibie?

W naszym wykonaniu śniadania i kolacje wyglądały prawie tak samo, tj. pieczywo posmarowane serkiem i warzywa. Na pierwszy obiad mieliśmy dużą zupkę chińską, a na kolejne dwa Agata wpadła na pomysł jeszcze w Polsce, żeby zalać kuskus wrzątkiem i dodać do niego jakiś sos. Kupiliśmy leczo, które było średnie i w ogóle nie widzieliśmy dużego wyboru sosów w słoikach, więc jak ktoś ma miejsce, to brać z Polszy! Dodawaliśmy do niego pokrojone parówki, żeby wyglądało to trochę lepiej, ale Agata i tak rozmyślała o knedlach Mamy albo chociaż schabowym.

Na stacjach, na których pociąg stoi dłużej spokojnie można wysiąść i kupić coś w sklepie dworcowym, z odpowiednio wyższymi cenami. Na niektórych spotkać można babuszki, które sprzedają suszone i wędzone ryby, ciepłe obiadki i warzywa. Poza tym z restauracyjnego wagonu chodzą kelnerzy i proponują jakieś śniadania, „biznes lancze” i ciebureki do przekąszenia – te ostatnie polecamy, za 60 rubli (3,5 zł) dostajemy dużego pieroga nadzianego mięsem z cebulką.

Ceny w transsibie

W wagonie restauracyjnym oferują śniadania, obiady i kolacje w cenach 200, 300 rubli (11, 17 zł) wzwyż. My zdecydowaliśmy się tylko na piwko – Sibirskaya korona za 150 rubli (8,2 zł), które w sklepie kosztuje 50 rubli (2,8 zł). U prowadnika piwa nie dostaniemy, a na stacjach nieraz spod lady oferują najtańsze i nienajlepsze za 100 rubli (5,5 zł). Herbata i kawa to koszt 30 rubli (1,7 zł) u prowadnika i 70 (3,9 zł) w wagonie restauracyjnym. Zakupy do transsiba można zrobić w markecie (szeroki asortyment i rozsądne ceny), który znajduje się po drugiej stronie ulicy przy dworcu w pasażu handlowym z napisem „Univermag” – w środku można się pogubić, dlatego warto spytać kogoś o sklep (rus. magazin). Przed podróżą można też dobrze zjeść w sieciówce „Jolki Palki” po tej samej stronie ulicy co sklep, zaraz obok innego dworca.

Ładowanie baterii w transsibie

W wagonie znajdują się trzy gniazdka, jednak są niefortunnie umieszczone pod sufitem i są strasznie rozklekotane. Polecamy pilnować ładowanego sprzętu, bo my już pierwszego dnia pozbyliśmy się powerbanka, który ktoś nam zwinął, gdy czytaliśmy w najlepsze książki.

Jak widać na naszym przykładzie coś tam jeszcze się zachowało ze starych historii o transsibie i jego pijących pasażerach:) Ale mimo wszystko jest raczej spokojnie i bezpiecznie, a ludzie przez większość czasu są na pograniczu chillu i spania, a resztę dnia spędzają na jedzeniu i podziwianiu widoków, które są piękne! Zdecydowanie polecamy każdemu kto się zastanawia nad taką podróżą.

(Visited 578 times, 1 visits today)

6 Comments

  1. http://bezbrzeznemysli.blogspot.com/ 17 stycznia 2016 o 09:47

    Od dawna kusi mnie kolej która przecina pół świata, trochę z ciekawości, trochę dla widoków, aby poznać ludzi gdzieś hen w Rosji a przy okazji ukłonić się w stronę mego pradziadka, który budował kolej w Omsku. Dziękuje za fajny opis … jak to jest podróżować non stop przez tyyyle godzin. Jak widzę nie jest źle. :)))

    1. Olo 18 stycznia 2016 o 03:40

      Naprawdę warto! W sumie raz wystarczy, dla zaspokojenia ciekawości, no chyba, że ktoś lubi spędzać tyle czasu w pociągu – ale nie było źle, można się wyspać za wszystkie czasy. Szacunek dla pradziadka:)

    1. Agata 17 lutego 2016 o 05:31

      Czytaliśmy i szczerze mówiąc nas nie porwała niestety 🙁 Myśleliśmy, że będzie w niej więcej historii z samej kolei niż opisów Syberii. Na coś innego się nastawiliśmy po prostu.

  2. Pingback: Rok w podróży - podsumowanie miesiąc po miesiącu | STO historii

  3. Szymon 3 sierpnia 2017 o 15:22

    Jedziemy z dziewczyną w bardzo podobną podróż, ruszamy w połowie października do transsiba wsiadamy 1 listopada. Mam wobec tego dwa pytania 😀
    W jakim okresie czasu Wy odbywaliście swoją podróż?
    I czy te jajka które widzę na jednym ze zdjęć zdołaliście ugotować w tym samowarze? 😀
    Czytałem już gdzieś że na niektórych stacjach można kupić obiadki ze schabowym i ziemniaczkami. Widzieliście coś takiego? A jeśli tak to jaki był tego koszt mniej więcej?
    Super że was znalazłem bo jak dotychczas odpowiedzieliście swoimi wpisami na wiele moich pytań 🙂

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *