Będąc w Wietnamie przykra prawda wyszła na jaw – kończy nam się kasa. Nie damy rady pojechać do wszystkich zaplanowanych krajów, trzeba zadecydować co odrzucić. Poza Mjanmą mogliśmy wybrać jeszcze jedno miejsce, w które pojedziemy i musiał być to kraj, z którego będzie można się tanio przedostać do Polski. Padło na Kazachstan.

Ale ale! Nie tak prędko, nim zadecydowaliśmy, czekał nas research jak z Mjanmy dostać się do Kazachstanu. Kilka wieczorów zajęło nam sprawdzanie miliona opcji samolotowych, pociągowych i wreszcie busowych. W końcu znaleźliśmy najtańszą możliwość dotarcia do Kazachstanu, co nie oznacza, że tanią – wybuliliśmy na to połowę naszych ostatnich oszczędności. Plan był taki – dojedziemy do Kazachstanu przez Chiny. Te Chiny, do których już nie chcieliśmy wracać, te Chiny, które były na końcu listy najfajniejszych krajów jakie odwiedziliśmy. Pamiętam jeszcze nasze chichy pod tytułem „ehehehe, ciekawe, czy kiedykolwiek jeszcze tam wrócimy!”. Okazało się, że tak i to szybciej niż myśleliśmy. Jakby to nie mogło być połączenie przez Nową Zelandię!

Przedostanie się do Kazachstanu zajęło nam tydzień. Tydzień w chińskich pociągach i busach z dwoma przerwami na noclegi w hostelach, w normalnych łóżkach. Takie poświęcenie! A co na to Kazachstan?

Kazachstan na to: a figa z makiem! Męczcie się dalej.

Oczekiwania vs rzeczywistość

Moja wizja Kazachstanu była taka: wielkie przestrzenie, wioski zabite dechami, turkusowe jeziora, ośnieżone góry, a w tym wszystkim my. Zwiedzamy, oglądamy i zachwycamy się naturą. Z Chin dojechaliśmy do Ałmat, centum regionu ałmackiego, w którym te moje wizję są. To wszystko można tutaj zobaczyć… nie jest to jednak takie proste.

Najlepszą dla nas opcją wydawało się wypożyczenie auta i wyruszenie na road tripa. Takie podróżowanie lubimy najbardziej, gdy jesteśmy niezależni i elastyczni. Okazało się jednak, że fury wypożyczają tylko w niektóre miejsca, a przykładowo na jeziora, które tak bardzo chcieliśmy zobaczyć, nie ma takiej możliwości. Bo drogi to ser szwajcarski i hopki dla aut w jednym. Do tego dochodziły też zwalające z nóg ceny wynajmu samochodu.

Przeczytaliśmy kilka relacji o stopowaniu w Kazachstanie, ale wiedzieliśmy, że to nie dla nas. Może jeszcze jakby ruch na drogach był większy, może jakby nie była to końcówka zimy/początek wiosny, może jakbyśmy byli mniej wygodniccy. Za dużo tych „może”, więc autostop odpadał.

Inna, jak się okazało na miejscu, możliwość to zorganizowane wycieczki. Można taką wykupić w hostelu albo przez Internet. Ceny to rozbój w biały dzień, nie mamy pojęcia skąd takie kalkulacje i wyliczenia, ale przykładowo prywatna przejażdżka do Kanionu Szaryńskiego to koszt ok. 200-300 USD od OSOBY za jeden dzień. Ja się pytam – what the fuck?! Skąd i jakim cudem to tyle kosztuje?!

Są też wycieczki grupowe, ale te się odbywają tylko i wyłącznie w weekendy. Po spędzeniu dwóch dni na sprawdzaniu różnych opcji i rozkmin, co się najbardziej opłaca i jest najtańsze, wybraliśmy się na takiego tripa. Ja od razu mówiłam Olasowi, że jedziemy na jakieś cholerne, kazachskie kolonie weekendowe i się mocno nie pomyliłam.

kolsai lake trip

Kolonie w Kazachstanie

Stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu kilkanaście minut przed odjazdem autokaru. Nad jeziora Kaindy i Kolsai wyjechaliśmy o 21:00, a w wiosce Saty mieliśmy być o 4:30. Wyborna godzina, zwłaszcza, że o 9:00 mieliśmy już być zwarci i gotowi do kilkugodzinnego łażenia po okolicach jeziora. No ale nic, nie było innej opcji – jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, nie?

Nasz autokar wyglądał mocno niepewnie (patrz fota powyżej) i zapełniony był w 95% Kazachami w przedziale wiekowym 20-30 lat. Oprócz nas, z zagranicy, byli tylko dwaj ziomkowie z Rwandy i Filipin – obaj uczyli angielskiego w ałmackich szkołach. Z głośników autokaru rozbrzmiewało jakieś rosyjskie disco, a gdy ucichło, chłopacy, którzy byli naszymi przewodnikami wyciągnęli gitarę. Zaczęły się więc rosyjskie przyśpiewki. W tym wszystkim byliśmy my, źli na cały Kazachstan, bo zamiast jechać sobie furką, gdzie chcemy, musieliśmy pojechać na zorganizowaną wycieczkę.

Żeby wkurzającej muzyki było mało, dosłownie 30 minut po opuszczeniu Ałmat złapaliśmy gumę. Nawet nie wjechaliśmy jeszcze w żadną dziurę, a te dopiero miały się zacząć. Olas jako typowy pan obczajka wyszedł zobaczyć, jak wymieniają koło. Zdał mi później relację, że jechaliśmy na zupełnie łysej oponie, a od teraz będziemy mieli taką z wyrwanym kawałkiem gumy. Klasa! Zapowiedziałam, że jak wjedziemy w te tysiące dziur, które czekają na nas po drodze to na bank pójdą wszystkie opony. Na szczęście się pomyliłam, ale to nie znaczy, że to był koniec przygód z autokarem.

saty kazakhstan
Saty – kazachska wiocha skąd wyrusza się nad jeziora Kolsai i Kaindy

Do Saty dojechaliśmy z godzinnym opóźnieniem, więc czasu na drzemkę zostało jeszcze mniej. Wynagrodziło nam to jednak śniadanie – zostawaliśmy w typowym homestayu, więc było pyszne, domowe jedzenie. Szybka toaleta w wychodku (mhm, wiejski tryb mode on) i siup do naszego autokaru.

saty kazakhstan

saty kazakhstan

saty kazakhstan saty kazakhstan

Po pooglądaniu jeziora z każdej strony i wichurze, która urywała nam głowy, myśleliśmy tylko o jednym – to teraz wskakujemy do busa i jedziemy szybciutko do wioski się ogrzać, wypić kilka miseczek czaju. Nie mogło być inaczej – autokar nie rabotajet! Autokar kaput! Autokar już na zawsze pozostanie przy Kolsai, jako pomnik naszych kazachskich kolonii. Przesiedzieliśmy w nim 1,5 h, starając się szczelnie przykryć wszystkimi dostępnymi ciuchami, bo mroził nas wiatr (drzwi się nie domykały). W tym czasie nasi kolonijni towarzysze z Kazachstanu grali we wszystkie możliwe gry zespołowe – siatkówkę, ziemniaka, dwa ognie, jakieś dziwne wężyki i skakanie sobie nawzajem na stopy. W przerwach była gitara, a przy tym kupa radości. Chciałam wtedy trochę być na ich miejscu, taka wesolutka, zamiast siedzieć naburmuszona w rozklekotanym autokarze, ale tego było dla mnie za wiele. Ja chciałam do ciepełka, a tak  w ogóle to nie cierpię zorganizowanych wycieczeeeek!

kolsai lake kazakhstan
Prawie… no prawie tak turkusowe jak nowozelandzkie jeziorka!

kolsai lake kazakhstan

kolsai lake kazakhstan
Tu wiatr chciał nam urwać głowy.
kolsai lake kazakhstan
Co tam buziak, lepiej potrzymam włosy, bo mi odlecą.

kolsai lake kazakhstan

kolsai lake kazakhstan
Lunch niby na biedaka, bo już ostatnie hajsy wydawaliśmy, ale ludzie… WANILIOWY SEREK HOMOGENIZOWANY to było to! Przedsmak Polski.
kolsai lake kazakhstan
MMMMMMMMMM! I to z widokiem!

kolsai lake kazakhstan

W końcu dojechaliśmy UAZem do naszej wiochy, wygłodniali i zmarznięci. Chyba zjadaliśmy we dwójkę tyle jedzenia, co sześciu Kazachów, ale nie mogłam się odkleić od chleba z domowymi konfiturami.

kazakhstan food

saty village kazakhstan

saty village kazakhstan
Tak mieszkaliśmy przez chwilę na kazachskiej wiosce 🙂

saty village kazakhstan

Następnego dnia mieliśmy zagwozdkę – skoro nasz autokar pozostał martwy przy Kolsai to jak dostaniemy się do jeziora Kaindy i później do Ałmat? Po Wielkanocnym śniadaniu (ryż na świeżym, krowim mleku!), zagadka się rozwiązała. U naszych gospodarzy na podwórku stał autobusik.

saty village kazakstan

Pomyślałam, że stoi tam sobie, bo zgasł lata temu, nie da się go odpalić i służy teraz no nie wiem… do zabawy dla dzieci albo kiedyś go w końcu zezłomują. Nie przeszło mi w każdym razie przez myśl, że to jeszcze jeździ i my tym busikiem pojedziemy nad drugie jezioro. Mruknęłam pod nosem, że na bank się rozwali po drodze. Tym razem moja przepowiednia się w połowie sprawdziła. Zepsuł się i to dwukrotnie, ale kazachscy fachowcy pogrzebali pod maską i odpalił. Dodam jeszcze tylko, że w podłodze busa były dziury i jak wpadaliśmy w większe kałuże to trzeba było szybko chować nogi, żeby nas nie ochlapało. Na szczęście na dojazd do Ałmat sprowadzili nam inny autokar. Tak to było na koloniach w Kazachstanie.

kaindy lake kazakhstan

kaindy lake kazakhstan

kaindy lake kazakhstan

kaindy lake kazakhstan

kaindy lake kazakhstan

kaindy lake kazakhstan

Rekompensata: ludzie

Tego nie można Kazachstanowi odmówić – ludzie są tu super mili i przyjaźni. Kontakt z nimi mocno nam ułatwiała Olka znajomość rosyjskiego. Ja już umiem za to czytać jak dziecko z podstawówki literując wyrazy i rozumieć jakieś 70% rozmów, ale gawarić jeszcze nie za bardzo.

W każdym razie prawie tydzień spędziliśmy na Couchsurfingu u świetnej, kazachskiej pary. Gaukhar była gospodynią domową w najlepszym wydaniu. Dom lśnił czystością, a ona codziennie karmiła nas swoimi wypiekami, przetworami i różnymi, tradycyjnymi daniami. My nie pozostawaliśmy dłużni i przygotowywaliśmy swoje rarytasy na kolację – może nie było to top 10 polskich dań, typu gołąbek czy zrazy, no ale nie można przecież pogardzić twarożkiem ze szczypiorkiem i rzodkiewką, czy porządnymi zapiekankami! Nam w każdym razie smakowało. A nasza kazachska „rodzina” upodobała sobie placki z jabłkami jedzone z plasterkiem sera i śmietaną, jako dodatek do zupy dyniowej. Jak kto lubi, mam tylko nadzieję, że ich nie przeczyściło po tej kombinacji.

koktobe kazakhstan

Wieczory spędzaliśmy więc na jedzeniu, po tym przychodził czas na czaj, który jest napojem numer jeden w Kazachstanie. Do tego na stół wjeżdżało pięć rodzajów miodów, pucharki z domowymi konfiturami i ciasto. Każdy brał swoją łyżeczkę i wyjadał te pyszności prosto z miseczek, rzadko kiedy konfitura czy miód trafiały do herbaty, bo lepiej było je wpakować od razu do buzi.

Czasami na koniec wieczoru Timur i jego brat Ruslan wyciągali swoje gitary. Na początku myślałam, że mają jakiś repertuar, ale okazało się, że wszystko, co grają to spontan… a grali tak, że czułam się jakby ktoś mnie hipnotyzował muzyką. Do tego mieli jeszcze wargany – instrument, który brzmi trochę jak gigantyczne tuby, na których grają Aborygeni. Tylko wargany są przy tym tycie. I był jeszcze taki metalowy „bębenek”, którego dźwięki przypominały nam balijską muzykę.

Poznaliśmy też super przyjaciela naszych hostów – Kolię. Jako jedyny próbował z nami rozmawiać po angielsku, z czego zwłaszcza ja byłam szczęśliwa, bo w końcu mogłam się wygadać. A i Olas miał trochę odpoczynku od rosyjskiego. Kolia był typem osoby, która lubi czerpać z takich zagranicznych znajomości – nie tylko mógł sobie podszkolić angielski, ale jak nam powiedział, zainspirować się naszym punktem widzenia na różne sprawy. Często zadawał fajne pytania, co myślimy na różne tematy, co w nas zmieniła podróż, dlaczego podobały nam się różne kraje… dzięki temu sami też mogliśmy się zastanowić nad pewnymi sprawami. Także wymiana międzykulturowa zadziałała w tym couchsurfingowym gronie w 100% i czegoś się wzajemnie nauczyliśmy.

Poza takim dłuższym kontaktem z Kazachami, mieliśmy sporo sytuacji, gdy ludzie nas zaczepiali i wypytywali o różne sprawy – w taki sympatyczny, nienachlany sposób. Całe rozmowy odbywały się oczywiście po rosyjsku, więc byłam w nich tylko słuchaczem, rzucając od czasu do czasu elokwentnie da, spasiba i inne tego typu słówka.

Także w Kazachstanie ludzie są ocień haroszyje!

O jeżu, tutaj są ziemniaki!

Po kilku miesiącach spędzonych w Azji południowo-wschodniej, nasze brzuszki wołały o coś innego niż ryż, nudle i smażone mięso. Jaka więc radość zagościła na naszych twarzach, gdy weszliśmy do typowej, kazachskiej stołówki. Nie wiedziałam za co złapać, co wybrać i zjeść. Jak w kalejdoskopie przed oczami śmigały mi drożdżówki, torciki, pierogi, klopsy, kotlety, ziemniaki, surówki, sałatki, kompoty i zupy. Hejże, to prawie jakby być w Polsce! Trzeba było jednak opanować emocje i wybrać coś sensownego na śniadanie. Wjechał więc gulasz z ziemniakami i surówką, czaj, kompot, drożdżówki, trzy rodzaje naleśników i pierogi. Ehe, wcale nas nie poniosło.

Stołówki są tutaj w ogóle dla mnie fenomenem, otwarte są 24 h/dobę i jest w nich zawsze tłum ludzi. Wcale się temu nie dziwię, bo jedzenie jest serio smaczne, a przy tym stosunkowo tanie. A wybór dań, jak już na pewno się zorientowaliście, ogromny. Są nawet sieciówki stołówek i w Ałmatach można znaleźć ich całą masę, działają niczym domowy fastfood. Dla porównania McDonald’s otworzył się w byłej stolicy Kazachstanu zaledwie rok, czy dwa lata temu i chyba cieszy się słabym powodzeniem (ogarniacie, że oprócz happy meala nie ma w nim żadnych zestawów?). Przekaz jest prosty: stołówki rządzą!

green bazaar kazakhstan

Poza takim domowym jedzeniem zostaliśmy jeszcze fanami popularnego szaszłyka. Najbardziej smakował nam z baraniny, wsuwaliśmy go często z przydrożnych grilli zwłaszcza podczas dwudniowej wycieczki do Kanionu Szaryńskiego i parku Altyn Emel. W każdej wiosce można znaleźć pana, który przygotuje nam świeżego szaszłyka podawanego z chlebem i ogromną ilością cebuli. Jesteśmy rasowymi cebulakami, ale nawet my nie byliśmy w stanie zjeść jej do końca.

shashlyk kazakhstan

shashlyk kazakhstan

shashlyk kazakhstan

shashlyk kazakhstan

Poza tym, w Kazachstanie bardzo popularna jest konina, więc spróbowaliśmy tradycyjnego dania o nazwie beszbarmak. Nie wiemy jak to się stało, ale Olas był przekonany, że przeczytał w menu nazwę barambusz. I tak wszystkim opowiadaliśmy, że barambusz to super jedzenie, bardzo nam smakowało, koniecznie trzeba spróbować. Dopiero Gaukhar nas rozgryzła i oświeciła, że coś takiego jak barambusz nie istnieje. Także jedliśmy beszbarmak! I był to taki bardzo szeroki makaron ugotowany z plastrami i kiełbaską z koniny. W osobnej misce był wywar i do picia ajran. Na wikipedii doczytałam, że tradycyjnie danie powinno być podane jeszcze z łbem konia, z którego mięso znajduje się na talerzu… na szczęście w restauracji oszczędzili nam takich atrakcji. Wszystko, również szaszłyki, je się rękami.

green bazaar kazakhstan

Podsumowując Kazachstan: nie wiem, czy to był dobry pomysł, żeby tu przyjeżdżać. Dostanie się do niego zajęło nam sporo czasu i kosztowało niemałą kasę, a zobaczyliśmy w nim naprawdę niewiele. Wystarczyłby nam spokojnie tydzień, zamiast dwóch, na odwiedzenie jezior, kanionu i wydm + poznanie się z hostami. Jednak mnóstwo czasu i energii włożyliśmy na zorganizowanie w ogóle tych wycieczek, dopasowanie terminów, znalezienie najlepszych cenowo opcji (600$/dzień kompletnie nie wchodziło w grę). Z drugiej strony zawsze to nowe doświadczenie, udało nam się zobaczyć piękne miejsca i poznać świetnych ludzi. Nie wyobrażam sobie jednak przyjechać tu na typowe wakacje i męczyć się, żeby móc zobaczyć największe atrakcje turystyczne w regionie. Zaryzykuję stwierdzenie, że Kazachstan nie jest jeszcze gotowy na turystów, którzy chcą go zwiedzać na własną rękę – chyba, że ktoś chce podróżować autostopem albo jeździć na weekendowe wycieczki autokarowe. Oboje stwierdziliśmy, że z wielką ochotą byśmy tu wrócili, gdy już odnowią wszystkie drogi i wypożyczalnie samochodów nie będą na GPSie sprawdzać każdego naszego ruchu, a my będziemy mogli jeździć gdzie nam się podoba.

 

(Visited 186 times, 1 visits today)

2 Comments

  1. niesmigielska 5 września 2017 o 15:21

    Twoje ‚da’ i ‚spasiba’ to ja moje ‚si, pero… / no, pero… (tu znaczące zawieszenie głosu tak jakbym miala dużo do powiedzenia) a Ameryce poludniowej 😉

    a Wasza wycieczka autokarowa – jestem w stanie wyobrazic sobie stan Waszego ducha – ale czytało i ogladalo się zabawnie. a nawet, z odpowiednim nastawieniem, zachęcająco 😉

    a szkoda bo gdzieś tam kazachstan mamy na horyzoncie tylko znając nas, też nastawialibyśmy sie na road tripa. albo żeby miec miesiąc przynajmniej i moc ze spokojem podocierać w te wszystkie miejsca.

    1. Agata 5 września 2017 o 19:26

      powiem tak – road trip na Kazachstan to najlepsza rzecz ever, bo jak w końcu udało nam się wypożyczyć auto na 2 dni to… to były najpiękniejsze 2 dni z KZ 😉
      problem jest jednak z wypożyczalniami (przynajmniej obecnie, może w przyszłości to się zmieni) – musisz im podać dokładnie, gdzie chcesz jechać i nie ma w zasadzie opcji, żeby zboczyć z trasy bo:
      a) są limity bodajże 300km/dzień, a odległości spore
      b) w autach jest GPS po którym wypożyczalnia sprawdza na mapie, gdzie jesteś i czy nie robisz ich w bambuko i nie jedziesz w miejsce, w które nie pozwalają jeździć 🙂
      A np. nad jeziora nie chcą w ogóle wypożyczać furek przez stan dróg i można za kłamstewka stracić kaucję albo coś tam :p

      Na dłużej chętnie bym pojechała, bo tak jak piszesz – można na spokojnie zobaczyć to i siamto ale albo własnym autem albo jak wymienią drogi w Kazachstanie ;d

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *