Petra – dla większości ludzi miejsce będące jednym z siedmiu cudów świata. Dla nas oprócz tego, to jedno z miejsc, w którym powiedzonko „na przypale albo wcale” nabiera sensu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jadąc do Jordanii jasną sprawą było odwiedzenie Petry. W końcu nie na co dzień chodzi się po mieście, gdzie pałace, świątynie czy grobowce są wykute w skałach, w którym toczyło się życie w czasach antycznych (a wg śladów archeologicznych już w 9 000 p.n.e. ktoś tam koczował!!!), a ludzie mieszkali w jaskiniach i co ciekawe, część z nich mieszka w nich do dziś. To ten typ „must see”, który oglądamy z ochotą, pomimo tego, że wiemy, że spotkamy tam masę innych turystów.

Inwestycja w doświadczenia przede wszystkim!

A co byście powiedzieli na zwiedzanie Petry od backstage’u? Chodzenie po nieuczęszczanych przez turystów, miejscach bladym świtem, w ciszy, w towarzystwie 6 osób, a nie kilkudziesięciu? Zejście do jaskini Beduina, który nadal mieszka w niej tak, jak mieszkało się setki lat temu (okej, bez ściemy, nie licząc kuchenki gazowej)? Falafel z humusem i turbo słodką herbatą, spałaszowane w tym tradycyjnym domu-jaskini, położonym tuż nad wąwozem? Nas przekonywać nie trzeba było, bo nieoczywiste sposoby na poznanie kultury, historii i miejsc nigdy nas nie zawiodły, a wręcz przeciwnie – zawsze były super ciekawymi doświadczeniami.

Tutaj krótki offtopic w ramach tych super doświadczeń, bo o tym akurat na blogu nie było, więc wtrącę przy okazji:

Chyba najbardziej przez nas zapamiętanym było odwiedzenie wioski ludu Ngada, w Indonezji, do której zabrał nas Marselino, który się w takiej wiosce wychował. Przeżyliśmy więc z dziesiątkami ludzi, najważniejsze dla nich święto w ciągu roku – święto Reba  – jedliśmy wspólnie z całą wioską tradycyjny posiłek, poznaliśmy rodziców Marselino i jego wujaszków, ciotki i kuzynów. Cały wieczór spędziliśmy na bambusowym tarasie, popijając od czasu do czasu number one – wódkę z owocu palmy 🙂 Tańczyliśmy wspólnie z nimi, między pochodniami, w tradycyjnych ubraniach, które pożyczyła nam rodzina Marselino. W końcu wszyscy zasnęliśmy, jeden przy drugim, na tarasie, na którym wcześniej siedzieliśmy, a rano pomagaliśmy dzieciom nosić kanistry z wodą z nad rzeki. Zdjęcie z wujkami mamy powieszone na ścianie w domu, jest rozmazane, w kadrze paluch Olasa, ale nie ważne – to była jedna z najważniejszych rzeczy, jaką mieliśmy okazję doświadczyć. 

Takie momenty zdecydowanie bardziej zachowują się w naszej pamięci i są po prostu cenne, NIE OSZUKUJMY SIĘ. Dlatego kiedy siedząc wieczorem przy ognisku, obok domu, w którym wynajmowaliśmy pokój na Airbnb, nasza host-Szwedka opowiedziała nam o alternatywnej możliwości zwiedzenia Petry, stwierdziliśmy: deal, idziemy z Wami. Oprócz naszej piątki, dołączyła do nas Francuzka no i Salem – Beduin, zamieszkujący wcześniej wspomnianą jaskinię.

Zwiedzanie Petry … alternatywnie

Rozpoczynamy swój dzień w Petrze o 6:00, wchodząc do miasta drogą, znaną tylko miejscowym. Salem mówi do nas to będzie dobry dzień, wrócicie stąd z pięknymi wspomnieniami, wszyscy mamy dobre humory i w niemal zupełnej ciszy chodzimy wąwozami, między skałami. Do tego, uwaga – Salem co jakiś czas przygrywa na małym, drewnianym fleciku. No wierzcie, JEST KLIMAT!

Po drodze pokazuje nam miejsca, w których się wychowywał, a gdzie obecnie mieszkają inni ludzie. W okienkach skał widzimy zagrody dla zwierząt, a domy Beduinów, którzy ciągle żyją w jaskiniach zasłaniają drzwi – takie unowocześnienie wprowadzono, żeby lepiej chronić to, co znajduje się w środku.

Pierwszym przystankiem jest wizyta w domu Salema, czyli jaskini położonej zaraz nad wąwozem. Pałaszujemy w niej śniadanie, do którego dostajemy gorącą herbatę beduińską, z szałwią i toną cukru. To była najsłodsza herbata jaką w życiu wypiłam, miażdżyca na miejscu. Na ścianach domku wisi mnóstwo zdjęć, malunków, podobizn Boba Marleya, wypchane zwierzęta. W rogu mała kuchenka gazowa, w drugim rogu wnęka, w której dawniej grzebano zmarłych. Klasyczna, beduińska chata, dla nich coś normalnego, tradycja sięgająca setek lat, dla nas doświadczenie jedno na milion.

Po śniadaniu ruszamy dalej, ciągle wędrując tą naszą niewielką grupą w samotności. Im bliżej serca Petry, czyli Skarbca, tym więcej mijamy ludzi, wielbłądów i osłów.

Zanim dotrzemy bezpośrednio pod Skarbiec, wchodzimy po skałach na punkty widokowe, z których zostało zrobione co drugie zdjęcie na Instagramie. Schodząc w dół, Salem zabiera nas jeszcze w kilka fajnych miejsc, skąd możemy podziwiać Petrę niemal zupełnie sami.

Nadchodzi czas na highlight tej wyprawy – Skarbiec. Salem mówi nam żebyśmy poszli go zobaczyć na spokojnie sami, a kiedy zapełnimy kartę pamięci na aparacie to znajdziemy go przy teatrze.

Idziemy więc zobaczyć miejsce, dla którego tysiące ludzi odwiedza Petrę. No i super, ładnie, wielbłądy na miejscu (chyba zawsze siedzą i pozują centralnie przed budowlą, bidaki), robimy zdjęcia, gapimy się to tu to tam. Ja jako fanka wszystkich zwierząt świata dostrzegam osła z najsmutniejszymi oczami ever i mówię do Olasa, że idę do niego. Chwilę później podchodzi do mnie Beduin sycząc, żebym nawet nie myślała, żeby go pogłaskać, a do Olka podbija ktoś inny. Nasza ekipa jest kilka kroków przed nami, w drodze powrotnej pod teatr. Po nieudanej próbie potowarzyszenia chociaż chwilę osiołkowi, idę do Olka, który mówi mi, że jakiś ziomek zapytał go, czy mamy bilety wstępu do Petry. Uwaga – przypał czas start.

Ups, coś poszło nie tak

Biletów nie mamy. Jeszcze nikt nas nie poprosił żebyśmy je pokazali, ale za chwilę poczujemy oddech Beduinów na karku. Niby powoli, ale trochę nerwowo przekazujemy naszym przyjaciołom, że pytali nas o bilety, więc musimy szybko znaleźć Salema.

Już słyszymy za sobą głośne „Stop! Show us the tickets!”, ale twardo idziemy przed siebie wyszukując naszego Beduina.

Tutaj krótkie wyjaśnienie – dogadując się na wejście do Petry „od backstage’u” i zapłatę lokalesom niższej kwoty niż przewiduje oficjalny cennik (standardowo jest to 250 zł/os. – no przyznajcie trochę hajsu kosztuje ten cud świata!), wiedzieliśmy, że ktoś może zapytać nas o bilety, których rzecz jasna mieć nie będziemy. Rozmawialiśmy z Niemcem, który z takiej wycieczki wrócił i nie miał żadnych problemów, ale mimo wszystko dopytaliśmy naszych hostów CO, JEŚLI taka sytuacja się wydarzy. Usłyszeliśmy, że nie mamy się niczym martwić, bo pracująca tam policja turystyczna to rodzina naszego przewodnika i w takim przypadku on się z nimi dogada. No cóż… z naszego doświadczenia wynika, że w takim razie chyba się nie lubią.

Akcja toczy się dalej. Beduini zaczynają nas osaczać – z tyłu idzie jedna grupa, a naprzeciwko nas nadchodzi policja turystyczna. Jesteśmy w dupie, myślę. Zostawieni przez Salema na pastwę losu, Francuzka udaje, że nas nie zna i idzie z dala od naszej piątki. Jednak w ostatniej chwili przed konfrontacją z policją, wbiega między nas Salem krzycząc coś po arabsku.

Finalnie odchodzimy od policji i pytamy Salema, czy udało się rozwiązać sprawę i wszystko jest okej, na co zdenerwowany odpowiada, że tak. Więc myślimy, o losie,  – dobra, to idziemy zwiedzać dalej. Ze zdziwieniem patrzymy, że nasz Beduin chyba zapomniał jaki był dalszy plan zwiedzania, bo przyspiesza kroku i skręca w jakąś boczną drogę. Na nasze pytanie, co z planem, który wspólnie ustaliliśmy, mówi, że może później, a teraz to lepiej się pospieszmy.

Mhm, czyli jednak nie jest okej. Zatem dzida po piachu, Salem wskakuje na osła, na którym ciśnie przez pustynną drogę, jacyś ludzie dalej do nas wrzeszczą. Hola hola, coś poszło nie tak, a gdzie familia Beduina, z którą miał się dogadać i (pewnie) podzielić łupy?

Zaczynamy się czuć trochę jak w filmie akcji – zasuwamy ile mamy sił w nogach, wchodzimy między skały, gdzie kitramy się przed policją. Salem wisi na telefonie, ciągle ustalając plan ucieczki z naszym hostem. Francuzka, która niby się do nas nie przyznaje, ale jednak podąża za nami – gubi się gdzieś na bocznych drogach Petry. W końcu mówimy Beduinowi, że musimy na nią poczekać, bo nas nie znajdzie, na co słyszymy, że da radę i odszuka nasz trop po śladach butów. Przypomnę tylko, że chodziliśmy po skałach, więc średnio cokolwiek się na nich odciskało. Odczekujemy chwilę, po czym słyszymy, że musimy się na prawdę spieszyć (w domyśle: kij z Francuzką, HURRY UP GUYS!). Tutaj Tomas do nas woła ej ziomki, patrzcie! łuska od kałacha!, a my już niedowierzając co tu się właściwie wyrabia, wpadamy w bekę. Creme de la creme akcji to wspinanie się po stromym zboczu, na czubku którego mieściła się wioska, w której mieszkaliśmy. Górka porośnięta była wyschniętymi, karłowatymi krzaczkami, takich tam kilka badyli na krzyż. Wspinamy się po niej, słońce praży, gdy nagle słyszymy Salema wołającego chowajcie się!. Instynktownie przyjmujemy pozycję przykuca, ale siedząc tak patrzę na nas, patrzę na górkę i myślę sobie – nie no, kamuflaż doskonały! Kilka suchych patyków, pomarańczowy piasek, a my poubierani w kolorowe ciuchy – bankowo niezauważalni przez grupę ludzi czekających już na nas na górze.

Trwając w przykucu Salem opowiada nam alibi, które wymyślił chyba na współę z hostem, wykonując telefon za telefonem przez cały czas, gdy uciekaliśmy. Uzbrojeni w „musicie-nam-wierzyć-to-tylko-wypadek” historyjkę, wspinamy się ostatnich kilka metrów do góry, gdzie zastajemy naszego hosta i kilku policjantów, którzy eskortują nas do domu.

Historia oczywiście jeszcze się nie kończy, w końcu policja czeka na nas przed domem. My w tym czasie opowiadamy wszystko naszej host-Szwedce, która nas przekonuje, że teraz tylko pojedziemy z policją na komisariat, kupimy w kasie bilety i wszystko dobrze się skończy, a oni nie chcą już od nas żadnych pieniędzy. Oh, seriously? Bez kogoś od Was się stąd nie ruszamy.

Pojechał nasz host, dogadany z jakimś tajniakiem z policji, który był chyba jego dupochronem. Musieliśmy się trochę potłumaczyć na komisariacie, kupić bilety, pooglądać dyskusję kilku szych, gdzie co chwilę do sprawy dołączał się ktoś nowy. Nasz host miał nietęgą minę, chyba policja się wkurzyła na jego interesy na boku. A nas finalnie przeproszono kilkukrotnie za całą sytuację i na koniec zapytano, czy mamy ochotę skorzystać z właśnie zakupionych biletów do Petry… bo jeśli chcemy to jak najbardziej możemy kontynuować zwiedzanie.

Atrakcji nam już na ten dzień wystarczyło, więc zamiast do Petry, władowaliśmy swoje zakurzone tyłki do samochodu i po „dobrym dniu, pełnym pięknych wspomnień” ruszyliśmy dalej 🙂 A wspomnienia wyjątkowe są? No pewka, że tak!

(Visited 251 times, 1 visits today)

10 Comments

  1. Paulina 1 maja 2018 o 19:48

    Skakanie po wagonach jak w bollywoodzkim filmie to jednak nic w porównaniu z tym co tu się u Was działo ;-)) hehehe
    Łuska od kałacha wygrała hehehe 😀

    1. Agata 1 maja 2018 o 21:21

      haha, no niby tak, chociaż pierwszy skok pomiędzy wagonami to był nie lada dreszczyk emocji! :d a tu wszystko się tak szybko zadziało, że nie zdążyłam się zestresować ;p

  2. RozkaG 1 maja 2018 o 22:33

    Czytając ten wpis miałam wrażenie ze czytam scenariusz jakiegoś filmu!!! Szok 😳

  3. Artur 2 maja 2018 o 11:21

    To mieliście przygody, nerwówka na miejscu, pewnie była straszna. Rzeczywiście dobre na scenariusz filmu 😉 A naczelny lichwiarz Petry jest gdzieś na zdjęciach? 🙂

  4. Konrad Latecki 2 maja 2018 o 17:10

    Niesamowita historia. Dobrze, że skończyła się polubownie i Wasze wspomnienia z tego pięknego miejsca są wciąż pozytywne!

  5. Agnieszka 7 maja 2018 o 15:31

    Ale historia! Nie spodziewałam się takiego przebiegu sytuacji. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a Wy macie teraz niesamowite wspomnienia 🙂

  6. Karolina 7 maja 2018 o 22:13

    Jeny to nie na moje nerwy. Na początku czytałam i super przygoda, ale jednak wolałabym zapłacić, żeby ominąć ta cała gonitwę i chowanie się bo serce by mi wysiadło! Odważni jesteście 😊

  7. Matylda 9 maja 2018 o 08:06

    A drogi taki bilet?

    Pare lat temu istaniały , linie z wegier , jkeju cały plan miałam, ale3 naszło zło i nie pojechałam…

  8. Marta 15 maja 2018 o 17:14

    Wow! Co za przygody! Niesamowita historia, dobrze, że wszystko tak się skończyło 🙂

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *