Melbourne to raj dla osób, które lubią jeść i eksplorować nowe miasta opychając się pysznościami. Ilość kawiarni, pubów, knajpek, restauracji, wypasionych restauracji, piekarni jest OGROMNA. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś kiedyś to wszystko zliczył. Do tego dorzućmy ogromne markety z przekąskami, świeżymi warzywami, owocami, miodami, mięsami, rybami… Choćbym miała tam mieszkać całe życie, nie dałabym rady spróbować wszystkiego (smuteczek!), musiały wystarczyć 3 dni.

Nasz plan na Melbourne był jeden –  „jemy!” – a wszystko pozostałe kręciło się wokół tego gdzie jemy i kiedy. Odwiedziliśmy w tym mieście kilka naprawdę świetnych miejsc, z pyszną szamką i dzisiaj się nimi z Wami dzielimy.

Mekong – po wietnamsku

W Nowej Zelandii i Australii odkryliśmy po raz pierwszy wietnamską kuchnię i ja przepadłam. Banh mi, rice paper rolls, pho… mogłabym się tym zajadać na okrągło. Mekong odkryliśmy przypadkiem idąc jedną z ulic w centrum miasta – knajpa po brzegi była wypchana Azjatami, a dla nas to jasny sygnał – dobrze karmią:) Wróciliśmy tam na obiad, Olo wsunął dużą porcję zupy pho, a ja sałatkę vermicelli z kurczakiem i sajgonkami. Za całość nie zapłaciliśmy nawet 30$, a nie byliśmy w stanie dojeść wszystkiego do końca, bo dania są olbrzymie.

Adres i godziny otwarcia: 241 Swanston Street, 9am – 10pm

Borek (Queen Victoria Market) – po turecku

Queen Victoria Market to targ zapełniony stoiskami z cudownym jedzeniem. Pierwszego dnia znaleźliśmy tam miejsce sprzedające idealne w swej prostocie Boreki. Jest to coś w rodzaju chlebka pity wypełnionego farszem. Myśmy wybrali pikantne ziemniaki z warzywami (py-cha!) i szpinak z fetą. Chlebki są całkiem spore, dla mnie wystarczył jeden, żeby zapełnić żołądek na śniadanie, a kosztują jedyne 3$. Popołudniu kobiety, które prowadzą to miejsce mają urwał jak sto pięćdziesiąt – niemal na całą szerokość przejścia i długość stoiska, stoją ludzie w oczekiwaniu na swoją kolej, żeby coś od nich kupić. My raz skusiliśmy się też na małe falafel roll i lentil roll (na zdjęciu poniżej), ale jednak borek wymiótł i poszliśmy na niego też drugiego dnia.

W tej samej alejce, na ukos od Borek jest kolejne świetne miejsce, w którym zamawialiśmy świeżo wyciskane soki. Do tego mają też domowej roboty jogurty z owocami sprzedawane w kubeczkach, niestety nie zdążyliśmy ich spróbować.

Co ciekawe znaleźliśmy na QVM stoisko z polskimi delikatesami – chciałabym zobaczyć nasze miny, gdy spojrzeliśmy na te wszystkie kiełbasy i szynalce! Olo od razu ustawił się w kolejce po kabanosy, ale mina mu trochę zrzedła, gdy trzeba było za nie zapłacić. To był najdroższy element naszego śniadania. Chcieliśmy kupić jeszcze Ptasie Mleczko, ale kosztowało ponad 40zł w przeliczeniu na złotówki, więc odpuściliśmy sobie takie luksusy;)

Adres i godziny otwarcia513 Elizabeth Street, godziny otwarcia różnią się w zależności od dnia tygodnia (zamknięte w poniedziałki, w środę jest tzw. Night Market)

Market Lane Coffee (Queen Victoria Market) – najlepsza kawa!

Od czasów Nowej Zelandii zdecydowanie bardziej zwracamy uwagę na smak i aromat kawy, więc pójście do Market Lane Coffee było strzałem w dziesiątkę. Wybraliśmy sobie mieszanki kaw z Rwandy i Brazylii, które zostały dla nas przygotowane przy pomocy drippera. Tak jak normalnie raczej nie pijam czarnej kawy, tak w tym przypadku nie było mowy żebym dolała do esencji mleka. Retyyy, jaka ta kawa była pyszna! Jeśli lubicie dobrą kawę to koniecznie wybierzcie się do nich, mają kilka punktów sprzedaży. Co najlepsze – Market Lane Coffee prowadzi też warsztaty z parzenia kawy! Niestety nie mieliśmy opcji na dodanie ich do swojej listy rzeczy do zrobienia, ale za to kupiliśmy ich książkę.

Adres i godziny otwarcia513 Elizabeth Street, godziny otwarcia różnią się w zależności od dnia tygodnia (zamknięte w poniedziałki, w środę jest tzw. Night Market)

Doughnut Time – pączuszki na deser

Do tego niepozornego, małego sklepiku z pączkami z dziurką, kolejka chyba się nie kończy. Donaty są przeróżne, o takich nadzieniach, że ciężko było nam się zdecydować, które zjeść. W końcu wzięliśmy „it’s always a gay time” (w nazwach też są kreatywni;)) oblane mleczną czekoladą, posypane pokruszonymi ciasteczkami i wypełnione budyniem miodowym i „ferrero no share” oblane gorzką czekoladą, z prażonymi orzechami laskowymi i kulką Ferrero Rocher.

Adres i godziny otwarcia: 5 Degraves Street (+ 4 inne lokalizacje!), 8am – 11pm

Rooftop bar – na drinka lub piwo

Tego typu barów znajdujących się na dachach budynków trochę w Melbourne jest. Ten, do którego się wybraliśmy jest o tyle wyjątkowy, że na dachu znajduje się też kino! Mieliśmy nawet w planie obejrzeć film pod chmurką, ale niestety nie zdążyliśmy z zakupem biletów. Na pocieszenie poszliśmy do baru na drinki i było świetnie – akurat zachodziło słońce, na dachu grała muzyka, a dziesiątki ludzi spijało dzbanki z drinkami Pimm’sa:)

Adres i godziny otwarcia: 252 Swanston Street, 11am – 1am

Naughty boy cafe – freakshake!

Do tego bistro poszliśmy w jednym celu – wypicia koktajlu obładowanego różnymi dodatkami. Moda na tworzenie takich koktajli zrodziła się w zeszłym roku w stolicy Australii. Pierwszym miejscem, które wpadło na pomysł stworzenia freakshake’ów i je zaserwowało było Patissez. Do Canberry było nam jednak nie do końca po drodze, a jako, że boom na wprowadzanie takich shake’ów do menu trwa, mogliśmy spróbować go wypić w Melbourne. Wybraliśmy pavlova shake, który był owocowy (marakuja, owoce leśne), z dodatkiem bezy, waty cukrowej i kawałków truskawek + kiwi na czubku. Przepycha!

Adres i godziny otwarcia: 499-501 Lygon Street, 7:30am (8:00 w weekendy) – 4pm

Easey’s bar – burgery z wagonika

To miejsce odkryliśmy zupełnie przypadkiem, przeglądając książkę z polecanymi miejscami do szamki w Melbourne. Swoją drogą niesamowite to jest, że tworzone są wielkie książko-albumy z gastronomicznymi punktami na mapie miasta – to pokazuje jak bardzo rozbudowana jest scena kulinarna Melbourne! W każdym razie Easey’s znajduje się na strasznie nudnej ulicy na obrzeżach Collingwood. Za to miejsce jest mega ciekawe – burgerownia znajduje się w starych wagonach metra umieszczonych na dachu jednego z budynków. Serio, twórcy knajp w Melbourne są mistrzami kreatywności! Spróbowaliśmy klasycznych cheesów z pycha frytkami w piwnej panierce. Mniam mniam:)

Adres i godziny otwarcia: 3/48 Easey Street, 11am – 10pm

Manakish – Afryka dzika … i pyszna!

To miejscówka z bardziej afrykańskim zacięciem, ale serwująca też australijskie klasyki. Wybraliśmy się tam na śniadanie w poniedziałek, kiedy niestety Queen Victoria Market jest zamknięty, więc nie mogliśmy trzeci dzień z rzędu zajadać się borekami. Ja wybrałam swoje australijskie odkrycie, czyli avocado & feta smash na toście, z jajkami w koszulce i grzybkami. Olo zamówił miks śniadaniowy w stylu „zrób to sam” – były tam kawałki pity, ser hallumi, ajwar, grillowane warzywa – baaardzo smaczne połączenie. Miejsce jest dosyć drogie, ale śniadanie, zwłaszcza Olka – pyszne.

Adres i godziny otwarcia: 161 Sydney Road, 9am – 11pm

Grill’d – burgery z sieciówy

To akurat sieciówka, z jak to ogłaszają „zdrowymi burgerami”, czyli tak naprawdę coś w rodzaju burgerów, które teraz jemy w Polsce w większości food trucków. To było pierwsze miejsce, w jakim zjedliśmy w Melbourne, do którego wpadliśmy przypadkowo. Byliśmy mega głodni po locie z Uluru, zobaczyliśmy, że do lokalu ustawia się spora kolejka, więc jak zwykle podążyliśmy za tłumem. Nie zawiedliśmy się – burgery były pyszne, porcje spore, a do tego cenowo wychodziły naprawdę dobrze.

Tych kilka miejsc to nawet nie kropla w oceanie gastronomii w Melbourne. Mogłabym tam mieszkać dla samego jedzenia, serio! Jeśli jesteście osobami, które kochają jeść to na pewno odnajdziecie się w tym mieście. Warto zaglądać na targi (oprócz Queen Victoria Market, widzieliśmy jeszcze jeden w South Melbourne, ale z pewnością jest ich więcej), dobrą dzielnicą jest Fitzroy mająca nieco hipsterski klimat. W centrum dobrze jest zajrzeć w tzw. „lanes” czyli wąskie uliczki, które kiedyś służyły do rozładowywania dostaw, a obecnie wiele z nich zamieniona jest w tętniące życiem miejsca z klimatycznymi knajpami i kawiarniami. No i patrzeć w górę – można tam znaleźć w końcu bary na dachu;)

 

(Visited 298 times, 1 visits today)

2 Comments

    1. Agata 16 marca 2017 o 18:34

      Dostaje się talerzyk i łyżeczki, żeby można było to łatwiej rozpracować 😀

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *