Przyjechaliśmy do Nimbin, żeby na własne oczy zobaczyć jak wygląda „miasteczko hippisów” w XXI wieku. Szczerze mówiąc spodziewałam się miasta-teatrzyku, gdzie sklepiki pachnące zielskiem, w których kupić można różnej maści bonga są zrobione bardziej pod turystów, podekscytowanych faktem, że mogą sobie kupić bez problemu cannabis i się upalić.

Sklepów takich jest faktycznie sporo, a oferowane w nich produkty zrobione są w większości z cannabis (ciuchy, kosmetyki, biżuteria typu rzemyki z koralikami itp.) albo mają z tą rośliną jakiś związek (książeczki jak uprawiać konopie, książki kucharskie, fajki wodne). W większości takich sklepików ściany wyklejone są wycinkami gazet, z artykułami potwierdzającymi lecznicze właściwości konopii, opisującymi czym jest „hemp” i skąd się wzięła nazwa „marihuana” i ogólnie walczącymi z uznawaniem cannabis jako narkotyku. W niektórych miejscach zdarzają się też „zaplecza”, gdzie można zapewne kupić co nieco:)

nimbin-8

nimbin-4

nimbin-11

Ale Nimbin to nie tylko sklepy z bongami i chodzący po ulicach ludzie na haju. Osobiście mega pozytywnie mnie zaskoczyło. Turystów w sumie było niewielu i często było nam wręcz niezręcznie wyciągać aparat, żeby robić foty ludziom i rzeczom, które były zupełnie inne (fajne!) niż w standardowym miasteczku. W Nimbin przede wszystkim czuć, jakby mieszkańcy zawarli sztamę w tym, jaki styl życia chcą prowadzić. Wygląda to na życie pełne uśmiechu, luzu, zrozumienia i takiej przyjemnej, miejskiej wspólnoty. Dbają razem o miasto, mają swój „komunalny”, bezpłatny basen, walczą własnoręcznie zrobionymi transparentami i wspólnie zebranymi pieniędzmi o zostawienie opuszczonej chaty, chwalą to, co naturalne, a w centrum miasta mają ogródek, w którym każdy może sobie coś uprawiać.

nimbin-3

nimbin-10

nimbin-12

nimbin-14

nimbin-9

Ludzie z Nimbin wyglądają inaczej od tych, których można spotkać w innych miastach. Widać to przede wszystkim w ubiorze – noszą luźne, zwiewne i kolorowe ciuchy. Wszyscy! Dziadek o lasce w kolorowych, trochę przykrótkich ogrodniczkach i tak samo kolorowej koszuli. Mama z małym dzieciaczkiem owiniętym w kwiecistą chustę. Facet po 60-tce w koszulce z liściem konopii. Kobiety nie przejmują się, że spod pach wystaje im busz, a rano nie założyły stanika. Mężczyźni mają w nosie konkurs „klata lata 2016”, noszą brodę, długie włosy i są chudzi jak patyki:) Luz blues! Ciekawa jestem bardzo jak to jest dorastać w takim środowisku.

Oprócz tego rzuca się w oczy to, jak świetnie Nimbin stara się wspierać wszystko, co lokalne i naturalne. Można powiedzieć, że są w wysokim stopniu* odcięci od tego, co zafundowała nam globalizacja. Jest galeria sztuki z pracami miejscowych artystów, manufaktura nimbinskich świeczek sprzedawanych w większości sklepów, apteka z samymi naturalnymi lekami i kosmetykami, spożywczy, w którym można kupić produkty od mieszkańców Nimbin i okolic – od samodzielnie pieczonego chleba, przez eko warzywka i słoiki z przetworami. Nawet bank mają inny (Green Bank)! Do tego trafiliśmy na cośrodowy malutki „farmers market”, czyli coś w stylu targów/bazarów z lokalnymi produktami, które zdobywają popularność również w Polsce.

nimbin-6

nimbin-1

nimbin-7

nimbin-5

Wygląda to na miasto, w którym panują trochę inne wartości niż w naszym standardowym, pędzącym świecie. Jest więcej luzu, (chyba) mniej oceniania. Ludzie żyją tam inaczej, po swojemu, i co najfajniejsze – stworzyli całe miasto, w którym mieszkańcy jakby byli ulepieni z tej samej gliny. Mi tam się podoba!

* Nie zupełnie, bo jednak widzieliśmy sklep, w którym można było kupić produkty „supermarketowe”, były bankomaty popularnych banków itp. Jednak przeważały miejsca, które wspierały produkty lokalne.

nimbin-2

(Visited 204 times, 1 visits today)

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *