Na przełomie listopada i grudnia wybraliśmy się całkiem spontanicznie z przyjaciółmi do Jordanii. Olas jako wzorowy Pan Excel wyliczył wszystkie większe koszty wyjazdu, wrzucił na naszą zacną grupę na fejsiku i trójka przyjaciół stwierdziła, że wyprawa wychodzi taniej niż barszcz, więc jedziemy! Na miejscu miało na nas czekać ciepełko, road trip po topowych jordańskich miejscówkach i przygoda. I wszystko było, z naciskiem na przygodę, także sehr wunderbar!

Zanim dotarliśmy na jordańską ziemię, wylądowaliśmy w Izraelu, w którym oskubano nas skutecznie na przejeździe taksówką pod granicę. Z Izraela pamiętam jeszcze tyle, że jest cholernie drogo, ale byliśmy w nim łącznie kilka godzin, więc nie sugerujcie się moją opinią 😉

Słowo wstępu, czyli droga do Jordanii

W ogóle to zacznę może od tego, że prawie nie polecieliśmy na nasze super wakacje. W sumie historia jest całkiem zabawna, może nawet z morałem, można by ją nazwać jakoś tak: „O Piątce Nieogarów”. A było to tak, że Pięć Nieogarów rozsiadło się wygodnie na lotniskowych kanapach, po to żeby zaciągnąć ostatki Internetu przed wyjazdem, strzelić sobie selfie na pamiątkę, pogadać o dupie Maryni i na pytanie Nieogara Tomasa „to co, może idziemy już pod bramki?” odpowiedzieć „dooobra, zaraaaaz”. Po czym zorientować się, że gate jest na drugim końcu lotniska, w jego starej części, więc trzeba przejść przez kolejną odprawę paszportową, na której mówią ci „gate już zamknięty, spóźnili się państwo”. Ale jak to spóźnili?! Przecież nikt nie wywoływał naszych nazwisk, nie było final calla?! A jednak był i brzmiał tak: „final call.” – i tu komunikat się urwał bez informacji na jaki lot.

Panie na bramce były początkowo nieugięte i odmówiły nam wejścia na pokład, ale Tomas w szczycie formy potrafi być przekonywująco-milusińsko-kochany, tak że każdy zapomina co to asertywność. Panie Ryanairowiczki też były oczarowane i pomimo lekkiego zirytownia, wprowadziły nas na pokład samolotu. God bless them!

Morał jest taki: nie rozsiadajcie się na wygodnych kanapach, sprawdzajcie gdzie macie bramki i warto czasem spojrzeć na zegarek. Niby takie proste, a jednak bywa tricky.

Sam lot to też było coś na miarę małej przygody, bo chociaż trochę już lataliśmy to w samolocie na linii Gdańsk – Eilat, czuliśmy się jak w czymś pomiędzy małpim gajem a autokarem w drodze na wycieczkę klasową. Wszyscy chlali whisky z butelek od coli i plastikowych kubeczków, do tego piwko jedne, drugie, piąte. Pół samolotu stało w przejściu, żeby pić i rozmawiać z kompanami swojej podróży. Hugo wie ile razy stewardessy musiały powiedzieć „przepraszam”, żeby się między nimi przecisnąć. Z braku innej możliwości posadzenia Januszy wakacji na dupska na swoich miejscach, pilot co jakiś czas włączał sygnał zapięcia pasów, bynajmniej nie dlatego, że było ryzyko turbulencji. Także jeśli nie spałam to oglądałam z niemałą beką i zażenowaniem to widowisko. Szkoda, że popcornu nie dawali.

Welcome in Jordan!

Nie raz, nie dwa i nie dziesięć usłyszeliśmy to powitanie podczas tygodnia spędzonego w Jordanii. Ludzie są w tym kraju naprawdę super mili, nawet podczas jednej akcji z policją jaka nam się przytrafiła (o tym w kolejnym wpisie, stay tuned!), ani razu nie byliśmy napastowani przez różnej maści sprzedawców, nikt nam niczego nie wciskał na siłę, nie oszukiwał, ani nie czuliśmy się niebezpiecznie. To ostatnie między innymi do wiadomości osób, które myślą „kraj arabski = niebezpieczeństwo”. Nie, nie kochani, lekcja numer jeden: nie wrzucajmy wszystkich do jednego wora, litości.

Kiedy dojechaliśmy do Aqaby i zakotwiczyliśmy się w hotelu, niemal od razu wyskoczyliśmy na miasto, przecież czekały na nas tony humusu, falafeli i pykanie kółek z sziszy!

Jordańska kuchnia

Kto nas już trochę czyta, ten wie, że jedzenie podczas podróży stoi dla nas na podium razem z pięknymi widokami i ciekawymi historiami. Nie wiem w sumie czy nie jest nawet na pierwszym miejscu, bo wiadomo, że głodny człowiek to niezadowolony człowiek. Moja fucha w przygotowaniu nas do wyjazdu polegała na znalezieniu:

Po pierwsze, czego koniecznie musimy spróbować i jakie dania serwują w Jordanii.

Po drugie, gdzie zjeść najsmaczniej w większych miastach.

Zapomniałam jedynie o zapamiętaniu, która nazwa dania co oznacza. Tak więc pierwszego wieczoru, gdy wyszliśmy na kolację i zastanawialiśmy się co zamówić okrzyknęłam, żebyśmy zamówili labneh myląc je z baba ganush – wiem, nawet nie brzmi podobnie, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Czyli zamówiłam jogurt z oliwą, myśląc, że jest pastą z bakłażana. Dodatkowo ktoś z naszej ekipy też zamówił jogurt opisany jego międzynarodową nazwą yoghurt, która po jordańsku brzmi laban. Zatem na kolację mieliśmy laban (jogurt), labneh (jeszcze trochę jogurtu), w połączeniu z humusem i falafelami.

jordan cuisine

Przez cały wyjazd zjedliśmy tyle falafeli i klasycznego humusu (jogurty już sobie odpuściliśmy), że do dziś jesteśmy na detoksie. Za to chętnie bym zobaczyła na swoim stole choćby zaraz fattet hummus i ful medames, którymi zajadaliśmy się w Ammanie w Hashem Restaurant. Fattet hummus to połączenie namoczonego w bulionie chleba lub pity, tahiny, cieciorki i soku z cytryny. Wszystko posypane jest przyprawami, oliwą, pietruchą i orzeszkami – przepycha! Ful medames to z kolei danie z bobu (fava beans).

jordan cuisine

Oprócz tego udało nam się spróbować również super shawarmy, czy narodowego specjału, czyli mansafu. Mansaf to ryż z jagnięciną, podawany z sosem ze sfermentowanego jogurtu z mleka koziego (jameed). Sfermentowane nabiały nam po Mongolii niestraszne, więc próbowaliśmy wszystkiego jak leci.

A na deser przepyszne kanafeh! Czyli ser ułożony między dwoma warstwami cienkiego ciasta, całość zamoczona jest w gęstym syropie, z góry posypana pistacjami. Wbrew pozorom nie jest to obrzydliwie słodki ulep. Koniecznie spróbujcie jak będziecie w tamtych rejonach.

jordan cuisine

Z napojów codziennie wjeżdżała herbata, jeśli nie zwykła z miętą to nasz hit, czyli herbata beduińska, której prawie pół kilo przywieźliśmy ze sobą do Polski. To połączenie czarnej, sypkiej herbaty z korą cynamonu, szałwią i cukrem. W niektórych miejscach pomija się cynamon, ale w żadnym wypadku nie cukier. To chyba najważniejszy składnik herbaty poza samą herbatą 🙂

Ach no i kawa, najlepsza ta z mielonym kardamonem. Również wylądowała u nas w walizce. Chyba napiszemy osobny post o tym, co można sobie przywieźć z Jordanii mając tylko bagaż podręczny… zdziwilibyście się ile rzeczy udało nam się ze sobą przywieźć.

Na końcu wpisu znajdziecie listę polecanych przez nas knajpek, dzielmy się dobrem.

Wtapiamy się w tłum

Kiedy udało nam się znaleźć nocleg w Aqabie, gdzie akurat tego wieczoru odbywał się jakiś super-rozstrzygający-mecz w piłce nożnej, wiedzieliśmy co zrobimy zaraz po tym jak napełnimy brzuchy falafelami. Pójdziemy na sziszę!

To był jeden z pierwszych obrazków jakie zobaczyłam w Jordanii: wieczór, dziesiątki kolorowych stolików, przy każdym siedzą panowie, grają w gry, palą sziszę i piją miętową herbatę. Co prawda panem nie jestem, ale też tak chciałam. Tak samo dwie Marty i dwa męskie pierwiastki naszej wyprawy. Tuż za rogiem naszego hotelu było idealne miejsce do tego, więc zamówiliśmy co trzeba, po czym na stół wyłożyliśmy swoją grę, przywiezioną z Polski – nie mogliśmy być gorsi i siedzieć przy pustym stole.

Ale co tam herbata, szisza i gra. Oglądaliśmy w tym samym miejscu, ostatniego wieczoru, razem z Jordańczykami mecz, w którym grał nie kto inny jak Lewandowski! A wiadomo jak to jest w krajach, gdzie piłka nożna to hobby wielu facetów – pytają Ciebie skąd jesteś, ty odpowiadasz, że z Polski, a oni na to jednogłośnie krzyczą „aaaaaa, Polska! Lewandowski!”. Także Lewandowski nas zbratał trochę z lokalsami.

Teraz uwaga – co tam herbata, szisza, gra i Lewandowski – nasi panowie poszli też do lokalnego barbera, który znajdował się zaraz obok. Czaili się trochę, iść, czy nie iść, ale w końcu zdecydowali, że wstępują na kolejny level lokalsiarstwa. Co prawda skorzystali tylko ze strzyżenia, a odpuścili maseczki na twarz, z których ochoczo korzystali Jordańczycy, ale szacunek ludzi ulicy zdobyli.

Wycieczka udała nam się na 200%. Codziennie robiliśmy fajne rzeczy, ale o tym w kolejnych odcinkach. Było pomarańczowo, pięknie i smacznie. Dla nas to pierwszy arabski kraj i zdecydowanie krzyczymy – we want more! Poza tym, hejże, nigdy nie byliśmy tak blisko Iraku, Syrii i Arabii Saudyjskiej żeby zobaczyć znaki kierujące do tych krajów, a dla nas to już totalna egzotyka i inny świat. Do Arabii zresztą prawie dojechaliśmy, byliśmy pod samiutką granicą.

saudi border

Wyjazd może taniej od barszczu nie wyszedł, ale jak wyskakują bilety za 80 zł w dwie strony w takim kierunku to mi się pojawia travel alert, czyli trzeba korzystać. Jak chcecie to Pan Excelek vel Olo może się wypowiedzieć szerzej na ten temat, jakoś go zmuszę 😉


Jordania – gdzie dobrze zjeść?

 Amman:

  • Shawerma Reem – smaczne mięso w przyprawach, ze świeżym pomidorem, zawinięte w pitę. Taki trochę jordański fast food;)

Adres: Complex No 54، Al Kulliyah Al Elmiyah Al Eslamiyah St 54

Cena: ok. 3 JOD/szt.

  • Habibah Sweets – tu koniecznie spróbujcie kanafeh na deser.

Adres: Marwan Madi Complex, Al Hazar St 2

Cena: ok. 1,5 JOD/porcja

  • Hashem Restaurant – genialne fattet hummus! I bardzo dobre ful madammes 🙂

Adres: King Faisal Street

Cena: waha się od humoru bossa, który wystawia rachunki 😉 Raz zapłaciliśmy 8 JOD za kolację dla 5 osób, a innym razem 12 JOD zamawiając tyle samo jedzenia.

Aqaba:

  • Arabic Moon – miejsce, w którym nie widzieliśmy żadnych turystów, za to tłumy Jordańczyków, a takie knajpy mówią same za siebie – tu jest dobre jedzenie! Jedliśmy tam kilkukrotnie, braliśmy jedzenie na miejscu i na wynos – zawsze smacznie i świeżo. Do zjedzenia klasyki – falafel, humus, laban i labneh jeśli ktoś lubi też 😉

Adres: Raghdan St.

Cena: ok. 3 JOD / 2 os.

W pobliżu jest też budka z nadziewanymi chlebkami (ziemniakami, szpinakiem itp.), fajne na przekąskę – za 750 fulūs (1 JOD = 1000 fulūs)

  • Syrian Palace – miejsce, w którym można zjeść bardziej „skomplikowane” i wymagające dania niż humus i falafel. Tu spróbowaliśmy m.in. mansaf i baba ganush (w końcu!;)) i inne dania kuchni jordańskiej, których nazw niestety nie pamiętam.

Adres: Raghdan St.

Cena: ok. 16 JOD / 2 os.

(Visited 158 times, 1 visits today)

4 Comments

  1. Joanna Maj-Hamerlik 5 lutego 2018 o 23:01

    Zazdraazczam… Super opis super przygody… Nie pierwszej i nie ostatniej… Czekam ma ciągi dalsze Waszych historii🤗🤓🙋‍♀️👍

  2. Olita 9 lutego 2018 o 07:13

    Jak zawsze super wpis i piękne zdjęcia! 😊Czekam na ciąg dalszy! 😉

  3. Ilona 19 lutego 2018 o 13:47

    Pierwsze zdjęcie – las budynków, przeraża i daje obraz strasznie smutnego miejsca. Na szczęście Wasz opis w zupełności zmienia to postrzeganie 🙂

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *