Po prawie roku życia w Nowej Zelandii i pracy w gastronomii od hotelu, przez restaurację, po kawiarnio-bary, możemy już co nieco powiedzieć o tym, co tu się je. Jakie dania najczęściej zamawiają Nowozelandczycy? Co znajdziemy w supermarkecie, fast foodzie i restauracji? Oto przewodnik po menu w Nowej Zelandii.

Breakie, czyli breakfast

Poached eggs – jajka w koszulce to najczęściej zamawiana forma jajek na śniadanie w NZ. Najlepiej serwowane na toście, z chrupiącym bekonem na boku.

Pancakes – w Hanmer miałam ogromną słabość do tych puszystych naleśników. Codziennie rano mówiłam sobie „dobra, dzisiaj ostatni dzień z pankejkami!”. W Nowej Zelandii podaje się je zazwyczaj na dwa sposoby: z bekonem, bananem i syropem klonowym (pycha!) lub z bitą śmietaną i mieszanką jeżyn w sosie (tzw. berry compote).

food-nz-3
Nie dałam rady zjeść tych naleśników do końca, a i tak ledwo doturlałam się do domu…

Hash browns – siekane ziemniory w panierce, smażone na głębokim tłuszczu. Tutaj potoczę bekę z samej siebie: gdy zaczęłam pracować na śniadaniach za cholerę nie wiedziałam, czym jest hash brown. Byłam przekonana, że to ryba w panierce (coś jak paluszki rybne), bo trochę tak to wyglądało! Chyba dopiero po dwóch tygodniach, sprawdziłam u wujka Google, co codziennie wpierdzielają goście hotelowi i po co, co chwilę biegam do kuchni krzycząc „more hash browns, please!”. A jednak, to była poczciwa pyrka.

Baked beans – nic innego jak biała fasola zapiekana w sosie pomidorowym… z wielkich, kilkulitrowych puszek. Yummy…

Big breakie – niemal każde miejsce serwujące śniadania ma taki zestaw (najczęściej nazywany po nazwie lokalu, w którym go zamawiamy). W jego skład wchodzą: jajka (przygotowane w wybrany przez klienta sposób), grillowane pomidory, smażone pieczarki, bekon, kawał kiełbasy, baked beans i tost. Potężna porcja dla prawdziwych głodomorów:)

food-nz-4
Fasolka, jajco, bekon, a pod spodem ukrywa się tost, pomidor i pieczarka!

Tea time

Muffins – oczywiście muffiny na słodko, bo słonych Kiwi raczej nie tykają. Wszystkie rodzaje – z czekoladą, z jagodami, jabłkowo-cynamonowe serwowane są z masłem. Nowozelandczycy przekrajają babeczkę na pół, smarują grubą warstwą masła, a czasami dorzucają jeszcze na to bitą śmietanę i dżem.

Scones – kruche ciasto w formie mini bułeczek z różnymi dodatkami. Mogą to być zioła, daktyle, czy ser, a czasami występują w typowo słodkiej wersji, np. cytrynowe (lemonade scones). Oczywiście przekrajane na pół i smarowane słonym masłem. Kiwi lubią masło. A scones z jego dodatkiem to chyba ich przekąska numer jeden! Na ciekawy rodzaj scones’ów natknęliśmy się w kawiarni, w której Olo pracuje. Są to stuffed scones (nadziewane scones’y) – z grillowaną papryką, serkiem a’la philadelphia, szpinakiem i bekonem + dodatkiem masła. Są pyszne!

food-nz-5
Stuffed scone

Anzac biscuits – czyli owsiano – kokosowe ciastka. Popularne, a wręcz historyczne, w Australii i Nowej Zelandii. Pieczone były przez kobiety dla swoich mężów i synów, którzy walczyli w Europie w trakcie I Wojny Światowej. Ciastka dzięki swojej recepturze miały przetrwać długą podróż. Ich nazwa wywodzi się od skrótu Australian and New Zealand Army Corps.

anzac biscuits
Anzac biscuits z dodatkiem żurawiny. Zdjęcie z naszego Instagrama. W tym roku można było je kupić w pięknych opakowaniach, zaprojektowanych z okazji setnej rocznicy RSA (Returned Services Association)

Afghan biscuits – pomimo nazwy nie mają nic wspólnego z Afganistanem! Te mocno czekoladowe ciastka, z dodatkiem płatków kukurydzianych i orzeszkiem włoskim przyklejonym do polewy, zostały wymyślone w Nowej Zelandii. Często afghan biscuits sprzedawane są na sztuki w kawiarniach (z takich super, wielkich słojów!). Bardzo dobre są też wersje kupne od Cookie Time, czyli ciasteczkowego potworka – można ciacha kupić na sztuki i popróbować różnych (anzac, afghan i różne wersje chocolate chip).

food-nz-2
Mega dobre afghany od słynnego Cookie Time

Gingernuts – ciastka o mocno imbirowym smaku, w konsystencji przypominające… no nie wiem, kamień? Gdy je kupiłam, to przy pierwszym gryzie straciliśmy prawie z Olkiem kilka zębów. Za to idealnie nadają się do maczania w kawie, czy herbacie.

English breakfast tea – chyba jedyna herbata, którą uznają Kiwi. Podawana koniecznie z zimnym mlekiem w dzbanuszku. Raz omyłkowo zaparzyłam klientce earl grey, ta po sztachnięciu się oparami już wiedziała, że coś w jej filiżance nie gra i rzekła do mnie wyniosłym tonem „To chyba earl grey, a nie english breakfast? Earl grey to nie herbata!”. Dodatkowo niektórzy są wyjątkowo wrażliwi na punkcie temperatury herbaty (kawy zresztą też). Kubek, w którym ją piją musi być gorący (broń Boże temperatura pokojowa!), żeby wrzątek, który do niego leją nie ochłodził się od zimnej porcelany.

Flat white – czyli kawa, którą zamawia 70% Nowozelandczyków. Jest to po prostu podwójny shot kawy z mlekiem i cienką warstwą pianki. Zostałam fanką! Pozostałe 30% Kiwusów wybiera long black, czyli czarną kawę (podwójny shot przedłużony wodą, albo podwójny shot z dzbanuszkiem gorącej wody na boku). Olo zalicza się do grona tych od long black:)

flat white
Flat white i long black, czyli biała i czarna kawa w Nowej Zelandii.

Hot chocolate – kakao jest tu spożywane w niesamowitej ilości. W kawiarniach zamawiane jest bardzo często przez dorosłych, nie mówiąc już o dzieciach. Nie jest to prawdziwa gorąca czekolada – w większości miejsc hot chocolate przygotowane jest z gotowej mieszanki (ale Cadbury’ego więc mniam!). Do gotowego napoju podaje się często pianki marshmallows (albo chocolate fish – czyli pianka w kształcie rybki oblana czekoladą).

Lunch

Fish & chips – tego dania chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Numer jeden wśród najczęściej kupowanych dań w Nowej Zelandii i ilości miejsc, które to serwują. Podobnie jest z burgerami.

Pie – mięsna mini tarta. Kruche ciasto wypełnione zazwyczaj siekaną dziczyzną lub baraniną, albo zmieloną wołowiną, do tego zazwyczaj dodaje się cebulkę i zielony groszek. Tradycyjne pies mają też w środku galaretkę mięsną, którą dodaje się już po upieczeniu tart.

food-nz-10
Old english pie

Sausage rolls – mięso mielone (wołowe lub z dziczyzny) w cieście, najlepiej polane tomato sauce (w Nowej Zelandii to, na co my mówimy keczup, nazywa się tu sosem pomidorowym). Dla mnie fuj.

Dinner – wegetarianie mogą przewinąć dalej:)

Lamb – owce w Nowej Zelandii można spotkać niemal na każdym rogu, więc nic dziwnego, że Kiwi często wybierają baraninę na obiad. Mi to jakoś za bardzo nie smakuje (a od historii z małą owieczką nie tykam tego mięsa wcale), a zapach kojarzy się z Mongolią. Trochę się z Olkiem śmiejemy, że Nowa Zelandia to taka lepiej rozwinięta Mongolia – mało ludzi i mnóstwo owiec:)

Venison – czyli dziczyzna dostępna w wielu restauracjach, głównie na południu. Stada jeleni widzieliśmy bardzo często podczas roadtripa po południowej wyspie i na początku byliśmy przekonani, że wybiegły sobie po prostu z lasu żeby poskubać trawę. Hehe, naiwniaczki z nas. Jednak nie, bambi hodowany jest na mięso – palce lizać.

Steak – kawał porządnej wołowiny to jedna z ulubionych pozycji obiadowych Kiwusów (eye fillet!). I trzeba przyznać, że jest naprawdę pyszna! Do tego wołowina w sklepach (taka paczkowana) jest w rozsądnych cenach, a gdy trafi się na promocję to do 10 $ można zgarnąć 2-3 niezłe steki.

no31 restaurant
Jako fanka kaczki, wychodzę nieco poza standardowe menu Nowozelandczyków. Olo nadrabia zamawiając zawsze wołowinę;) Zdjęcie z naszego Instagrama.

Pork belly – jedno z najczęściej występujących dań w nowozelandzkich restauracjach. Jest to kawałek brzucha świnki, zatem zero kości, sporo tłuszczu. Mięso zazwyczaj przygotowywane jest tak, aby górna część (skórka) była chrupiąca. Ostatnio w końcu spróbowałam tego hitu Nowozelandczyków i… nie mój smak. Przygotowane było dobrze, o dziwo nie było bardzo tłuste, mięso delikatne, ale jednak ja i wieprzowina to nie ta sama bajka.

Snapper – najczęściej spotykany rodzaj ryby w karcie – Lucjan. Ma białe i bardzo delikatne mięso. Lucjana można spotkać owiniętego w gazetę z dodatkiem frytek (fish&chips) lub jako elegancko zaserwowanego na białym talerzu w restauracji.

Mussels – bardzo popularne są zielone małże, które można w niektórych miejscach uzbierać sobie samemu, spacerując po plaży (u nas w Mt Maunganui są do znalezienia). Małże te są podawane w różniasty sposób: jako osobne danie, zalane sosem np. z białego wina; w formie przekąski z innymi owocami morza (antipasto platter); jako dodatek to makaronów, zup (chowder) itp. Generalnie dań z owocami morza w NZ jest sporo i zazwyczaj powinny być świeże. Po małżach bardzo popularne są ostrygi (zwłaszcza z Bluff), kalmary i przegrzebki.

Takie owoce morza można zebrać na plaży 2 minuty od naszego domu:)
Takie owoce morza można zebrać na plaży 2 minuty od naszego domu:)

Kumara – jest to nowozelandzki ziemniaczek, a raczej olbrzymi ziemnior (z jednego mamy obiad dla naszej dwójki z głowy!). Oczywiście występuje jako dodatek do obiadu, w formie puree albo frytek.

Fries – tak, frytki to jeden z ulubionych elementów diety prawdziwego Kiwusa. Jak nie są zawarte w daniu głównym, to dokupują je jako dodatek (side – pod tym nagłówkiem w menu znajdą się sałatki, fryteczki i inne pierdoły) albo wymienią puree z ziemniaków na fryty. Lubią je zajadać z tomato sauce lub aioli.

Dessert

Pavlova – wiecie, że ten tort bezowy pochodzi z Nowej Zelandii? Dobrze wypadniecie, gdy będziecie posiadali taką wiedzę będąc w NZ. Kiwi są z tego bardzo dumni i nie lubią, gdy ktoś twierdzi, że to rosyjski, czy australijski wynalazek. Smutna rzecz jest taka, że pavlova bardzo rzadko występuje w menu jako deser, czy w kawiarniach jako ciasto do kawy (a ciast mają zazwyczaj do wyboru do koloru). Szkoda:(

Hokey pokey ice cream – czyli lody o smaku wanilii i miodowych plastrów toffi (honeycomb toffee). Lody o tym smaku warto spróbować zwłaszcza w bardzo oryginalnej lodziarni Giapo w Auckland. Nie zobaczycie tam lodówek ze smakami do wyboru – zamiast tego panie z obsługi dadzą wam testery (jest ok. 6-8 smaków), na podstawie których wybierzecie swój ulubiony. Idea jest taka, żeby wyboru nie dokonywać na podstawie tego co widzimy, a na podstawie tego co nam faktycznie smakuje. Do każdego dostępnego smaku przygotowywane są unikalne toppingi. Ja jadłam właśnie hokey pokey, który został oblany mleczną czekoladą i szczypczykami pani doklejała do niego miodowe plastry toffi. Prze-ko-zak! Poza tym spróbujcie lodów marki Tip Top – kultowej w NZ.

Tak ozdabiają lody w Giapo! Hokey Pokey jest drugie od prawej, w górnym rzędzie. Źródło: Giapo Facebook
Tak ozdabiają lody w Giapo! Hokey Pokey jest drugie od prawej, w górnym rzędzie. Źródło: Giapo Facebook

Lamington – właściwie jest to australijski deser, ale znany również w Nowej Zelandii. Między dwoma puszystymi, czekoladowymi biszkoptami obsypanymi wiórkami kokosowymi znajdziemy krem i dżemor. Jest to jeden z niewielu deserów, który nie jest na maksa słodki. Niedawno Cadbury wypuściło czekoladę o smaku ciasta Lamington – pyszka!

food-nz-1
Lamington w wersji kupnej

Pudding + custard – tradycyjny deser bożonarodzeniowy, koniecznie z sosem angielskim (custard) na bazie żółtek i z dodatkiem brandy. Sos jest czasami nawet ważniejszy niż sam pudding – podczas jednej z wigilii w naszej restauracji, gdy goście wyjedli chyba z 3-4 michy custard i nie było już zapasu, słyszałam co chwilę „Holly molly! No more custard!”. Koszmar Nowozelandczyka.

Caramel/Citrus slice – często występujące ciasta w tzw. cabinet (gablotkach w kawiarniach), oba obrzydliwie słodkie, aż serce zaczyna bić szybciej od tej dawki cukru. Pomimo turbo słodyczy, serwowane z dodatkiem bitej śmietany, a czasami jeszcze z uwaga… dżemem. Do caramel slice przekonaliśmy się dopiero w kawiarni Cafe 88, w której pracuje Olo (ta sama, co ma stuffed scones) – ciasto robią sami (zazwyczaj kawiarnie je kupują i wszędzie wygląda tak samo;)) i nie ma w nim takiej ogromnej ilości karmelu jak w kupnych wersjach.

Brandy snaps – kruche, mega twarde i słodkie rurki wypełnione bitą śmietaną, serwowane z owocami albo sosem owocowym.

Chocolate mud cake – o taaaak, tego rodzaju ciasta czekoladowe to jedne z naszych ulubionych. W wolnym tłumaczeniu jest to „błotne ciasto czekoladowe” – no i taką konsystencję błotka ma;) Wilgotne w środku, o zwartej strukturze, często podgrzewane przed podaniem. Pycha!

Cheese board – deska serów to raczej mało popularny deser w Polsce, bardziej kojarzy się z przekąską. A w Nowej Zelandii lubią sobie zajadać ser, przegryzając krakersami i popijając winem deserowym na koniec posiłku. Sery mają tu dobre (smokey manuka i havarti – mniam!), ale niestety baaaaardzo drogie.

Drinks

Lemonade – lemoniada? Niekoniecznie w Nowej Zelandii, tutaj tak mówią na poczciwego Sprite’a.

Raspberry coke/lemonade – lubiana przez Kiwusów cola/sprite z syropem malinowym.

OJ – wspominaliśmy już, że Kiwusi to straszni leniwcy w mowie? OJ to skrót od orange juice:)

Lemon, lime & bitter (LLB) – gdy po raz pierwszy usłyszałam pytanie o ten napój, zabrzmiało to dla mnie jak coś w stylu „Can I have blebleble?”. Kompletnie nie skumałam o co chodzi „bleble what?!”. LLB to popularny wśród Kiwi napój, który składa się z syropu limonkowego (lime cordial), Sprite’a i kilku kropel Angostury, czyli gorzkiej wódki, która wygląda jak krople żołądkowe. LLB pomimo dodatków, smakuje jak jeszcze bardziej słodki, lekko rozgazowany Sprite.

food-nz-6
Magiczny składnik LLB – Angostura:)

Sav – kolejny skrót, tym razem na wina ze szczepu Sauvignon, które Kiwi wielbią pod niebiosa. Poza tym Nowozelandczycy uwielbiają swoje wina, a region Marlborough właśnie z Savów słynie. Z czerwonych win najczęściej wybierają Pinot Noir lub Shiraz/Syriah. I trzeba przyznać, że wina piją baaardzo dużo:)

food-nz-7
Jedna z winiarni w Marlborough

Ginger beer – piwo imbirowe. Na początku mocno się zdziwiłam, że dzieci je zamawiają… ale w przypadku tego napoju, słowa beer nie bierze się na poważnie. Ginger beer jest bezalkoholowe, a nazywany jest piwem tylko ze względu na sposób produkcji napoju (powstaje w wyniku fermentacji imbiru, cukru, drożdży i przypraw). W sklepach jednak znaleźliśmy imbirowe piwo piwo (czyli z %) i było pyszka! Zresztą jesteśmy fanami obu wersji.

Beers – piw jest całe mnóstwo i w sumie ciężko mi powiedzieć, czy Nowa Zelandia to kraj bardziej winem, czy piwem płynący. Pilsner, lager, pale ale, porter, stout, a do tego jeszcze cydry, jakieś piwa kraftowe i browary o wszystkich smakach świata. Nie znam się na piwach, ale produkują tutaj tego całą masę, co region to inne browary, nie zapominając o większych producentach takich jak Speight’s i Steinlager, których piwka znajdziemy na każdej sklepowej półce.

food-nz-8
Niektóre z dostępnych rodzajów piwa Speight’s, nasze ulubione to Golden Ale, czyli można powiedzieć Speight’sowy klasyk:)

Przygotowana przez nas lista może brzmieć jak menu dla ludzi, którzy szybko chcą przybrać na wadze. No cóż… faktycznie, jeśli mielibyśmy żywić się tylko w taki sposób, to bylibyśmy już dwoma pączuchami. Po niemal 9 miesiącach pracy w nowozelandzkiej gastronomii widzimy, że niestety nawyki żywieniowe ludzi są tu na marnym poziomie, a dzień bez frytek i kawałka ciasta to chyba dzień stracony. Jednak naprawdę można tu smacznie zjeść! Ilość restauracji, mniejszych knajpek, kawiarni, barów jest przeogromna. Nie chodziliśmy po wielu, ale jeśli jadaliśmy na mieście to zawsze byliśmy zadowoleni.

Znacie część z tych potraw albo byliście w NZ i coś jeszcze przychodzi Wam do głowy? Dajcie znać w komentarzach, chętnie poczytamy co szamaliście!

(Visited 839 times, 2 visits today)

10 Comments

  1. Olka 6 października 2016 o 19:33

    Podglądam czasem Wasze kulinarne popisy na snapie, w szczególności wtedy, gdy sami gotujecie 😉
    Niemniej jedzenie w NZ wydaje się być dość sycące, a co za tym idzie mocno kaloryczne. Ale w sumie nasza polska kuchnia też do najlżejszych nie należy, a biorąc pod uwagę, że NZ to głównie góry, to może nie ma się co dziwić? 😉

    1. Olo 11 października 2016 o 22:30

      Olka jedzenie w NZ znacznie bardziej przekłada się na sylwetkę mieszkańców, bo otyłość to spory problem tutaj. Inną sprawą jest, że porcje, np. śniadań w kawiarniach są gigantyczne i czasami się zastanawiam jak ci ludzie potrafią to zjeść, a do tego jeszcze ciastko:P

  2. Agnieszka 8 października 2016 o 09:16

    Ja ich śniadania zjadłabym raczej na obiad 🙂 Bo rano maksymalnie co jestem w stanie zjeść to kanapka. Super ciekawostka z ciastkami ANZAC!
    PS Nigdy jeszcze nie jadłam fish and chips 🙁

    1. Olo 11 października 2016 o 22:44

      Też takie wrażenie czasami odnosimy. Agata tylko raz spróbowała naleśników w kawiarni, ale porcja ją przerosła:P
      A fish & chips to taki klasyk, ale naszym zdaniem nic szczególnego. Ostatnio w takim miejscu zamówiliśmy dla spróbowania loklany przysmak: fritters (a’la placki) z małżami i ślimakami paua – zdecydowanie coś innego:)

  3. Kinga 10 października 2016 o 09:22

    mocno angielska ta kuchnia! ;D zabawne, że nawet nazwy dań zdrabniają. 😀

    1. Olo 11 października 2016 o 22:50

      Do wszystkiego znajdują zdrobnienia, przykładowo mąż to „hubby” 😀 Śmieszna jest też wymowa niektórych ludzi „e”, np. słowo „pen” wymawiają „pin” i weż tu kogoś poproś o długopis to pomyśli, że chcesz pin do karty 😀

  4. Ewa 10 października 2016 o 20:27

    Ciekawe jest to, że podczas 3-tygodniowej wyprawy po NZ niewiele poznaliśmy z tego, co opisujecie. Ale to niestety dlatego, że nie było nas stać na jadanie w lokalach i dużo szykowaliśmy sobie sami, albo mocno kombinowana i budżetowa to była kuchnia. 🙁 Niemniej jeleninę musieliśmy spróbować i faktycznie fajna! Choć my nazwaliśmy to taką pół-dziczyzną, no bo w końcu hodowane…;)))

    1. Olo 11 października 2016 o 22:57

      Ewa my podczas road tripa po południu jak i z resztą przez pierwsze kilka miesięcy nie jadaliśmy na mieście, bo za bardzo nam było szkoda hajsu:P Ale teraz mieszkamy w tak super miasteczku z masą świetnych miejscówek, że nie mogliśmy sobie odmówić i próbujemy wszystkiego po trochu 😀

  5. Marta Zwiedzając Świat 11 października 2016 o 22:47

    Aż mi ślina pociekła na laptopa 🙂 Bardzo apetyczny wpis! Pancakes z bekonem, bananem i syropem klonowym, stuffed scones, pie i wszystkie słodkości – jadłabym. W przeciwieństwie do baked beans i sausage rolls.
    A z tą pavlova to mnie zaskoczyłaś. Nie wiedziałam, że ma nowozelandzki rodowód 😉

    1. Olo 11 października 2016 o 23:02

      Widzę, że podobny gust jedzeniowy mamy 😀 Chociaż ostatnio zjadłem baked beans w kawiarni, w której pracuje i smakowało:)

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *