wybrana kategoria AUSTRALIA

7 z miliona rzeczy do zrobienia w Melbourne

Zakochaliśmy się w Melbourne. To miasto, w którym tyle się dzieje, tyle jest do zobaczenia, tyle do spróbowania, że nie ma tu opcji na nudę. Nie ma tam tak naprawdę nic charakterystycznego, jak Opera w Sydney, czy Wieża Eiffla w Paryżu, ale dla nas działało to jeszcze bardziej na plus – po prostu byliśmy przez trzy dni mieszkańcami Melbourne. Chodziliśmy do miejsc, do których chodzą lokalesi, spędzaliśmy weekend i wieczory tak, jak robią to oni. Moglibyśmy polecić każde, jedno miejsce, w którym byliśmy przez te 3,5 dnia w Melbourne, ale jest kilka takich rzeczy, które spodobały nam się wyjątkowo.

Jemy (i pijemy!) w Melbourne

Melbourne to raj dla osób, które lubią jeść i eksplorować nowe miasta opychając się pysznościami. Ilość kawiarni, pubów, knajpek, restauracji, wypasionych restauracji, piekarni jest OGROMNA. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś kiedyś to wszystko zliczył. Do tego dorzućmy ogromne markety z przekąskami, świeżymi warzywami, owocami, miodami, mięsami, rybami… Choćbym miała tam mieszkać całe życie, nie dałabym rady spróbować wszystkiego (smuteczek!), musiały wystarczyć 3 dni.

Lecimy zobaczyć Uluru!

Wymyśliliśmy, że super urozmaiceniem road tripa po wschodnim wybrzeżu byłby wypad na australijski outback. I to nie byle jaki, bo do samego serca aborygeńskiej kultury, do ich świętej skały Uluru. Pomysł przedni, szkoda tylko, że bilety były dosyć drogie, ale i z tym trochę zawalczyliśmy – postanowiliśmy nie kupować bagażu rejestrowanego i lecieć z samym podręcznym. O to, jak przetrwamy 40-stopniowe upały i gdzie będziemy spać mieliśmy martwić się później.

Tupot małych stóp na Phillip Island

Usiedliśmy na kocyku na plaży, kupiliśmy popcorn (który tradycyjnie wyzerowaliśmy zanim zaczęło się coś dziać) i czekaliśmy na bohaterów parady. Pingwinki Małe, czyli najmniejszy gatunek pingwinów na świecie, usłyszeliśmy o zmierzchu, gdy sporą grupą dopłynęły do brzegu.

Peace, love & hemp – witajcie w Nimbin!

Przyjechaliśmy do Nimbin, żeby na własne oczy zobaczyć jak wygląda „miasteczko hippisów” w XXI wieku. Szczerze mówiąc spodziewałam się miasta-teatrzyku, gdzie sklepiki pachnące zielskiem, w których kupić można różnej maści bonga są zrobione bardziej pod turystów, podekscytowanych faktem, że mogą sobie kupić bez problemu cannabis i się upalić.