Miesiąc na Borneo

To nasz ostatni dzień z tygodniowego pobytu w dżungli na Borneo. Postanawiam w końcu skorzystać z szerokiego tarasu doklejonego do naszej drewnianej chatki i napisać kilka zdań o miesiącu, który spędziliśmy na tej ogromnej wyspie. Strasznie żałuję, że nie było zbyt wielu okazji, żeby zasiadać tu (na tarasie) częściej, bo ciężko mi się skupić na klikaniu w literki na klawiaturze. Nad głową skaczą mi makaki, przede mną na drzewie siedzi wiewiórka zajadając owoc, a w oddali między listkami kitra się mikroskopijny ptaszek. Wystarczy siedzieć cicho i obserwować naturę.

Oj tak, nigdy nie byliśmy tak blisko natury jak na Borneo. Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy na malutkiej wyspie Pom Pom. Wzięliśmy tam udział w wolontariacie w organizacji TRACC, która zajmuje się konserwacją i odbudową życia podwodnego wokół wysepki. To dla tego miejsca zdecydowaliśmy się w ogóle na Borneo przyjechać i ten wolontariat był jedyną rzeczą jaką mieliśmy zaplanowaną.

Hello Nemo!

Pobyt na Pom Pom był dla nas sporym wydarzeniem. Bardzo chcieliśmy pomóc w projektach, którymi się zajmuje TRACC, zwłaszcza po obejrzeniu dokumentu Mission Blue. Do tego pomoc polegała głównie na nurkowaniu i wykonywaniu różnych prac pod wodą, co nas tym bardziej ekscytowało, bo uwielbiamy schodzić pod wodę. Było to dla nas idealne połączenie przyjemnego z pożytecznym. No i te morskie stworzonka! Czasami spędzaliśmy godzinę na bardzo niewielkiej przestrzeni, oglądając z każdej strony koralowce i sztuczne rafy stworzone przez TRACC.

Rafa butelkowa, w której domek znalazł sobie Clown Fish, czyli popularny Nemo 🙂
Pudło pełne gąbek i miękkiego korala – gotowe do sadzenia na rafach.

Znajdowaliśmy idealnie maskujące się Devil Scorpion Fish i Crocodile Fish, na bubble reef dostrzegaliśmy mini krewetki (nazwane przez nas „dancing shrimps”, bo wyglądały jakby faktycznie tańczyły:)), wisieliśmy do góry nogami nad rafą oglądając przesłodkie Porcupine Fish. Cieszyliśmy się z każdego wypatrzonego Nudibranch, które są od Pom Pom moimi ulubionymi podwodnymi zwierzątkami. Nauczyliśmy się szukać i dostrzegać rzeczy, które wcześniej śmigały nam przed oczami.

Gdzie jest Crocodile Fish?
To niebieskie to moje ukochane Nudies! <3

Wiele godzin przeleżeliśmy po prostu w hamaku, relaksując się jak nigdy w życiu. Raz wstaliśmy po szóstej na porannego nurka, żeby zobaczyć jak zwierzęta pod wodą zaczynają dzień. Wieczorami były pogaduchy i piwo, a nawet beer float, czyli BCD i puszki w dłoń i do wody:) Czasami z samego rana szliśmy na jogę na plaży, którą prowadziła Helen – kursantka w TRACC, a prywatnie twórczyni muzyki elektronicznej i organizatorka festiwalu w Anglii.

Ludzie w TRACC to zlepek instruktorów-wolontariuszy, stażystów, kursantów i wolontariuszy. Rotacja jest tam spora i zazwyczaj raz w tygodniu przypływa nowa grupa osób, a wypływają Ci, którzy skończyli swój pobyt na Pom Pom. Spotkaliśmy tam kilka świetnych osób. Był Diniy, chłopak z Brunei, który pokazał nam mnóstwo morskich stworzeń, nauczył nas jak i gdzie ich szukać, a gdy trzęsąc się z zimna wynurzaliśmy się z wody, przygotowywał dla wszystkich gorącą czekoladę.

Diniy

Allia z Kuala Lumpur, w naszym wieku, nieustannie imponowała mi swoją wiedzą o życiu podwodnym – ba, prowadziła część zajęć dla kursantów studiujących na wyspie. Owen z Australii, który był jedną z najsympatyczniejszych osób ever. Nathan, czyli najlepszy poznany przez nas Chińczyk na świecie, przy którym można było płakać ze śmiechu. Maddy, z naszej ukochanej Nowej Zelandii, zajmująca się mediami społecznościowymi TRACC. Cameron ze Stanów, która nieustannie była czymś zafascynowana i głodna wiedzy…

Allia

Także dwa tygodnie na rajskiej wysepce zleciały nam całkiem szybko, a na trzy dni przed wyjazdem z niej, ciągle nie wiedzieliśmy gdzie ruszać dalej. Rozmawiając z Teresą i Nicolasem, parą amerykańsko-szwajcarską, dowiedzieliśmy się o organizacji KOPEL. Polecili nam wolontariat, tym razem odbywający się w dżungli, zaraz przy najdłuższej rzece Borneo – Kinabatangan. Nad rzekę i tak chcieliśmy się wybrać, więc szybko napisaliśmy maila do KOPEL z zapytaniem o możliwość zatrzymania się u nich na kilka dni.

Zanim jednak dotarliśmy do malutkiej wioseczki Batu Puteh, skąd odpływa się rzeką w sam środek dżungli, w której znajduje się KOPEL’owy Eco Camp, pojechaliśmy do Danum Valley. Tam po raz pierwszy mieliśmy styczność z tak gęsto porośniętym lasem deszczowym, błotem po kostki i pijawkami przyklejającymi się do butów.

Pierwszego dnia w Danum Valley zgubiliśmy się na słabo oznaczonym szlaku. Zamiast 40 minut, maszerowaliśmy 3 godziny słuchając odgłosów dżungli, ale nie mogąc wypatrzyć niczego oprócz jednej jaszczurki, gigantycznych mrówek i kilku innych robaków. Nie zdawałam sobie sprawy jakie to jest trudne przy tylu drzewach, lianach, gałęziach i liściach.

Nie wyjechaliśmy jednak z Danum Valley bez obejrzenia niczego fascynującego – udało nam się zobaczyć stado małp (Red Leaf Monkey), które skakały dosłownie nad naszymi głowami i gapiliśmy się na nie dobre 1,5 godziny. Innym zwierzakiem był słoń, którego wypatrzył przewodnik podczas nocnego safari. Nic dawno nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak słoń widziany w jego naturalnym środowisku – opadła mi kopara, bez żartów. A słonia widzieliśmy dosłownie 5 sekund, bo zaczął na nas trąbić ostrzegawczo, więc trzeba było się wycofać. Więcej dzikich zwierząt czekało na nas jednak na wolontariacie w KOPEL.

Zdjęcie po prawej: na górze małpa, na dole Olas!
Smutna, bo pijawki nie chcą się odczepić i komary też nie.

Samo miejsce, jakim jest Eco Camp, to dla nas hicior. Mieszka się tu, na malutkich, zadaszonych, drewnianych platformach, w których mieści się materac i upchnięte pod skosami nasze plecaki. Ściany zrobione są z drewnianej kratki obłożonej moskitierą, więc ma się wielkie okna na dżunglę. Pod platformą jest bardzo podstawowa łazienka, gdzie za prysznic robi kilkudziesięciolitrowy kubeł z wodą i polewaczka. U nas w gratisie obok kibelka był przyjaciel pajączek z włochatymi nóżkami – straszył nas tylko po zmroku. Nie ma elektryczności, za lampkę służy czołówka, a kąpiel bierze się w deszczówce, której jest tutaj pod dostatkiem. Eco Camp położony jest nad samym jeziorem i jakieś 300 metrów od rzeki Kinabatangan. Sztos! Po noclegu na Samoa, chatka w środku dżungli to najlepsze miejsce, w jakim mieliśmy okazję spać.

Na miejscu, w ramach wolontariatu, zajmowaliśmy się wyławianiem pewnego rodzaju chwastu z jeziora Tugong. Chwast to Salvinia Molesta, który oryginalnie pochodzi z Ameryki Południowej, a obecnie rozprzestrzenia się na całym świecie. Rozrasta się w ekspresowym tempie, w kilka dni podwaja swoją objętość, zakrywa całe jeziora, odcinając źródło tlenu i światła. W ten sposób zrywają się ekosystemy, wymiera życie w wodzie, a później kolejne ogniwa łańcucha pokarmowego nie mają co jeść – głównie ptaki i ssaki żywiące się rybami. Pomagaliśmy więc utrzymać chociaż niewielki skrawek jeziora przy życiu (reszta jest w 100% pokryta grubą warstwą chwastów), z czego korzystały różne zwierzaki, które mieliśmy okazję tam zobaczyć:)

Scooping!
Scooping!

Czyyyste jezioro, bambusowa bariera i to zielone w oddali to Salvinia Molesta. Porasta całą resztę zbiornika wodnego:(

Makaki (Long Tail Macaque) są na porządku dziennym, widziane dziesiątkami. W pewnym momencie, gdy nasłuchiwaliśmy co tam skacze w koronach drzew i dostrzegaliśmy tę małpkę, machaliśmy tylko ręką mówiąc „łeeee, kolejny makak”. Podczas rejsów łódką po rzece, do których mogliśmy dołączać za darmo, naoglądaliśmy się nosaczy (Proboscis Monkey), z prześmiesznymi nosami – kulfoniastymi (panowie) albo spiczastymi (panie).

Rodzina makaków
Pani nosacz
Pani nosacz
Rodzina nosaczy

Nad głowami przelatywały nam orły i przepiękne Hornbils, które wyglądają jakby miały podwójne dzioby. Wieczorami siadaliśmy na pomoście oglądając gigantyczne nietoperze (Flying Foxes). Raz mieliśmy szczęście wypatrzyć krokodyla wylegującego się przy rzece i wodnego pytona, który niestety zahaczył się o drzewo i zginął marnie z napakowanym żołądkiem (chociaż sobie pojadł nim zdechł). Po drzewach przy Eco Camp stale przebiegały mini wiewióreczki (Pigmy Squirells), małe cywety (Palm Civiets), a przy kuchni regularnie buszowała wielka, brodata świnia (Bearded Pig). Za to przy jeziorze piszczały małe wydry, gdy ich mama wskakiwała do wody w poszukiwaniu ryb (mamy nadzieję, że dawała radę je znaleźć!).

Takiego właśnie widzieliśmy! I bynajmniej nie tylko na znaku ostrzegawczym:)
Przesłodkie wyderki

Ciągle nie udawało nam się jednak dostrzec bohatera dżungli w tym zakątku świata – orangutana. Są to ciężkie do wypatrzenia małpy, jako, że nie skaczą ciągle po drzewach, a zazwyczaj w spokoju siedzą na gałęziach wsuwając owoce. Nie żyją w stadach i są dosyć mocno rozprzestrzenione po dżungli – średnio występuje w niej jeden orangutan na 2 km2. Do tego znaleźliśmy się na Borneo poza tzw. fruiting season, kiedy w lasach deszczowych jest łatwiej na orangutany trafić. Szczerze mówiąc straciłam nadzieję i pogodziłam się z myślą, że te wyjątkowe małpy zobaczymy wyłącznie w sanktuarium w Sepilok. Jednak na ostatnim rejsie po Kinabatangan, dosłownie pod sam jego koniec, przewodnik zauważył jednego, dorosłego orangutana chowającego się między liśćmi i zajadającego owocami. Zaraz po słoniu, był to jeden z najlepszych momentów na Borneo. Przyciskaliśmy po kolei lornetki do oczu, ciesząc się jak dzieciaki, gdy mogliśmy spojrzeć na orangutana i zobaczyć z bliska jego twarz. Obserwowaliśmy go aż do momentu, gdy zniknął w zaroślach.

Król dżungli na Borneo – orangutan!

Orangutany mamy nadzieję zobaczyć jeszcze w sanktuarium, do którego wybieramy się jutro. To nasz ostatni przystanek na Borneo, dzień później lecimy dalej. Tak naprawdę nasz pobyt na tej wyspie to głównie wolontariaty, których od tej pory jesteśmy fanami. Mega spodobał nam się taki sposób na spędzanie czasu w podróży – nie dość, że zakotwiczaliśmy się na dłużej w jednym miejscu, to jeszcze mogliśmy przy okazji pomóc. Zobaczyliśmy przy okazji Borneo z jego chyba najlepszej strony – dzikich zwierząt i natury, pod wodą i w dżungli. Póki co, jest to według nas, jeden z fajniej spędzonych miesięcy podczas naszego wyjazdu.

(Visited 390 times, 1 visits today)

2 Comments

  1. Pingback: Pierwsze wrażenia z Polski - powrót do Gdyni | STO historii

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *