Historie związane z 7 pierwszymi pracami każdego z nas. Możecie, więc poczytać o mojej porażce w nauczaniu ułamków i Olka karierze w Fakcie. Niemal od razu, gdy zaczęliśmy zarabiać pierwsze PLN-y wyczailiśmy, że dobrze byłoby wszystkiego od razu nie przehulać na ciuchy/kino/piwo/imprezy i dzięki temu zaczęły się nasze małe i duże podróże!

Przechodzimy od razu do konkretów. Zaczytujcie się więc w naszych życiorysach!

Agata #MyFirst7Jobs

#1 Pierwszą robotę dorwałam, jako animatorka zabaw dla dzieci. Zabawy z dzieciakami nie były w stylu „porysujmy, poskaczmy, a teraz zaśpiewajmy piosenkę” ,tylko rozstawialiśmy z ekipą cały plac, który robił za ulicę, ze znakami drogowymi, sygnalizacją świetlną itp. Dzieci zakładały na siebie takie miękkie samochodziki i przechodziły wyznaczoną trasę, a ja przy okazji uczyłam ich zasad ruchu drogowego. Najlepsze jest to, że nigdy nie udało mi się samej zdać prawa jazdy… Także hugo wie, może przeze mnie teraz niektóre dzieciaki nie ogarniają kto ma pierwszeństwo na ulicy!

#2 Druga praca wiązała się z pierwszą w życiu rozmową kwalifikacyjną i kombinowaniem, co w zasadzie mam wpisać w CV mając 17 lat i doświadczenie w zabawach z dziećmi. Pracodawcy na szczęście to nie robiło i przez wakacje pracowałam w księgarnio-papierniczym. Moim ulubionym zajęciem było układanie książek w danej sekcji według tylko mi znanego klucza.

#3 Dwa sezony letnie przeleciały mi na zabawie w układanie książek, a w między czasie przejęłam po siostrze czwartoklasistę, któremu dawałam korki z matematyki. Z przejęciem i zacięciem przygotowywałam mu kolejne zadania i ściągawki, cała zajarana wykorzystując masę kolorowych zakreślaczy i długopisów. Podekscytowana moją pracą byłam niestety tylko ja, bo chłopiec postawił sobie chyba za punkt honoru, że nigdy nie nauczy się ułamków. Moje tłumaczenie na różne sposoby (i różne kolory!) były na nic.

#4 Później rozpoczęła się dłuższa przygoda z gastronomią. Na początku spędziłam trzy miesiące pracując jako kelnerka w naleśnikarni. Było to w czasie, gdy moim celem była przeprowadzka na magisterkę do Poznania, więc wszystkie zarobione pieniądze zachomikowałam (ani zeta nie wydałam!). Do Poznania się nie przeprowadziłam, a kilka lat później część tych oszczędności wydałam na najlepszą przygodę jaką mogłam sobie wtedy zafundować. Na 1,5 miesiąca przeprowadziłam się na Cypr Północny z zamiarem wolontariatu, który nie wypalił. Było więc wylegiwanie się na plaży, imprezy i zwiedzanie kraju z 80-cioma innymi osobami z całego świata (też „wolontariuszy”). FUN!

#5 Po sezonie zajadania się naleśnikami z bananami i nutellą, stwierdziłam, że koniec z tym! Idę w ciuchy, dostanę zniżki, odnowię sobie szafę i będę miała pierwszeństwo w wyborze ubrań zanim chmara bab się zleci. I wylądowałam w popularnej, polskiej sieciówce. Najgorsza praca w mojej „karierze”. Najbardziej bawiło mnie (a raczej teraz bawi, bo wtedy wkurzało), gdy kazano mi klepać wieszaki, żeby równo wisiały na drążku, gdy nic innego nie było do roboty. Zniżki były średnie, szafy nie odnowiłam, a jedynym fajnym epizodem w tej pracy był wyjazd do Londynu za zaoszczędzoną kasę:D

#6 Po morderczych wyprzedażach, układaniu na nowo sterty t-shirtów i klepaniu wieszaków, wróciłam do gastro. Na dłuższą chwilę niż miałam w planie, bo na 3 lata, w międzyczasie łapiąc też inne roboty. No cóż… o podejściu i właścicieli i klientów w gastronomii polskiej a nowozelandzkiej można by było napisać cały post. Ze zdecydowanym, ogromnym plusem, dla tych drugich. Ale miałam fajną ekipę i dzięki nim ta praca była naprawdę znośna (pozdrawiam sushiżerców!;)).

#7 I ostatnia z pierwszych siedmiu prac to w zasadzie praktyka w korporacji. Odbyłam ją podczas nieplanowanej przerwy między licencjatem, a magistrem, gdy mogłam połączyć pracę w restauracji razem z praktykami, a do tego jeszcze organizacją studencką. Chyba wtedy był ten czas, kiedy byłam najbardziej zalatana w życiu – pracowałam niemal codziennie od 8:00 do 22:00, jeździłam w różne miejsca, z czego większość robiłam za free. Kasy z tego nie było, ale chociaż (a w sumie aż!) dowiedziałam się, czego na pewno w życiu nie chcę robić. Dostałam ofertę pracy w tej korpo, ale podziękowałam, bo wiedziałam, że to nie TO. Poszłam dalej i znalazłam!

Olas #MyFirst7Jobs

#1 Pierwsze pieniądze zarobiłem w gimnazjum sprzedając gazetę… FAKT! Z dwoma ziomkami wyczailiśmy miejscówki, gdzie sporo wiary chętnie kupowało te niezwykłe historie (w stylu „Mąż orał mną pole”) i gołe panie na ostatniej stronie i przez dwa tygodnie buszowaliśmy po targowiskach i przy dużych skrzyżowaniach w Gdyni. Pamiętam, że najlepiej nam szło na wylotówce na Półwysep i codziennie mieliśmy paluchy umorusane tuszem:D Milionów co prawda nie zarobiliśmy, ale satysfakcja była mega.

#2 Pierwszą sezonową pracę zaraz po ukończeniu 18-stki dostałem w sklepie z ciuchami Diverse. To właśnie tam nauczyłem się składać T-shirty w kosteczkę co pozostało mi do dziś i Agata się śmieje, że nie potrafię wrzucić do szafki koszulki niezłożonej po mojemu:D A i zniżki też były spoko!

#3 Następne wakacje spędziłem w pierwszej w mojej karierze kelnera suszarni, czyli restauracji sushi. Nauczyłem się nie tylko podstaw serwisu, ale też co to nigiri, hosomaki, futomaki i jak jeść pałeczkami. Wtedy nie przeszło mi przez myśl, że prawie 10 lat później będę dalej latał z tacą…

#4 Kolejne trzy sezony spędziłem w suszarni w samym centrum Sopotu, gdzie każdego wieczoru mieliśmy tabakę. Wyszkolono mnie na baristę/barmana, dzięki czemu robiłem dobre espresso, idealnie pieniłem mleko do cappuccino i przygotowywałem popularne „modżajto dla mojej świni”. Dowiedziałem się też jaka jest różnica między single malt a blend. Po kilku kłótniach z moim zmiennikiem i „guru” zabawa za barem się skończyła i przerzucono mnie do obsługi. W ostatnim sezonie robiłem też za dostawcę wynosów.

#5 Podczas studiów w Poznaniu dorabiałem w kawiarnio-restauracji na starym rynku, gdzie zacząłem od zawrotnej stawki… 5 zł netto/h. Szybko się jednak wykazałem i dostałem podwyżkę, a po pracy zawsze wjeżdżało piwko albo whisky. Na ostatnim roku licencjatu zaliczyłem kolejną pracę w suszarni, w której byłem „all in one”, czyli kelnerowałem, zmywałem a i wynosy czasem dowoziłem.

#6 Po powrocie do Gdyni przygoda z sushi się skończyła i zatrudniono mnie w restauracji z kuchnią polską, gdzie dzięki prześwietnej ekipie (Aga, Madzia, Bartas!) przepracowałem 2 lata. Tutaj moja wiedza i umiejętności bajery gości, tzw. „kreowania potrzeb”, podskoczyły o kilka leveli. Jednym z największych hardkorów była obsługa 3 wesel dzień po dniu w tym samym składzie a na deser serwis w niedzielę, czyli najgorszy dzień w gastronomicznym tygodniu.

#7 Poza gastronomią chciałem sprawdzić się w czymś innym, więc dzięki znajomości języka rosyjskiego dostałem pracę w korporacji, w której Agata wcześniej miała praktyki. Regularne godziny pracy, całkiem dobre warunki, benefity itp. to jednak nie wszystko. Zorientowałem się, że rola analityka nie jest dla mnie (ale doświadczenie jak najbardziej cenne) i chciałbym mieć więcej kontaktu z ludźmi, więc po powrocie czekają mnie kolejne poszukiwania pracy.

A jak wyglądały Wasze pierwsze prace? Pochwalcie się, jak zarobiliście pierwsze miliony monet!

Designed by Freepik

(Visited 153 times, 1 visits today)

10 Comments

  1. Jacek 22 sierpnia 2016 o 15:05

    Pierwszy milion zarobiłem na WOŚPie. Nie, nie kroiłem wolontariuszy z puszek 😉 Miałem jakieś 15 lat i przeżywałem okres wielkiego parcia na kasę. A w zasadzie to na zrobienie jakiegoś biznesu. Kasa miała być dodatkiem potwierdzającym, że pomysł był dobry. W moim mieście, przy okazji WOŚPu zawsze robili jakieś duże wydarzenie w parku miejskim. Przychodziły tłumy ludzi. Trzeba było te tłumy jakoś skapitalizować. Ale nie chciałem stać z watą czy popkornem. Poza tym nie miałem kasy na te maszynki co kręcą watę. No i to miał być jednorazowy strzał. Nie chciałem zostać królem waty cukrowej. Na allegro znalazłem święcące pałki. Nie inaczej. Święcące pałki. To taka pałka, którą się przełamuje i ona zaczyna świecić. Wędkarze używają takich w spławikach, kiedy łowią w nocy. Ich pałki są krótki i zielone. Moje były długie i kolorowe. Co więcej, przy pomocy małego plastikowego łącznika można je było łączyć w jeszcze dłuższe pałki, zaplatać w kształty, robić korony, bransoletki i inne cuda. Tego wieczoru zostałem królem świecących pałek. Lepsze to niż król popkornu, nie?

    1. Olo 23 sierpnia 2016 o 02:00

      Jacek kojarzę te świecące pałki! Szacunek za pomysł:D To był jednorazowy interes czy pociągnąłeś to dalej? Na imprezach masowych można by na tym nieźle zarobić – kupić hurtową ilość, narzut 500%, a ludzie i tak by pewnie kupowali:D

      1. Jacek 23 sierpnia 2016 o 20:30

        To był jednorazowy strzał. Może gdybym to pociągnął latalibyśmy prywatnym dżetem, kto wie 😉

  2. thomson 26 sierpnia 2016 o 16:52

    Ja zaczalem od sprzedazy jezyn/porzeczek przed targowiskiem w Chylonii 😀 Co prawda zarobilismy 5zl po prawie calym dniu, ale burger kupiony za cala wyplate smakowal wysmienicie! 😉
    Pozdrawiam pracusie! <3

    1. thomson 26 sierpnia 2016 o 16:53

      *Pozdrawiam pracuSI, a nie pracusie. Oczywiscie!

    2. Olo 30 sierpnia 2016 o 01:15

      thomson, ja na tym targowisku sprzedawałem Fakt – najchętniej go tam kupowali 😀 A jeżyny sam zbierałeś?:D

  3. thomson 1 września 2016 o 13:04

    Z kolega u siebie w ogrodzie 🙂 z kims to zawsze razniej pakowac sie w takie przygody.

  4. Koralina 10 października 2016 o 15:22

    Hahaha, Agata ja też klepałam wieszaki, ale to nie był najbardziej absurdalny obowiązek, jaki przyszło mi wykonywać. Pracując za barem w lodziarni, kiedy nie było już zupełnie nic do roboty, musiałam wycierać… dzióbki plastikowych, jednorazowych butelek z polewami do lodów 😀

    1. Olo 11 października 2016 o 22:34

      Haha, zakładam, że te dzióbki się nieźle zatykały:P Ja w restauracji raz na miesiąc robiłem remanent z kumplem i czasami trwało to cały dzień zanim ogarnęliśmy wszystkie butelki, a miejsc gdzie trzymaliśmy alkohol było kilka:D

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *