Jak najlepiej podróżuje się po kraju długiej, białej chmury? Naszym zdaniem furą! I to taką z łóżkiem w środku. Sami zastanawialiśmy się, jak to będzie zamienić cztery ściany na cztery kółka, więc podrzucamy przydatne wskazówki jak się w tym wszystkim odnaleźć. Gdzie szukać darmowych noclegów? Jak zgarnąć zniżki na paliwo? Co z prysznicami i toaletami? I masa innych informacji.

Podstawy

W Nowej Zelandii jeździ się po lewej stronie, więc i kierownica jest po „złej” stronie. Nasza pierwsza, krótka przejażdżka pożyczonym od koleżanki autem z manualną skrzynią biegów była śmieszna. Wszystko poza pedałami jest na odwrót, więc początkowo uderzałem ręką w drzwi chcąc zmienić bieg i włączałem wycieraczki zamiast kierunkowskazu. A na najmniejszym skrzyżowaniu nie miałem pojęcia kto ma pierwszeństwo! Tak więc kupując auto szukajcie automatów, a z tym nie będziecie mieli problemu, bo mało kto jeździ tu z manualną skrzynią – no bo po co sobie utrudniać życie?:) Poza tym miejcie się na baczności i trzymajcie lewej strony! Nie żeby mi się zdarzyło dwa razy wjechać na przeciwny pas…:D

Aplikacje na telefon

Must have każdego podróżnika w Nowej Zelandii jest aplikacja Campermate, dostępna na androida i iOS. Wyznaczaniem trasy i poszukiwaniem campingów zajmowałem się głównie ja, więc Agata się często śmiała, że pierwsze co robię rano po przebudzeniu, to sprawdzenie CM. No co – fajna ta aplikacja! I za darmo! A co w niej znajdziemy? Wszystko, co nam potrzebne, czyli lokalizacje campingów, publicznych toalet i pryszniców, sklepów, stacji paliw, punktów WiFi, informacji turystycznych (tzw. iSite lub Visitor Center – mają darmowe mapki), kranów z pitną wodą, pralni, atrakcji i porad. Polecam ściągnąć mapki przed wyjazdem, żeby mieć do nich dostęp offline. Dodatkowo, Campermate może służyć do nawigacji – naprawdę dobrze się sprawdza, pod warunkiem, że pilot wie, która to prawa, a która lewa strona… Ale nie będę narzekał, bo Agatka naprawdę się podszkoliła z tej cennej umiejętności:D Dzięki tej aplikacji kilka razy znaleźliśmy campingi, które nie były uwzględnione w papierowej broszurce o noclegach dla camperów i do których nie ma drogowskazów.

Zakupy

Mając już furę i aplikację, wypada możliwie tanio zaopatrzyć się w jedzono. Najtaniej w jednym z kilku większych marketów, tj. New World, Pak’n’Save, Countdown – z tych najczęściej korzystaliśmy, z czego w dwóch pierwszych znajdziemy markę PAMS – nasze nowozelandzkie odkrycie (dostępne również w mniejszych marketach FourSquare). Większość PAMSowych produktów jest tańsza niż pozostałych firm, przy czym skład jest naprawdę spoko. Robiąc zakupy w New World poproście o zniżkową kartę turystyczną, dzięki której możecie korzystać z promocji „Club deal” i zaoszczędzić kilka dobrych dolarów. Z listy zakupów możecie wykreślić zgrzewki wody (wystarczy ogarnąć kilka pustych butelek, które później można uzupełniać w miastach) oraz duże opakowanie rolek papieru toaletowego (2 awaryjne powinny wystarczyć, bo większość toalet ma papier).

Gotowanie

W naszym przypadku najlepiej sprawdziło się gotowanie obiadów od razu na dwa dni i wybranie kilku prostych i smacznych dań, które spokojnie można zjeść kilka razy w miesiącu. Szerzej napisaliśmy o tym w poście na temat tego, co gotować mieszkając w vanie. Uwierzcie nam, że niektóre z naszych początkowych pomysłów na obiady, czy śniadania kompletnie nie sprawdziłyby się w takich warunkach.

No a gdy kompletnie się nie chce gotować to zawsze można ogarnąć pizzę z Dominos za piątaka:)

Paliwo

Mając do przebycia kilka tysięcy kilometrów dobrą opcją jest zaopatrzenie się w kartę AA Smartfuel, dostępną na każdej stacji BP i Caltex. Wystarczy uzupełnić formularz online i od razu korzystać ze zniżek w postaci 6 centów na litrze za każde wydane min. 40$. Jeśli zalewamy pusty bak, opłaca się tankowanie rozłożyć na dwa razy (pełne tankowanie naszej hondzi, to ok. 80-95$), żeby zgarnąć łącznie 12 centów zniżki. Otrzymane „punkty” można wykorzystywać na bieżąco lub zachować i kumulować na czarną godzinę (np. zachodnie wybrzeże południowej wyspy, na którym paliwo jest droższe). Dzięki tej karcie na przejechanych 3 tys. km. zaoszczędziliśmy ponad 30$.

Campingi

Łóżko w aucie mieliśmy po to, żeby nie płacić za noclegi, więc szukaliśmy campingów podstawowych, czyli darmowych, na których znajduje się miejsce do zaparkowania auta i kibelek w stylu TOI TOI. Bardzo często przy takich terenach jest rzeka lub jezioro, wiec rano można skoczyć z michą po wodę do umycia buzi, zębów, garów i czego tam jeszcze chcemy. W niektórych miejscach, nie ma darmowych punktów noclegowych i obowiązuje zakaz freedom campingu (np. przy Mount Cook lub wzdłuż drogi z Te Anau do Milford Sound), więc trzeba brać co jest, czyli płatne campy (najtańsze za 6$ od osoby za noc – podobno teraz cena wzrosła już do 8$). W takich miejscach najczęściej jest budka, z której bierze się krótki formularz, uzupełnia dane i wrzuca razem z kasą do skrzynki. Na tych bardziej popularnych strażnik codziennie sprawdza, czy wszyscy zapłacili, a na innych co kilka dni.

Gdy zobaczycie taką tablicę, oznacza to, że nawet mając auto nie będące self-contained, możecie zostać w wyznaczonym miejscu za darmo.

Na płatnych campingach spaliśmy przez miesiąc 6 razy. A co jeśli nie ma darmowych noclegów i żaden za szóstkę ósemkę nie znajduje się w pobliżu? Są dwie opcje. Jeśli macie auto z naklejką self-contained jesteście uprawnieni do tzw. freedom camping, czyli możecie spać nawet na zatoczce przy drodze, chyba że znaki mówią co innego lub jakieś miasto kompletnie tego zabroniło. Jeśli auto jest non self-contained to albo łamiecie zakaz i liczycie się z możliwą karą (nawet 200$ od osoby) albo kombinujecie. Na Campermate zaznaczone są tzw. nieautoryzowane miejsca na nocleg, najczęściej zatoczki albo parkingi, przy których często są łazienki – to też grozi karą, ale po cichu liczymy, że nikt się tam nie pojawi. Jeśli nie ma nawet tych miejsc zaznaczonych to szukamy na własną rękę. My raz szukaliśmy nowego miejsca w okolicach PN Abel Tasman i udało nam się – super miejscówa z widokiem na Motueka, ale z ciężkim podjazdem, bo o mało co nie zostawiliśmy za sobą podwozia. Z kolei podczas road tripa po północnej wyspie, w okolicach Whangarei, spotkaliśmy się z informacją od pań z iSite, że możemy naszą Hondą zatrzymywać się wszędzie, byle obok była łazienka.

Generalnie campingi w NZ są naprawdę super, większość w bardzo ładnej lokalizacji, w lub przy lesie, blisko wody i z pięknymi widokami. Nie zachęcamy nikogo do nocowania poza wyznaczonymi terenami, ale jeśli już śpimy w miejscu, gdzie nie powinniśmy, to szanujmy przyrodę i zabierajmy własne śmieci.

Toalety, prysznice i woda

Publiczne łazienki i prysznice były dla nas dużym zaskoczeniem. Nieważne jak małe miasteczko, ale kibelek z papierem toaletowym zawsze znajdziemy. Część z nich zamykana jest na noc, ale z reguły jedna kabina koedukacyjna pozostaje otwarta całą dobę. Fakt, że nie wszystkie pachną kwiatkami, ale nie ma co narzekać.
Jeśli chodzi o prysznic to są różne opcje: z nie/limitowanym czasem; takie, w których można wykąpać się we dwójkę; na basenie itd. Jeśli nie ma szansy na publiczny prysznic w okolicy to zawsze możemy uderzyć do najbliższego hostelu z pytaniem o opcję odpłatnego prysznica – skorzystaliśmy z tego kilka razy w hostelach YHA.

Jest jeszcze opcja prysznica solarnego, który kupiliśmy przed tripem. Skorzystaliśmy z niego… szalone 2 razy, haha. Przede wszystkim dlatego, że trzeba czekać ok. 3h, żeby nagrzała się woda (gdy dzień nie jest słoneczny to jeszcze dłużej). Raz przed trekkingiem zostawiliśmy go przy samochodzie z myślą, że się nagrzeje, ale niestety słońce miało inne plany i schowało się za chmurami. Innym razem prysznic elegancko się nagrzał, ale tak wiało, że mieliśmy wrażenie, że kąpiemy się w lodowatej wodzie. Jest to więc opcja awaryjna.

Kolejna sprawa to woda pitna. Kraniki porozrzucane są po zakamarkach miasta, w pobliżu iSite, stacji benzynowej, przy parku, czy campingu i pozwalają napełnić nasze butelki i zbiornik na wodę do gotowania. Niestety w miastach blisko morza/oceanu woda jest mocno chlorowana i niesmaczna.

Internet i ładowanie sprzętu

Bez Internetu ani rusz! Najbardziej opłacał nam się pakiet 1GB w 2degrees, który na okres miesiąca kosztował nas 20$. Dodatkowo, zaraz po wykupieniu przyszedł SMS oferujący dodatkowy 1GB za ekstra 5$, więc bez wahania go dokupiliśmy. Dodatkowo prawie w każdej miejscowości jest biblioteka z bezpłatnym WiFi. Połączenie bywa czasami wolniejsze, ale nie jest źle. Niektóre działają całą dobę, inne tylko w godzinach otwarcia biblioteki, jedne tylko w środku, a drugie nawet na parkingu przed biblio. Przy okazji siedzenia między książkami można poszukać gniazdka i podładować sprzęt.
W kwestii ładowania elektorniki w samochodzie to myślałem, że będzie gorzej, ale na szczęście cały nasz sprzęt, poza laptopem, jest ładowany przez USB, więc wtyczka do gniazda zapalniczki dawała radę. A laptopa ładowaliśmy na różne sposoby: wyżej wspomniana biblioteka, punkty iSite, kawiarnie, McDonald’s itp. Jeśli ktoś potrzebuje normalnego gniazdka można kupić konwerter do auta za ok. 50$.

Drogi

Jeśli jesteśmy już w trasie pozostaje nam tylko cieszyć oczy widokami za oknem. A no i jeśli się prowadzi to patrzeć na drogę… hehe. Limit prędkości poza miastem w NZ to 100km/h, co w połączeniu z dobrym stanem nawierzchni powoduje, że poruszanie się po tym kraju jest bezpieczne. Jeśli ktoś ma ciężką nogę, niech uważa, bo mandaty podobno są wysokie. Policji co prawda dużo nie ma, ale raz zdarzyło nam się na jednym odcinku minąć dwa radiowozy, jednych tajniaków i radar schowany w vanie niepozornie zaparkowanym na poboczu. Jednak kierowcy sobie pomagają i mrugają światłami, dzięki czemu uniknęliśmy raz strzelenia foty z ukrycia. Co mnie miło zaskoczyło, to znaki przy większych zakrętach wskazujące zalecaną prędkość, żebyśmy nie skończyli w rowie albo na polu wśród owiec. Do większych atrakcji też prowadzą znaki, więc z mapy lub nawigacji korzysta się naprawdę sporadycznie. A propos map polecam papierową mapkę YHA dostępną w informacjach turystycznych – jest dokładniejsza, niż pozostałe darmowe.

Atrakcje

Ktoś napisał, że najlepsze atrakcje NZ są za darmo – w sumie to prawda, bo NZ zachwyca swoją naturą, którą można chłonąć całymi dniami. Wstęp na większość szlaków jest darmowy, niektóre można wesprzeć dowolnie paroma dolarami. Kilka naturalnych atrakcji (np. Clay Cliffs i Cathedral Caves) znajduje się na terenie prywatnym, przez co trzeba wyskoczyć z drobnej mamony (w obu przypadkach było warto).

Nowa Zelandia to też kraj adrenaliny i w wielu miejscach można znaleźć opcję na skok ze spadochronem (200 – 350$/os.) lub na bungee (ok. 180$/os.). Są też możliwości na wypożyczenie roweru lub kajaku (ok. 50$/osoba/dzień). Decydując się na płatne atrakcje warto najpierw zajrzeć na strony ze zniżkami i promkami – taki nasz groupon. My tak wyhaczyliśmy bardzo dobrą cenę na skoki ze spadochronem.

Jak widać zwiedzanie Nowej Zelandii to sama przyjemność. Lepszego kraju do podróżowania samochodem chyba nie ma, więc pakujcie się i w drogę!:)


Jeszcze więcej o podróżowaniu po Nowej Zelandii:

(Visited 1 388 times, 1 visits today)

2 Comments

    1. Agata 14 maja 2017 o 22:41

      O retyyyy, zazdro x100! Mam nadzieję, że będziecie tak samo zachwyceni jak my:D Jakbyś miała jakieś pytania to wal, ale to chyba wiesz, nie?:)

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *