Pierwsze wrażenia z Australii

Dojechaliśmy w końcu i tu! Do kraju, o którym wielu mówi, że jak się raz przyjedzie to chce się zostać na zawsze, że zakochać się w nim można od „pierwszego wejrzenia”, że ludzie tacy super i widoki takie piękne. Na ile nasze pierwsze wrażenie pokrywa się z ochami i achami innych?

Zanim wylądowaliśmy na rozgrzanym, australijskim lądzie przez samolot przeszły się stewardessy sprejując cały pokład jakimś środkiem, który pewnie miał wybić wszystkie okropne bakterie, które wieźliśmy ze sobą z Nowej Zelandii. Tak, te dwa kraje mogą podać sobie rękę jeśli chodzi o strzeżenie swojego środowiska naturalnego. W NZ jeszcze przed wylotem zostałam przemiło poproszona na bok, żeby mnie można było dokładnie wymacać w celu wykrycia narkotyków, po moim plecaku przejechano jakimś super-papierkiem, który później przelatuje przez maszynkę i pewnie mówi, kiedy, gdzie i ile prochów woziłam;) Wróćmy jednak do OZ*!

Przygodę z Australią zaczęliśmy późnym wieczorem w Gold Coast. Wylądowaliśmy po 21:00 i dziarsko drałowaliśmy pół godziny do hostelu. To miała być nasza ostatnia noc przespana w łóżku, na wygodnym materacu i w pachnącej pościeli, więc padliśmy jak dwie muchy z małym jetlagiem. Rano zobaczyliśmy jak wyglądają obrzeża Gold Coast w świetle dnia i był to całkiem przyjemny widok – szeroka, złota plaża i błękitny ocean, który wyrzucał z siebie jakieś gluty, niektóre zidentyfikowaliśmy jako niebieskie meduzy, a resztę z pomarańczowymi czółkami przechrzciliśmy mianem „gluta z pomarańczowymi czółkami”;) O tak, co jak co, ale Australia na pewno może pochwalić się bogactwem fauny, o czym szybko się przekonaliśmy, ale o tym za chwilę. Okej, ale szliśmy tą plażą w pewnym celu – po odbiór naszej fury! Wypożyczyliśmy sobie Toyotę Camry, którą uwaga – zamierzaliśmy nie tylko jeździć, ale i w niej spać! Dlatego jeszcze przed wymeldowaniem się z hostelu, docenialiśmy uroki leżenia na miękkim łóżku. Szybko okazało się, że nasz fantastyczno-sprytny plan jest porażką. Już podczas pierwszego wieczoru umieraliśmy w aucie z gorąca, o niewygodzie nie wspominając. O 21:00 dzwoniliśmy po hostelach pytając, kto nas przygarnie, bo my się na spanie w aucie już nie piszemy! A kolejnego dnia biegaliśmy po sklepach w poszukiwaniu namiotu. Oczywiście o tym, że lepiej byłoby mieć taki z tropikiem, przypomniało nam się, gdy lunął deszcz. Nasze nieogarstwo sięgnęło w tym momencie zenitu (albo zenit jeszcze przed nami?). Na szczęście deszcz nas zastał w drodze do Brisbane, więc kilka godzin później wymienialiśmy namiot na taki, który szybko podczas ulewy się nie podda. To wszystko jest wstępem do sprawy noclegów na campingach w Australii. Przyznajemy, że przyjechaliśmy tu na mocnym spontanie, mało mamy zaplanowane, większość rzeczy ma wyjść w praniu. Po road tripach po Nowej Zelandii myśleliśmy, że podróżowanie w podobnym stylu po Australii to będzie buła z masłem. Mieliśmy namiot (z tropikiem!), karimaty, wszystko miało być teraz easy peasy. Pomyśleliśmy sobie „ej no, w NZ dużo było campingów za free, gdzie można było postawić namiot! W Australii przecież musi być tak samo, hejże!”. A figa, wcale nie jest tak samo albo my nie umiemy szukać. Jest trochę miejsc, gdzie można stawać na noc, ale z wielkim znakiem z przekreślonym namiotem… A mniej niż „trochę” miejsc, gdzie ten namiot postawić już można, ale wszystkie oczywiście płatne. To nie wina Australii, że nasz niecny plan zaoszczędzenia na noclegach runął w gruzach, ale nas trochę smuteczek złapał na początku, bo przecież inaczej sobie to wymyśliliśmy. Ja wiem, że połowa czytających puka się teraz w czoło, druga połowa przewraca oczami, że co oni sobie myśleli, no ale w życiu każdego bywa taki czas, gdy trochę nie ogarnia rzeczywistości i początki w Australii to właśnie taki czas dla nas.

Co jeszcze oprócz noclegów zaprzątało nasze mądre głowy? Że w tej Australii to wszystko takie wielkie! Wieżowców tyle, ludzi jak mrówek, głośno, duszno, ciasno, aaaaaaa! Nazywamy to syndromem Nowej Zelandii. I NZ to dla nas taka wioseczka, gdzie każdy każdego zna, wszyscy się do siebie uśmiechają i jest poczucie wspólnoty, a Australia to głośna stolica, gdzie wszyscy pędzą, potykają się o siebie i przekrzykują. Czuliśmy, że my to jednak jesteśmy takie bardziej wiejskie ludki, niż wielkomiejscy ludzie biznesu i to nas strasznie przytłoczyło na początku. Nie czuliśmy tego klimatu wcale.

A teraz wrócę jeszcze do tych australijskich zwierzaczków. Jedną z pierwszych myśli w Gold Coast było „tutaj inaczej ptaki ćwierkają” (oczywiście w odniesieniu do Nowej Zelandii). O mamo, czego tutaj nie ma! Latają przepiękne papużki, jakieś gigantyczne mewska (obstawiam, że to było coś pokroju albatrosa), ptasiory z dziobami do ziemi i mnóstwo innego ptactwa, które chciałabym umieć nazwać. A jak ćwierkają! Jedne jakby przystawiały dzioby do megafonu i się w niego wydzierały, inne mogłyby robić za alarm do samochodu (raz wręcz gapiliśmy się na skuter, zastanawiając się skąd to tak brzęczy, aż naszym oczom ukazał się sprawca hałasu – ptaszek), inne wydają dźwięki niczym ryczące dziecko (kojarzycie Mandragory z Harrego Pottera – to ten dźwięk!). Strasznie lubię takie odgłosy natury! To, za czym nie przepadam to gady i owady. A te niestety są chyba plagą w Australii. Zanim wejdzie się do łazienki, lepiej dobrze się rozejrzeć… Ja raz sikałam w towarzystwie modliszki i kilku tłuściutkich pająków pod sufitem, a Olo znalazł w umywalce żabę. Przed wejściem na plażę w Gold Coast wisiały informacje o wężach boa, które kiedyś kręciły się w wąskim lasku, przez który przechodzi się żeby dojść nad ocean, po miastach przebiegają całkiem spore jaszczurki, a nocą przy parkach latają całe stada wielgachnych nietoperzy. Za to są też te milsze zwierzątka, jak kangury i wallabies, które można spotkać przy drodze, no i koale! Te ostatnie odwiedziliśmy w Lone Pine Koala Sanctuary i powiem szczerze – mogłabym się na nie gapić godzinami, mają tak przesłodką zawiechę na mordkach.

Czyli jakie są te nasze pierwsze wrażenia o Australii? Trochę nie potrafimy się tu odnaleźć i przez to jest… bez szału. Może mamy zakrzywione spojrzenie na ten kraj przez Nową Zelandię, w której się zakochaliśmy? I staramy się na siłę oba państwa porównywać? Tu nie dają noclegu za free, więc jest be, za dużo ludzi to też be, a te pająki to już w ogóle. Chyba tak trochę się zaprogramowaliśmy i ciężko nam przestać tęsknić za NZ. Ale przed nami jeszcze prawie miesiąc w Australii, sporo do zobaczenia (również miejsc, które nie będą dużymi miastami) i doświadczenia. A pierwsze wrażenia często są mylne, więc nasze zdanie może się zmienić o 180 stopni!

*OZ to skrót od AUS, a ten od Australia… Ludzie tutaj nie lubią się nadwyrężać i na wiele wyrazów znajdują skróty. No bo kto wymyślił słowo „selfie”? No pewka, że Australijczycy!:)

(Visited 372 times, 1 visits today)

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *