W zeszłym roku (retyy brzmi jakby to było dawno, dawno temu!), w listopadzie, po raz trzeci odwiedziliśmy Tajlandię. Głównie żeby zrobić kurs nurkowania, ale też żeby sobie powakacjować. Bez biegania od jednej atrakcji turystycznej do drugiej, bez większego planu, bez ciśnienia na jak najlepsze poznanie kraju czy miasta. Chcieliśmy po prostu odpocząć na jakiejś wyspie, tym bardziej przed zbliżającą się wielkimi krokami Nową Zelandią i pracą, która miała nas pochłonąć bez reszty dając w zamian dolaaary.

Kurs nurkowania zrobiliśmy na wysepce Koh Tao na wschodzie. Szukając miejscówki do czilu postanowiliśmy, że fajnie byłoby pojechać tym razem na zachwalany przez wiele osób zachód i prowincję Krabi. Olas znalazł tam wyspę Koh Lanta, która miała być mniej zatłoczona od bardzo turystycznej Koh Phi Phi, a do tego dobra pod kątem nurkowania (jako świeżo upieczeni nurkowie chcieliśmy od razu gdzieś dać nura!). No to zdecydowaliśmy – jedziemy na Koh Lantę! I dwa dni później kupiliśmy na nią bilety.


Dojazd z Koh Tao na Koh Lantę to niekończąca się opowieść… czekanie na busa, przesiadka, czekanie na autokar, przesiadka, kolejne czekanie na busa, prom, czekanie na… i tak dalej. W końcu pod wieczór dotarliśmy do miejsca, gdzie spaliśmy! Mijając je wcześniej dwa razy, bo było ciemno i kierowca nie ogarniał, gdzie ma jechać. Mieliśmy super farta, bo Olo znalazł dla nas nocleg, w świeżutko otwartej bungalowiarni (jak nazywa się miejsce z bungalowami, które nie jest resortem? Pytanie za 100 punktów!). Byliśmy drugimi gośćmi w ogóle w tym miejscu, a zupełnie pierwszymi, którzy skorzystali z bungalowu – z widokiem na dżunglę i małpy skaczące po drzewach! Miejsce prowadzone jest przez parę – Brytyjczyka i Tajkę, ceny śmiesznie niskie (przynajmniej na początku, nie wiem jak jest teraz), a do tego Lek – Tajka – wspaniale gotuje. Każdy wieczór spędzaliśmy w bambusowej chatce, wybierając kolejne dania z karty, zajadając najlepszy pad thai, massaman curry i inne pyszności (spróbowaliśmy wszystkiego!). Do tego Dave okazał się starym wyjadaczem w nurkowaniu i następnego dnia podrzucił nas do centrum nurkowania jego znajomego, gdzie zapisaliśmy się na nury kolejnego dnia.


Nurkowaliśmy w sumie trzy razy przy wysepkach Koh Haa (wykupiliśmy dwa, ale jak już jest się na łódce, widzi się tą turkusową wodę, no to jak nie wskoczyć?!) i było niesamowicie! Zdecydowanie lepsze widoki niż na Koh Tao, gdzie rafa niestety jest w coraz gorszym stanie. Popłynęliśmy na nury z Flip Flop Divers, których bardzo polecamy – mega wyluzowani, weseli i przede wszystkim doświadczeni ludzie.


Poza tym tydzień na Koh Lancie upływał nam na m.in. odkrywaniu tamtejszych plaż na skuterze, który wypożyczyliśmy od Dave’a. Naszym zdecydowanym numerem jeden jest plaża Ao Nui – prawie na samym południu wyspy, najmniejsza ze wszystkich, kameralna i z dobrym wejściem do wody. Niestety przy wielu plażach było mnóstwo kamieni (np. Klong Klong, Klong Nin) albo ludzi (np. Long Beach). No ale nie sprawdziliśmy przed przyjazdem jak na wyspie jest ze snorkelingiem… a to, gdy kończy się kasa na nurkowanie, nasze ulubione zajęcie, jako, że zwolennikami leżenia plackiem na plaży nie jesteśmy. Niestety na Koh Lancie z oglądaniem rybek na własną rękę jest lipa – żeby coś zobaczyć trzeba popłynąć na wyspy takie jak Koh Rok albo Koh Haa, które są oddalone o jakieś 2 godziny drogi od Lanty, a to kosztuje. Także maska z rurką czeka na lepsze czasy (Samoa!);)


Jednego dnia przejechaliśmy się też do starego miasta na wschodniej części wyspy, mega uroczego, którego centrum przypomina trochę dziki zachód z westernów, a jak odjedzie się kawałek widać chaty rybaków stojące na palach w wodzie. Po głównej drodze przełaziły co chwilę rozwrzeszczane koguciki i leniwe koty.

Tu wrzeszczy kogucik!


Przy okazji fajnie jest zjechać główną drogą w dół do wioski rybackiej na południowym-wschodzie wyspy, gdzie sobie podpatrywaliśmy życie tamtejszych ludzi – dziadków zajmujących się wnukami i bujających się w hamakach, mężczyzn wyplatających klatki na kraby i malujących łodzie rybackie, kobiety zaplatające sobie warkocze na głowie, czy stare Tajki obłupujące kokosy.


Tego samego dnia pojechaliśmy jeszcze w miejsce, które polecił nam Dave i nie sądzę, żeby było celem wielu turystów na Lancie. Jeśli ktoś tak jak my uwielbia opuszczone lub prawie opuszczone miejscówki musi tam pojechać! Miejsce nazywa się Sangka U-boat, jest to stary resort zrobiony z fantazją człowieka na haju. Są tam miliony figurek zwierząt, coś na kształt niemieckich gnomów ogrodowych, można zamieszkać w wielkiej łódce o nazwie Barcelona albo Pekin, czy domku na drzewie, znajdzie się toaleta dla gypsys i stare jacuzzi wbudowane w przepływającą obok rzekę w dżungli.

Sangka U-boat lata świetności ma już niestety za sobą, obecnie powoli popada w ruinę i podobno jest prowadzone przez jakiegoś niezbyt uprzejmego Taja. Mimo wszystko dla samego przejścia się po tym jedynym w swoim rodzaju resorcie, warto tam podjechać.


No i będąc na Lancie koniecznie chcieliśmy wleźć w dżunglę, w kontrolowany sposób, czyli wychodzoną ścieżką;) Postawiliśmy na drogę nad wodospad, przy okazji zachodząc do jaskini z małymi nietoperzami. Czuliśmy się trochę jak Robinsonowie, dżungla naprawdę była gęsta, czasami trzeba było łazić rzeczką, wspinać się, jeszcze nam maczety w łapie brakowało! Wodospad okazał się niewielkim siurkiem, ale i tak się  w nim wykąpaliśmy, a później wleźliśmy na górę, żeby zobaczyć sobie jak spada w dół.

Lanta na tydzień to naszym zdaniem fajny pomysł, jak widać jest tam co robić, a na pewno jest jeszcze więcej miejsc i atrakcji do odkrycia. Chociaż na początku myśleliśmy, że będzie nam chyba nudno – taka mała wyspa, a tyle czasu – ale jednak jak się w końcu zwolni w podróży to tydzień zlatuje raz-dwa. Wcześniej byliśmy przyzwyczajeni do częstej zmiany miejsc, więc i chcieliśmy jak najwięcej z nich wycisnąć i chodziliśmy, aż nam nogi w tyłek właziły. A teraz relaks, dobre jedzenie i skuter… dobrze czasem tak odpocząć!

Stochy skaczą i skaczą i skaczą i … nic

(Visited 731 times, 1 visits today)

9 Comments

  1. balkanyrudej 12 stycznia 2016 o 09:15

    Miejsce wydaje się być idealne na odpoczynek i lekkie odcięcie się od codziennych spraw.
    Nurkowaniem pewnie najbardziej zainteresowany byłby mój małżonek, bo ja nie jestem zbyt wodną istotą 😉

    1. Olo 13 stycznia 2016 o 13:07

      Oj tak, bardzo tam wyczilowaliśmy i naładowaliśmy baterie:) A nurkowanie jak najbardziej polecamy!

  2. Michał 12 stycznia 2016 o 11:27

    Czasami warto zatrzymać się w jednym miejscu na dłużej, najlepiej właśnie w takim lokalnym jak opisywana przez Was Lanta, bo właśnie wtedy człowiek zaczyna naprawdę odpoczywać. A jeśli chodzi o nurkowanie, to gorąco polecam Wam Indonezję:-).

    1. Olo 13 stycznia 2016 o 13:09

      Michał Indonezja wraz z nurkowaniem czeka w kolejce! Jakieś konkretne miejsca polecasz?:)

  3. kami 15 stycznia 2016 o 07:42

    Tajlandia póki co w ogóle mnie nie ciągnie (chociaż kilka lat temu bardzo chciałam sie tam wybrać, a potem mi się odmieniło ;)), ale tym opuszczonym resortem mnie bardzo zaintrygowaliście! uwielbiam takie miejsca i na pewno bym zwiedzała!! a i to Stare Miasto całkiem przyjemnie się prezentuje

  4. Marcin W 15 stycznia 2016 o 09:08

    Za każdym razem jak widzę historie z tego miejsca, wspominam nasz pobyt i robi mi się coraz większa ochota na powrót. Beztroskie czasy!

  5. Pingback: Filmiki z podróży: Tajlandia w 4 minuty | STO historii

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *