Gdy nastały piękne czasy w Nowej Zelandii, czyli odkąd mamy auto, staramy się jeden dzień wolnego w tygodniu wykorzystać jak najlepiej się da. O ile nie trzeba nic załatwić ani nie pada – ruszamy w drogę, zobaczyć coś w okolicy. Okolica oznacza dwie godziny drogi w jedną stronę gdziekolwiek byśmy się ruszyli – bliżej są tylko łąki z owcami, ciągnące się pasy rosnących winogron albo jakieś małe miasteczka z pięcioma domami na krzyż.

Przez pierwsze dwa tygodnie lutego pogoda była piękna, lato w pełni, gorąc straszny, więc oba wolne dni udało nam się spędzić w okolicach oceanu. W tym na początku miesiąca zobaczyliśmy wielką wodę po raz pierwszy – ja myślałam, że mi się łezka w oku zaraz zakręci, tak cieszyłam się, że widzę WODĘ! Ale taką porządną, nie mały strumyczek, czy rzekę. Stwierdziliśmy w trakcie gapienia się na fale, że my jednak nie nadajemy się do życia w górach, czy w centralnych rejonach kraju. Życie od urodzenia w Gdyni robi swoje, do tego u mnie w rodzinie wśród mężczyzn sami ludzie morza:) No ta tradycja i styl życia (?) w nas po prostu siedzą i już.

Kaikoura

Wracając do naszej wycieczki, po krótkiej historii, dlaczego ocean nas jara, postanowiliśmy pojechać póki jeszcze siedzimy w Hanmer do Kaikoury. Była na początku w planach naszego road tripa, później ją wywaliliśmy, bo jakoś nie po drodze, ale skoro jest w naszej „okolicy”, to idealnie nadawała się na jednodniowy wypad podczas wolnego.

Zapakowaliśmy się rano w samochód, zabraliśmy wałówkę do ugotowania obiadu pod chmurką i ruszyliśmy z zamiarem zrobienia 3-godzinnej wędrówki dookoła półwyspu Kaikoura. Zanim dotarliśmy do centrum miasta, zatrzymaliśmy się jeszcze na trasie pooglądać foki. Kilkadziesiąt kilometrów przed samym wjazdem do miasta, jedzie się drogą wzdłuż oceanu (piękne widoki!) i gdy się człowiek przyjrzy – widać foki wylegujące się na kamieniach. Czasami ciężko je dostrzec, bo mają bardzo podobny kolor do tych kamlotów i nieźle się na nich kamuflują. Radość była przeogromna, gdy je zobaczyliśmy! Foki, leżą sobie tutaj przed nami, jakby gdyby nigdy nic, turlają się po głazach, o rany jak czadersko! No i gapimy się na taką jedną fokę, Olo mówi „idę do auta po aparat”, a ja pomyślałam, że pokontempluję w tym czasie nad pięknem przyrody patrząc na zwierzę z bliska. Zlazłam więc na głaz i usiadłam naprzeciwko foki – jakieś 2-3 m od niej i patrzymy na siebie. No fajnie jest. Chwilę później stwierdziłam, że pokażę Olasowi, że tu na dole sobie siedzę, żeby się nie martwił, że przepadłam i wrócę do mojej foczki. Tylko stwierdziłam, że wrócę i usiądę jeszcze ciut ciut bliżej. E-e, błąd. Foka się wkurzyła, pokazała wielkie kły, syknęła, a ja spyliłam szybko na górę, klnąc pod nosem. Głupio mi i wstyd, że w ogóle pomyślałam, by wspaniałym pomysłem było siadać tak blisko DZIKIEGO zwierza.

Kaikoura

Historia ku przestrodze, dla osób, które zauroczą piękne foczki o wielkich oczach, prawie mówiących „jestem łagodna i kochana, weź mnie przytul”. Prawie robi różnicę, a wyraz mordki foki, wcale nie ma tego na myśli. Z ciekawości w i-Site, do którego poszliśmy po mapkę naszej trasy, sięgnęłam po broszurkę o tych drapieżnych ssakach. Mądry Polak po szkodzie:) Otóż napisali tam m.in., że:

  • Foki potrafią poruszać się tak samo szybko jak my – dziękuję „moja” foko, że byłaś na tyle leniwa, by podnieść tylko łeb i na mnie prychnąć.
  • Chcąc pooglądać foki powinniśmy trzymać się od nich z daleka, tak na 20 m.
  • Nie powinno się wchodzić między grupę fok, ani blokować im wejścia do wody.
  • Foki gryzą i to boleśnie, wywołując infekcje.
  • Oczy fok często wyglądają, jakby płakały. No mówię Wam, takie oczy kota ze Shreka – ale nie, nic im się nie dzieje, nie chcą żebyście je pogłaskali, a poza tym płakać nie mogą, bo nie mają tych całych kanalików łzowych.

Kaikoura

Po przygodzie z foką, ruszyliśmy na 3,5 godzinny marsz. Trasa jest super, prowadzi dookoła półwyspu, ale przez większą część idzie się wśród pól, więc palące słońce może skutkować pozostaniem niezłą skwarką, o ile nie wysmarujemy się porządnie kremem z filtrem. Na szczęście obok faluje ocean, więc cały czas wiał delikatny wiaterek, co było prawdziwą ulgą podczas chodzenia.

Kaikoura

Kaikoura

Kaikoura

Kaikoura

Kaikoura

Kaikoura

Kaikoura

Kaikoura

Po obejściu półwyspu, wychodzi się w małej wiosce i z niej prowadzi trasa przez jakiś czas przez gęsty las, w którym słychać setki świerszczy. W sumie obejście półwyspu górą zajęło nam 3 godziny, a powrót przez las 30 minut.

Kaikoura

A z gotowania pod chmurką nic nie wyszło, bo na początku naszej wędrówki zobaczyliśmy budkę z owocami morza. Sporo ludzi zamawiało i siedziało przy stolikach rozstawionych dookoła, co dla nas oznaczało jedno – jest dobrze. Do tego ceny były bardzo rozsądne jak na Nową Zelandię, więc podjechaliśmy tam na koniec na małże (8$), przegrzebki (9$) i chowder (5$), czyli zupę z owocami morza. Byliśmy tak głodni, że jedzenie zniknęło w 10 minut.

kaikoura-23

kaikoura-22

Tego dnia zapełniliśmy jeszcze raz brzuchy przepyyyyysznym jedzeniem, ale już w Hanmer Springs. Olo zabrał mnie na kolację do jednej z fajniejszych restauracji – No.31. Mieści się w starym domku, w stylu angielskim i wiele osób nam ją polecało, mówiąc, że próbowali tam najlepszych dań, jakie kiedykolwiek jedli w jakiejkolwiek restauracji. Jako jedzeniowe freaki, bardzo chcieliśmy tam iść, ja brzęczałam, że drogo, więc trudno, ale Olas był innego zdania i zrobił mi niespodziankę, rezerwując tam stolik. Yaaaay! Mówiąc krótko: rozpłynęliśmy się nad naszymi daniami. Ja zamówiłam kaczkę w morelowo-imbirowej glazurze z chrupiącym, kokosowym risotto i zieleniną przygotowaną w stylu azjatyckim. Olo wybrał wołowinę w sosie z czerwonego wina, z szalotkowym puree, krążkami cebulowymi i ziemniaczanym rosti. Deser zamówiłam tylko ja, Olas wolał sączyć whisky. I tu przepadłam, creme brulee już zawsze będę porównywała do tego – z gotowanym rabarbarem, kruszonką i lodami jabłkowymi z przyprawami. Jak komuś nie zaburczało w brzuchu, ten twardziel albo przed chwilą zjadł kolację!

Na koniec jeszcze kilka zdjęć z Kaikoury. A my za 4 dni pakujemy się na road tripa, czyli czeka nas miesiąc spania w vanie, gotowania pod chmurką, kąpieli pod prysznicem solarnym albo w jakichś rzekach i w ogóle. Tacy z nas trochę współcześni hippisi i lubimy to!:D

PS. Nie byliśmy na oglądaniu wielorybów w Kaikoura, a wiele osób mówi, że jest turbo super i właśnie w tym mieście najlepiej się wybrać na taką wycieczkę. Mega żałujemy (tzn. bardziej ja niż Olo;)), ale nie bardzo nam się opłaca w tamtą stronę wracać. Kto był w NZ i oglądał może te ogromniaste stworzenia, ale w innym miejscu godnym polecenia? Chcę zobaczyć wieloryyyba:(

Kaikoura

Kaikoura

kaikoura-17

kaikoura-9

kaikoura-8

Kaikoura

 

(Visited 519 times, 5 visits today)

4 Comments

  1. Rina. 25 lutego 2016 o 07:31

    Też nie mogłabym się powstrzymać przed podejściem do foki. I dobrze, że była leniwa i za Tobą nie ruszyła! Haha.
    Piękne zdjęcia, aż chce się jechać w takie miejsce, zwłaszcza mając za oknem śnieg z deszczem i zerową temperaturę.
    Życzę udanego road tripu i czekam na relację! 🙂

    1. Agata 26 lutego 2016 o 04:16

      Dziękujemy, mamy nadzieję, że dostęp do Internetu pozwoli na w miarę regularne relacje:)
      Co do fok, to słyszałam, że z kolei maluchy (a teraz jest ich wysyp!) chętnie bawią się z ludźmi. Mamy foki przez większość czasu zostawiają młode same sobie, więc jest do nich dostęp;d

  2. Marta 2 marca 2016 o 10:43

    Byliśmy w Nowej Zelandii w listopadzie zeszłego roku w podróży poślubnej 🙂 Kaikourę też prawi wyrzuciliśmy z planu, bo jest zupełnie nie po drodze, ale bardzo się cieszymy, że tam pojechaliśmy! Okolica jest piękna, my zboczyliśmy z trasy trekkingu i włóczyliśmy się dołem – po plażach przez kilka godzin, aż nas zakleszczyły skały i foki (które jasno dały do zrozumienia, że mamy nie podchodzić) i zawróciliśmy. Plaże były nieuczęszczane, więc udało nam się znaleźć nawet kilka pięknych muszel Paua 🙂
    A z atrakcji to zamiast oglądania wielorybów wybraliśmy pływanie z delfinami (jedno i drugie przekroczyłoby nasze możliwości finansowe), choć wybór był ciężki. I polecam z całego serca! Coś niesamowitego 🙂
    Będę śledzić Waszą relację z uśmiechem, żeby sobie przypomnieć te nasz magiczne 5 tygodni <3

    P.S. My postanowiliśmy, ze do Nowej Zelandii jeszcze wrócimy! 🙂

    1. Agata 6 marca 2016 o 00:47

      Piękna podróż poślubna! Jeździliście kamperem?:) My raczej wybierzemy oglądanie wielorybów o ile nam się jeszcze gdzieś uda zahaczyć o taką atrakcję, chociaż pływanie z delfinami też brzmi super. Niedługo będziemy zabierali się za relacjonowanie pierwszego tygodnia road tripa na blogu, a na bieżąco pokazujemy wszystko na FB i innych bajerach (instagram i nawet snapchat ostatnio poszedł w ruch!). Pozdrowienia z Dunedin 🙂

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *