Kraj Tacosów, płynący Tequilą. Sombrera na głowie, poncza zarzucone na grzbiet. Ruiny Majów, dzikie cenoty, krystalicznie czysta woda w Morzu Karaibskim. Wpadłam na pomysł wyjazdu do Meksyku pewnego dnia w pracy, sprawdzając, czy już może staniały bilety do Egiptu, gdzie planowaliśmy wyjechać na nurkowanie. Nie taniały. Zatem dowaliliśmy 3x tyle i 7 miesięcy później wylądowaliśmy w Cancun. Nie ma tu logiki, ale jest lato w środku zimy.

Oszczędzę historie o planowaniu wyjazdu, planach A, B, C, D… i cholera wie ile ich jeszcze było. Powiem tylko tyle, że im dalej w las, tym bardziej wątpiłam w ten wyjazd i moje oczekiwania względem Meksyku vs. to co na miejscu zastanę i uda nam się wycisnąć poruszając się przez 2,5 tygodnia po Jukatanie.

Cóż, wycisnęliśmy, ile mogliśmy bez specjalnej turystycznej zadyszki, żeby odwiedzić wszystko, wszystko, co tylko się da. I na milion procent już wiemy, że jak wyjazd to musi być natura, a miast tylko trochę. A jak już są to najlepiej, żeby można było w 30 minut być daleko od ich zgiełku. Cóż, eureka, po prawie dwóch latach podróży, musieliśmy trafić do Meksyku, żeby się o tym przekonać.

Nie będę pisać dużo, bo wyszłam z wprawy, niech przemówią zdjęcia, a ja trochę coś do nich przy okazji dopowiem.  Olek, standardowo przygotuje dla Was budżet… haha, żartowałam! Ciągle wisi mi budżet z Chin, z października 2015. Ale wiecie, nie gryziemy i staramy się odpowiadać na maile, także pytajcie śmiało.

Trasa – półwysep Jukatan

Wiadomo nie od dziś, że road tripy to najwspanialsza opcja na zwiedzanie na świecie. Wypożyczyliśmy więc największego gruchota (oczywiście po drodze zaliczając przeboje z kartą płatniczą, standard), jakie w swojej historii STO historii widziało i z prawie-odpadającym-zderzakiem ruszyliśmy w drogę. Zgarnęliśmy po drodze spod supermarketu Moni, naszą meksykańską kumpelę z czasów pracy w Heritage Hotel w Nowej Zelandii, wymieniliśmy się giftami i pruliśmy 80 km/h po meksykańskim high way’u. Nie ma żartów z przekraczaniem prędkości – uprzejmi panowie policjanci czyhają, rozstawieni wzdłuż drogi chyba co 5 kilometrów. Ok, przesadzam, ale dużo ich tam!

Nasza ostateczna trasa, zmieniana sto razy:

Cancun – Valladolid – Izamal – Mdina – Uxmal – Campeche – Calakmul – Bacalar – Tulum – Playa del Carmen – Cancun

I do tego tripy wokół tych głównych miejscówek.

Valladolid i Las Coloradas

Valladolid było pierwszym typowo kolorowym, meksykańskim miasteczkiem do jakiego trafiliśmy, więc odezwał się we mnie syndrom zachwytu nad każdym, nawet najbardziej obdrapanym budynkiem.

Z kolei Las Coloradas… ach, gdyby tak dotrzeć tam trochę wcześniej niż 15 minut przed zachodem słońca. To by było więcej gapienia się na FLAMINGI! Dlaczego nasze łabędzie są takie monochromatyczne, weselej by było oglądać turbo różowe ptasiory w Bałtyku.

Izamal

Popularne, żółte miasto, do którego zajeżdża się po to, żeby napatrzeć się na budynki w jednym kolorze. Raczej punkt na mapie do zaliczenia przy okazji, w drodze do Meridy.

Myśmy mieli trochę więcej frajdy, bo akurat w trakcie naszego pobytu, nie tylko w Izamal, ale także Valladolid, a później Meridzie, trwały obchody święta Matki Boskiej z Gwadelupy. Na drogach między miastami przewinęła się masa pielgrzymów, którzy biegli z pochodniami albo jechali na rowerach do Sanktuariów. Wszyscy ubrani w koszulki z podobizną Maryjki, z chorągiewkami przyczepionymi do bagażników, niektórzy wiozący, oparte o swoje plecy, wielkie figury Maryi. W miastach, często przy kościołach, rozwieszone były charakterystyczne, kolorowe girlandy, a ludzie przystrajali swoje domy wizerunkami Matki Bożej i nie raz, wieczorami widzieliśmy jak modlą się na gankach swoich domów, z których stworzyli coś na kształt mini-kapliczek.

Merida

Stolica stanu Jukatan była głównie punktem wypadowym do innych miejsc. Samo miasto nas nie oczarowało… dla nas za dużo, za głośno, zbyt tłumnie odwiedzane. Ucieszyliśmy się, gdy po kilku dniach je opuściliśmy, a dwa dni później wkurzaliśmy, że musimy wracać. Wzywała policja i odkręcone przez mundurowych tablice rejestracyjne naszego auta. Bo uwaga, przy okazji mandaciku za złe parkowanie, odkręcili nam blachy – tak to się załatwia w Meksyku!

Najciekawsze miejsce odwiedzone przez nas w Meridzie to ogromny, kolorowy cmentarz. Nie załapaliśmy się na największe, meksykańskie święto w ciągu roku – Święto Zmarłych – to chociaż połaziliśmy między grobami. Przy okazji zgłębiliśmy temat pochówku w tym kraju, gdy dotarliśmy do końca cmentarza, gdzie znaleźliśmy porozrzucane metalowe skrzynki wypełnione czaszkami i kośćmi.

Zastanawialiśmy się dlaczego te kości i czaszki są w takich małych skrzyneczkach… Jakim cudem człowiek ma po śmierci zmieścić się do skrzynki? Okazuje się, że wcale magicznie się do niej nie mieści, a pochowany zostaje w normalnej trumnie. Dopiero po około 3 latach od śmierci, przed Świętem Zmarłych, dokonywany jest rytuał tzw. czyszczenia kości przez rodzinę zmarłego. Czyli trumna zostaje wyjęta, otwarta, to co zostało z ciała, czyli kości, są czyszczone i przekładane do metalowej skrzynki. A ta chowana w grobie, często wkładana do jego widocznej części, w której nieraz są kwiaty, obrazki świętych, czy zdjęcie zmarłego.

Z Meridy ruszyliśmy do pierwszej cenoty. Znajdowała się na podwórku u przodka Majów, który opierał lustra o drzewa tak, żeby odbijające się w nich słońce wpadało do wąskiej groty, w której była cenota. Cała dla nas, wysadzana stalagmitami, -ktytami i -gnatami, przekozackie miejsce!

Później udało nam się odwiedzić jeszcze kilka cenot i to totalnie bez tłumów ludzi, których się obawiałam.

Wybraliśmy się też do Celestun, żeby móc zobaczyć flamingi raz jeszcze.

Żeby je pooglądać, umówiliśmy się z Jose z Mangroves of Dzinitun, z którym przepłynęliśmy kanałami w lesie namorzynowym aż do rzeki… w której flamingów już nie było, bo to ich miejscówka na poranki. Ale nie poddaliśmy się, Jose też był zdeterminowany żeby pokazać nam te bajkowe ptaki i zabrał nas w miejsce, gdzie przesiadują popołudniami.

Może to nie jest typowa atrakcja, ale w Meridzie udało nam się znaleźć naprawdę przyjemne Airbnb, dzięki któremu odczuwało się klimat Meksyku bardziej. Stare, kolonialne wille, z oryginalnymi kafelkami, wewnętrznymi podwórzami, z porozwieszanymi hamakami w sypialniach, które są punktem obowiązkowym w domach na Jukatanie. Wiecie, że niektórzy nadal traktują hamak jak łóżko, czyli tego drugiego w ogóle nie mają w swojej sypialni? Opowiedziała nam o tym Monica, wskazując na ukryte w ścianach haki do zawieszenia hamaków, w naszym hostelowym pokoju.

Jeśli jeszcze nie korzystaliście z dobrodziejstwa jakim jest Airbnb to polecamy skorzystać klikając w ten link: Airbnb od STO historii

Wygrywacie na tym Wy i my – każdemu Airbnb sypnie kasą, coby podróżowało się fajniej! Skorzystaliśmy z Airbnb już wiele razy od Indonezji, przez Jordanię, Maltę i ostatnio Meksyk i zawsze udawało nam się zatrzymać w miejscach, które są bardziej autentyczne i zaciszne od tych hotelowo-hostelowych. Dodatkowo wiele razy zadziałała przy tym wymiana kulturowa w postaci pogawędek z właścicielami (w Indonezji załapaliśmy się nawet na wesele!) albo chociażby poleceń dobrych knajp na pyszną szamkę.

Uxmal i Kabah

W drodze do Campeche zajechaliśmy do dawnych miast Majów w Uxmal, które jest bardzo dobrze zachowane, i w Kabah, czyli kameralne ruinki (chociaż teren ogromny, ale w większości niedostępny).

W pobliżu Uxmal zatrzymaliśmy się w typowej haciendzie na szybki lunch.

Campeche

Podobno najbezpieczniejsze miejsce w Meksyku – według naszych hostów z Airbnb, czyli przemiłej rodziny, która przeprowadziła się tu z zatłoczonego i zakorkowanego Mexico City. Mieszkaliśmy z nimi przez kilka dni na strzeżonym osiedlu, za sąsiadów mając burmistrza Campeche, jeżdżąc ulicami wzdłuż których co jedna willa była lepsza od poprzedniej, na pewno jeśli chodzi o świąteczny szał lampeczkowy. Nigdy nie byłam w USA w okresie świąt Bożego Narodzenia, ale wyobrażam sobie, że jest tam wtedy tak jak w Campeche – kolorowe renifery spadają z dachów, przed domami mrugają choinki, a z komina wystają czerwone spodnie Mikołaja. Nie mamy zdjęć – głupio nam było wyskakiwać z auta i je robić, zwłaszcza czując na sobie oddech policjantów, którzy strzegli bram osiedla.

Samo Capmeche znane jest z domów pomalowanych na wszystkie kolory tęczy, a my dodatkowo wynaleźliśmy dwa miejsca z pysznym jedzeniem i fajne sklepiki z rękodziełem z różnych regionów Meksyku.

Calakmul

Przyjechaliśmy tu w jednym celu – żeby zapuścić się w meksykańską dżunglę w poszukiwaniu ruin Majów. Po drodze zaliczyliśmy nocleg typu top 5 najgorszych miejsc, w których spaliśmy na świecie. Wynagrodziło nam to pyszne śniadanie w postaci fajitas i smażonych bananów, a później podróż 60 km wgłąb dżungli. Po drodze minęliśmy setki kolorowych motyli wielkości dłoni, a samo Calakmul Biosphere Reserve to była jedna z najpiękniejszych i najciekawszych miejscówek w Meksyku. Jednak dzicz to nasza rzecz! Przekonaliśmy się o tym zwłaszcza w momencie, gdy na drodze powrotnej stanęły nam dwie młode pumy, a my wstrzymaliśmy oddech z wrażenia i te 5 sekund patrzenia na nie przeżywaliśmy przez połowę wyjazdu. No, ale to było naprawdę super!

Bacalar

Od momentu przyjechania do Bacalar zaczęła się część wyjazdu pt. nicnierobienie. Leżeliśmy nad wodą, pod meksykańskimi palapas, czyli daszkami ze strzechy, a jednego dnia dotarliśmy do miejsca, gdzie widać było przenikające się turkusowe kolory Laguna de Siete Colores.

Tulum

Chyba najpopularniejsze miasto u wybrzeży Morza Karaibskiego. Szczerze mówiąc początkowo w ogóle nie planowaliśmy tam jechać, ale w sumie dobrze się złożyło. Mieliśmy ochotę na kilka dni spędzonych po prostu na plaży, z pina coladą w ręce. Okazało się, że plaża a Tulum wcale nie straszy tłumami, piasek jest biały, a woda krystalicznie czysta – czego chcieć więcej?

 

Do tego w końcu poszliśmy na łupy w postaci meksykańskich kocy, na które czailiśmy się od Meridy i nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

Playa del Carmen

Nasze miejsce na Święta Bożego Narodzenia przypadło na Playa del Carmen. Nasz jedyny plan na ten meksykański Sopot to nurkowanie w ramach świątecznego prezentu i pełen relaks nad basenem przy naszym noclegu, który ponownie wybraliśmy z Airbnb. Zależało nam na miejscu oddalonym od centrum i tak trafiliśmy do Jungla.

Nasz pierwszy kraj po drugiej stronie globu i czy ja wiem… jakoś bardziej chyba nas ciągnie w przeciwnym kierunku. Albo może to kwestia oswojenia się z azjatyckimi klimatami? A może jakimś cudem podróże nie kręcą już aż tak bardzo jak kiedyś? Nie dostarczają tylu wrażeń, emocji, zachwytów. Nie wiem, ale pierwszy raz w życiu cieszyłam się na powrót do domu… do grudniowej Polski, ze słonecznego Meksyku. Coś jest nie tak!

PSSST! Od jakiegoś czasu korzystam z Vivid Presets od mega zdolnej Justyny Zduńczyk, która robi ma-gi-czne foty! Użycie presetu to oczywista nie koniec obróbki, ale jeśli szukacie konkretnego stylu zdjęć to zajrzyjcie pod powyższy link.

(Visited 341 times, 1 visits today)

3 Komentarze

  1. Edyta 31 stycznia 2019 at 13:50

    O to ciekawe bo ja miałam takie samo wrażenie będąc na Kubie teraz w styczniu (brak właśnie tych emocji i radość na powrót do domu) a w Meksyku byliśmy w zeszłym roku w marcu i jesteśmy zachwyceni i najchętniej byśmy wrócili 😀😊 zdjęcia super, korzystałam z waszych rad układając plan do NZ😚

    odpowiedz
  2. Pingback: Co zjeść w Meksyku? + polecane miejscówki • STO historii

  3. Pingback: Malta na tydzień - co warto zobaczyć? • STO historii

nie bądź wiśnia, daj znać co sądzisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *