Po roadtripie po południowej wyspie przyszedł czas na dalsze ciułanie kasy na nasze podróżnicze zachcianki. Piniądz na Australię i Azję sam się nie zarobi, więc po wylądowaniu w Wellington, ruszyliśmy do biblioteki przekopując ogłoszenia o pracę. Olo znalazł ogłoszenie na kelnerów w okolicy Hobbitonu… i zaczęła się nasza przygoda w Matamata.

Początkowo na maksa chcieliśmy znaleźć pracę w Tauranga – miejscowości leżącej nad oceanem. W Hanmer Springs baaardzo brakowało nam dostępu do morza czy oceanu, więc stwierdziliśmy, że następnym razem zamieszkamy gdzieś, gdzie jest dostęp do wody. Na gadaniu się skończyło, a rynek pracy nas wykurzył na kolejne zadupie, trochę większe niż Hanmer. Ale! Nie o szukaniu pracy jest ten post. Poznajcie naszego szefa – Denisa.

Dzwoni telefon, nie zdążyłam odebrać. Oddzwaniam, przedstawiam się i w słuchawce słyszę ziomeczka, którego po głosie sobie wyobraziłam jako młodego faceta, w okolicach 30-stki, trochę taki milutki się wydawał, if you know what I mean😉 Chcieliśmy go wypytać o szczegóły pracy, ale on wolał pogadać na żywo… praca na Was czeka, chodźcie, wpadajcie, możecie zostać u mnie na noc, nic się nie martwcie i bye bye darling. Hmmm… no dobra, co mamy do stracenia. Byliśmy jakieś 100 km od Matamata, postanowiliśmy, że jedziemy.

Dojechaliśmy pod kawiarnio-bar, w którym mieliśmy zacząć pracę, za barem stoi koleś, który pasował do tego Denisa, którego mogłam sobie wyobrazić po rozmowie przez telefon. Pudło. To menedżer (jak się okazało około 30-stki i gej, czyli pół-pudło;)) i prowadzi nas do właściwego szefa.

Helloooooo guys! Nice to meet you!” – z wielkim uśmiechem mówi Denis, facet około 60-tki, w koszuli w kropki i szorcikach. Po chwili dodaje „pisaliście, że kawę umiecie robić, to obsłużcie się, ekspres jest tam, zróbcie sobie na co macie ochotę i pogadamy”. Siadamy do stołu, zaczynamy obgadywać pracę, grafik, za chwilę Denis nas przeprasza, bo wpadli goście, rozdaje im karty, och, o specjały pytają – przynosi z dworu tablicę z wypisanymi specjałami, bo ich nie zna na pamięć. Zaraz zmachany i uśmiechnięty siada do nas z powrotem, zadajemy jakieś pytania, on odpowiada, ale widać, że jest z niego tak wyluzowany człowiek, jakiego jeszcze chyba nigdy nie spotkaliśmy. Nic dla niego nie jest problemem, w sumie to szukał jednej osoby, ale jak jest nas dwoje to nie szkodzi; no tak było napisane, że chce kogoś na 3 miesiące, ale jak możemy 2,5 to spoko. Na koniec chcemy się dowiedzieć co z zakwaterowaniem, na co on odpowiada „No tak tak, mam dla Was ogarnięty pokój, bardzo ładny, słoneczny, ale wiecie co? Ja wyjeżdżam teraz na tydzień, to po co macie płacić za najem, możecie mieszkać u mnie, przynajmniej mi kota nakarmicie. Chcecie zobaczyć teraz gdzie mieszkam?”. Za chwilę jedziemy za nim do jego chaty, po drodze myśląc „o żesz, gdzie on mieszka, co tak daleko???”. Okazuje się, że dom Denisa jest kilkanaście kilometrów poza miastem, stoi na wzgórzu, naokoło są zielone łąki (jak się później okazało dosłownie kilka kilometrów dalej są tyły Hobbitonu – śmieliśmy się, że mieszkamy w Shire), na których pasą się jego krowy i kozy (Molly i Merble, które poznaliście już na naszym instagramie), przed chatą jest basen, trzy samochody, Vespa z doczepką (nasze „Ooo, jaka fajna!” skwitował „A no mam ich jeszcze kilka”). Dom składa się jakby z trzech salonów, w których jest milion pińcet rzeczy – obrazy, meble siakie i owakie, poroża, rzeźby, popiersia, lustra, kapelusze itd.

Denis nam mówi, że idzie spać, bo poprzedniego dnia trochę za dużo wina chlapnął, a my mamy się relaksować i wieczorem wpaść do jego knajpy, zamówić sobie coś do jedzenia, wino wypić i zobaczyć jak oni pracują (btw. na swoich pracowników, tych w wieku 20-30 lat, woła „kids”). Szczęki nam opadają. Zastanawiamy się, czy w polskiej gastronomii istnieją tacy właściciele, z TAKIM podejściem do pracowników – zobacz, spróbuj, wyluzuj się?

No to czilujemy. Za chwilę zaczyna lać, Olo wpada do pokoju i mówi do mnie „tej Agata, yyy, dach mu przecieka”. WTF?! Ziomek śpi, a my w jego salonie stoimy nad siurającym w kilku miejscach dachem. Tu się leje po ścianach, tu ciurkiem woda leci na dywan, a tam po kolumnie spływa wodospad deszczówki. Ale spokojnie zaraz wbiega Denis w szlafroku z „O cholera! No jak 10 lat tu mieszkam to czegoś takiego jeszcze nie było!”, daje nam ręczniki, mówi gdzie są garnki i gdy my tamujemy powódź i wyciskamy ścierki, on biega po dachu i szuka, gdzie mu się rynny zapchały. Przejęci swoimi rolami staramy się ogarnąć dom w środku, a on wraca zadowolony mówiąc, że odetkał już rurę i dodając „no zrelaksujcie się już, piwo jest w lodówce, ja idę dalej spać”. Patrzymy na siebie w myślach mówiąc „ziomek, ale… leci ci dalej woda z sufitu”. A kij. Szef zarządza chill to nie będziemy się kłócić.

Macie już jakiś obraz naszego szefa w głowach? Taki gościnny śmieszek, roztrzepaniec, zrelaksowany człowiek, nie? Hehe, no wszystko się zgadza! A relax to zdecydowanie jego ulubione słowo i wcale się temu nie dziwimy. Dlaczego?

Wracamy po kolacji w jego knajpie do domu, jest po 21:00, więc już ciemno. Idąc do kuchni z jedzeniem, które dostaliśmy od kucharzy na wynos („Denis nie ma dla Was nic na śniadanie, weźcie jajka i bekon, a tu są banany i mleko”), patrzę, że w przedpokoju, w szafie, zapalone jest światło. Przez szparę widzę coś zielonego. Wracając z kuchni mówię do Olasa „Olo, wiesz co? Pamiętasz jak mówiliśmy, że w chacie Denisa czuć ten specyficzny zapach, zwłaszcza w przedpokoju? Rzuć okiem na prawo, gdy będziemy wracać do pokoju.”. Drzewko szczęścia, piękne, zielone, grzeje się w szafie w blasku lamp. Olo robi wielkie gały i umieramy z beki, takiego typa jeszcze nie spotkaliśmy!

Ale to nie koniec historyjek o Denisie. Następnego dnia znowu zaprasza nas wieczorem do swojej knajpy, tym razem, żebyśmy trochę pomogli i w praktyce zobaczyli jak wygląda praca. Wszystko spoko, ekipa bekowa, jest jedna kucharka Helga, której lepiej nie podskakiwać, większość Kiwi, więc czasem nie da się zrozumieć ich potoku słów – standard. Po pracy przychodzi czas na relaks przy winie i fajce pokoju. Po wszystkim wracamy do domu, żeby obgadać z szefem co tam mamy ogarniać mu na chacie podczas jego nieobecności. Pijemy jeszcze wino, po czym Denis opowiada nam o swoim domu, jak wyglądał, gdy go kupił i co zmienił (czyli wszystko), no i tak natchnęło mnie, żeby go zapytać, co to za dziwna szafa stoi przy głównym wejściu. Odpowiedź była dosyć szokująca „a to, to jest moja trumna, sam ją zaprojektowałem, ładna nie?” po czym otwiera jej drzwiczki i no, co by nie było, nie ma tam półek ani wieszaków, tylko wnętrze trumny:)

Po powrocie z tygodniowych wakacji Denis po raz kolejny nas zaskakuje. Gotujemy sobie obiad u niego w kuchni, a on jeździ wielką kosiarą po swojej posiadłości, znikając na dłuższy czas. W końcu wraca do domu z… dwoma krzaczorami zielska. Olo żartuje i mówi do niego:

O: Oooo jakie fajne krzaczki skosiłeś:D

D: No no! Bo jutro ma być ulewa, a już czas był żeby je wykopać i zacząć suszyć. A słuchajcie, bo ja się umówiłem na kolację i zaraz wychodzę. Może jak będzie Wam się nudziło po obiedzie to oberwalibyście z krzaków te listki? Ja tego nie lubię robić, bo cholera klei się to do rąk.

Oberwaliśmy mu całą siatę tych pięknych listków, nie mogąc później domyć rąk… zasypialiśmy więc w oparach zielska. Po tej akcji toczymy bekę, że mamy nawet doświadczenie w gardeningu:)

Podsumowując, żyjemy sobie tutaj na sporym luzie, trochę w rytmie Denisa. W końcu jak często za szefa masz faceta po 60-tce, który bez mrugnięcia okiem daje ci klucze do swojego domu, gości cię jak starego znajomego, gada z kozami, projektuje sobie trumnę (która swoją drogą jest przekozacka – pokazywaliśmy ją na Snapchacie, ale kiedyś jeszcze postaramy się dodać fotkę na Instagram), a do tego hoduje w szafie trawę. Z marszu daje Ci pracę w super miejscu, gdzie każdy sobie pomaga, żarcikom z gośćmi nie ma końca, a w poniedziałki i wtorki każdy ma wolne, bo życie nie polega przecież tylko na pracy (Polska gastronomia z naszego doświadczenia = świątek, piątek i niedziela w pracy. Choćby przez cały dzień miała przyjść jedna osoba na kawę – otwieramy!).

Guys, relax.

PS. Foteczka z góry jest z naszego Instagrama, na którego serdecznie zapraszamy! A jeszcze serdeczniej na naszego Snapchata (@stohistorii), bo tam ostatnio trochę pokazujemy naszą nowozelandzką rzeczywistość od kuchni:)

(Visited 70 times, 1 visits today)

10 Comments

  1. Mariusz 18 maja 2016 o 10:14

    Coś jednak jest w tych okolicach, że Ci „staruszkowie” są tak dziarscy i wyluzowani. My w Iranie poznaliśmy grubo ponad 60-letniego Australijczyka, który ot, tak, sobie jeździ po świecie 😉

    Pozdro:)

    1. Olo 26 maja 2016 o 03:22

      A to się zgadza! Starsi ludzie w tych rejonach prowadzą wyjątkowo aktywne życie. Babeczka, od której wynajmujemy pokój, była niedawno na 3 tygodnie w Australii i nie ma dnia, żeby nie miała czegoś do załatwienia:D

  2. Asia 18 maja 2016 o 13:19

    Faktycznie, w Polsce takie sytuacje sie nie zdarzaja chyba nigdy.. A szkoda, sporo by to moglo zmienic na plus..

  3. łukasz kędzierski: podróże i fotografia 19 maja 2016 o 21:34

    Niesamowite jest to jakich ludzi można spotkać na świecie. Kiedyś pracowałem trochę w ogrodzie w USA u jednego emerytowanego nauczyciela angielskiego. Generalnie proste rzeczy: koszenie trawy, wyrywanie chwastów, czyszczenie domu, malowanie itd… płacone miałem na godzinę, ale John co jakiś czas przychodził z napojami i pogadać trochę, za godzinkę pojawił się z jakimś ciastkiem i znów gadaliśmy, trochę koszenia i tym razem przerwa na lunch… generalnie w ciągu 8 godzin u niego w ogrodzie więcej czasu miałem przerwę niż pracy – oczywiście płacone było za pełne osiem.
    Niesamowity koleś – spędził ponad 4 lata w Japonii w latach 70 po czym jak wracał do kraju to przywiózł ze sobą kontener mebli, pamiątek, obrazów, figur, dzieła sztuki – wszystko japońskie i w takim klimacie urządził swój dom 🙂
    ach co to były za czasy – zatem chilloutujcie sie 🙂

    1. Olo 26 maja 2016 o 03:26

      Łukasz ekstra praca! Myślę, że dla tego nauczyciela codzienna rozmowa z Tobą stanowiła dla niego taką wartość dodaną do Twojej pracy i wydaje mi się, że dla starszych ludzi to naprawdę ważne.
      A kontener mebli… to jest pomysł!:D

  4. Paweł 20 maja 2016 o 14:52

    I tu jest ta różnica i luz, której tutaj w Polsce brakuje – podejrzewam, że tutaj każdy właściciel by się bał takie czary odprawiać z cudzoziemcami. Przez parę lat jak mieszkałem i podróżowałem to też natrafiałem na takich „Denisów” i zawsze to były szczęśliwe czasy. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam udanej pracy no i pozdrówcie Denisa może za rok wbiję do niego na kawę i splifa 🙂
    Strzałka 🙂

    1. Olo 26 maja 2016 o 03:28

      Paweł, naprawdę takiego luzu i zaufania do drugiej osoby jeszcze nie spotkaliśmy. Zupełnie inne podejście do życia mają ci ludzie i fakt – szkoda, że u nas nawet cienia tego nie widać.
      Pozdro!

  5. Skrzat brodaty rudy 10 czerwca 2016 o 16:05

    Chcialbym go poznac 😀
    Pozdrawiam z TR kochani!

  6. Pingback: Rok w podróży - podsumowanie miesiąc po miesiącu | STO historii

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *