Ilu z Was uczyło się w szkole, że w Azji jest taki kraj jak Mjanma? A ilu, że Tajlandia graniczy z Birmą? My należymy do tej drugiej grupy, chociaż nazwa „Birma” w samej Birmie już od dosyć dawna nie obowiązuje. Będziemy pisać zatem o Mjanmie, czyli kraju, do którego kiedyś bardzo chcieliśmy jechać – bo taki egzotyczny, nieodkryty, ludzie mili. A po tym jak już dawno mieliśmy do niego bilety i zaczęliśmy o nim czytać i rozmawiać z ludźmi, co chwilę słyszeliśmy – „obrzydliwe jedzenie!”, „drogo!”, „niebezpiecznie!”. Jechaliśmy więc do Mjanmy z mieszanymi uczuciami i pocieszaliśmy się tym, że to tylko dwa tygodnie i jakoś przetrwamy.

I w sumie bardzo dobrze się złożyło, bo im mniej się człowiek nastawia i myśli „oooo, ale tam będzie super!” tym łatwiej jest się pozytywnie zaskoczyć i nie bierze się niektórych rzeczy za pewnik. Szybko się przekonaliśmy, że nasze zdanie o Mjanmie będzie się nieco różniło od innych.

O Mjanmarczyku, który jeździł koleją

Wychodzimy pierwszego dnia na ulicę Yangonu, jest chyba 9/10 rano, a ja po kilku krokach się rozpływam. Wybraliśmy jeden z gorętszych miesięcy na odwiedzenie Mjanmy – średnio polecam, chyba, że ktoś lubi temperaturę 34-38o łażąc po miastach, czy świątyniach. W każdym razie idziemy na autobus, który dowiezie nas do centrum, przed nami drepcze mnich. Obraca się raz, drugi, a za trzecim uśmiecha się do nas i pyta skąd jesteśmy. Tak nawiązaliśmy krótką znajomość z jednym z tysięcy mjanmarskich mnichów, których mija się codziennie na ulicach. Dowiózł nas do centrum i pokazał, gdzie dobrze karmią. Zjedliśmy wspólnie lunch, dowiedzieliśmy się, że od 8 lat tak sobie „mnichuje”, poopowiadaliśmy mu o Polsce, a później każdy rozszedł się w swoją stronę. On do klasztoru, my na Circular Train, czyli pociąg, którym można objechać Yangon dookoła.

Mali nowicjusze, grający w nogę przed klasztorem. Nie wiedziałam, że niemal totalnym flakiem można grać… okazuje się, że jak najbardziej!
Ołtarzyk w autobusie
W Mjanmie są nie tylko mnisi, ale i mniszki! O takie ładne, różowe.

Usadowiliśmy się wygodnie w pociągu kilka razy zastanawiając się, czy to na pewno ten. Zdążyliśmy nawet z niego wysiąść i wsiąść ponownie, bo wszyscy się uśmiechali i machali nam rękami, co miało oznaczać „taaaak to ten!”. No więc jedziemy tym pociągiem i jedziemy, obok nas siada pan lat 50+ szeroko się uśmiechając (tam ludzie co chwilę się uśmiechają, niesamowite!), przygląda nam się i – standardowo – pyta skąd jesteśmy. Gdy usłyszał, że z Polski odpowiedział kilkoma hasełkami w stylu:

Ooooo, dzień dobry! Dziękuję! Warszawa!

Zapytuję go zatem skąd on to wszystko wie, a on na to wyciąga notes i mówi:

Jeżdżę tym pociągiem do domu i rozmawiam z turystami, których w nim spotykam. I proszę ich zawsze, żeby mi coś napisali o swoim kraju.

Czaicie? Soethein w swoim notesiku miał zapiski od ludzi z całego świata sięgające do 5 lat wstecz. Były tam krótkie liściki, słówka w różnych językach, rysunki, mapki.

Rozmawiałam z nim dobre 20 minut, kiedy powiedział, że dojeżdża już prawie do stacji, na której wysiada. Zanim to zrobił zapytał nas, czy może mamy ochotę zobaczyć jak wygląda życie na przedmieściach i wpaść do niego na herbatę. Standardowo nieco zbiła mnie z tropu taka prosta i naturalna uprzejmość ludzi. Odruchowo zawsze na początku mam polaczkowatą myśl w stylu: „Nieee, po co komuś zawracać głowę, na pewno chciał być miły, ale tak naprawdę wolałby żebyśmy jechali dalej tym pociągiem. I w ogóle jak to tak komuś proponować herbatę w swoim domu skoro się go dopiero poznało. Przecież niewiele o nas wie, a jakbyśmy byli złymi ludźmi?” Na szczęście myśli szybko przegoniłam, a zaproszenie przyjęliśmy. W siatce nieśliśmy truskawki, więc przygotowałam z Olasem ciapaję truskawkową ze skondensowanym mleczkiem, napiliśmy się herby i wody święconej od nauczyciela Soetheina (podobno jakaś uzdrawiająca, czy coś;)).

Porozmawialiśmy m.in. trochę o buddyzmie i wypytaliśmy o ołtarzyk, który Soethein miał w swoim mieszkaniu. Opowiedział nam o tym jak jego żona wstaje codziennie o 4:30, zmienia wodę w małych kieliszkach i kwiatach, parzy herbatę, nakłada do miseczek świeży ryż i potrawkę warzywną, po czym układa to wszystko na tym ołtarzyku. Zapala świece i kadzidełka, rozkłada dywanik i zaczyna modlitwę. On dołącza, a po południu wyrzuca jedzenie i myje miseczki, żeby czekały czyste na następny poranek. Strasznie mi się te buddyjskie rytuały podobają, mają w sobie coś takiego… czego nie jestem w stanie wyrazić słowami. Rety, to brzmi jak reklama Rafaello, nieważne… Buddyzm wyraża więcej niż tysiąc słów.

A jak mowa o buddyzmie to nie może zabraknąć sławnej pagody Szwedagon w Yangonie.

Po lewej znak czasu – Budda z ledami

W każdym razie na koniec super sympatyczny Soethein odprowadził nas na pociąg, czekał aż usiądziemy w środku i z uśmiechem do nas zawołał:

Nie zapomnijcie o mnie! I o naszym strawberry party!

No łezka mi się w oku zakręciła. Ludzie są prześwietni, takich się nie zapomina.

Laureaci azjatyccy z kategorii: jedzenie

Kiedy myślicie o pysznej, azjatyckiej kuchni, jakie dania przychodzą Wam na myśl? Pad thai z Tajlandii? Curry z tempe z Indonezji? Wietnamskie Banh Mi? Indyjska tikka masala? Wiadomka, palce lizać, trochę mi nawet teraz ślinka pociekła. My teraz jednak będziemy myśleć też o kuchni tego jakże odległego kraju, zwanego Mjanma!

Ci, którzy krytykują kuchnię mjanmarską – zazwyczaj mówili/pisali, że jest strasznie tłusta, nudna i generalnie fu – mieli strasznego pecha. Dla mnie Mjanma to ogromny oddech od wszędobylskiego ryżu, mięsa i nudli. W końcu zajadałam się świeżymi, pysznymi sałatkami. Najbardziej tradycyjną i popularną jest sałatka z kiszonych liści herbaty podawana z prażonymi orzeszkami, kapustą, pomidorami, ziołami, sezamem i czymś tam jeszcze. Jest prze-py-szna!

To ta sałatka z kiszonych liści herbaty

Oprócz niej prym wiedzie sałatka z awokado, w której zakochałam się bez wzajemności. Zjadłam ją dwa razy, przepadłam, a ona później zniknęła z restauracji. Okazało się, że sezon na ten owoc (btw. nie byłam pewna, czy awokado to owoc czy warzywo i znalazłam info, że awokado to inaczej SMACZLIWKA WDZIĘCZNA, how cute is this?!) się już w Mjanma skończył i tylko czasami udawało mi się ją wyhaczyć w knajpach. W tradycyjnej kuchni wykorzystywany jest też kwiat bananowca, czyli tego fioletowo-bordowego kikutka, który wisi na końcu kiści. W niektórych miejscach można dostać różnego rodzaju warzywa w tempurze. Jest też curry przygotowywane na wiele sposobów. Jest mega dobry kokosowy ryż.

Na ulicach większych miast tradycyjnie sprzedawane są świeże owoce, największą radochę sprawiały mi plastry arbuza w upalne dni. Był też arbuz w całości, gdy nie udało nam się wygrać z Olasem w kalambury: my vs Mjanmarczycy. Starałam się pokazać na kilka sposobów, że chcemy tylko pół arbuza, nie całego, ale i tak wpakowali nam go w całości do siaty. Chyba nie jestem dobra w pokazywanki. Nie było jednak co rozpaczać, bo arbuz palce lizać, a kosztował szalone 1,5 plnów, więc wyszłam z kalamburowej porażki z twarzą (w soku z arbuza).

Arbuzy, arbuzy, więcej arbuzów

Podczas pobytu w homestayach i serwowanych tam kolacjach, stoły zastawiane były mnóstwem gotowanych warzyw i świeżych owoców (truskawki z mlekiem skondensowanym, ananasy, arbuzy, jabłka, melony, a nawet poziomki się znalazły!). Dla fanów mięsa może być to minus, ale my z Olasem chętnie zrobiliśmy sobie przerwę od jedzenia zwierzątek i na czas Mjanmy zostaliśmy wegetarianami niemal w 100%. I było pysznie!

Grzyby za 18 dolców

Do Mjanmy przyjechaliśmy na niemal końcówce naszego budżetu. Przez chwilę, kminiąc w Wietnamie co robimy dalej, pomimo tego, że mieliśmy już kupione bilety Hanoi – Yangon, zastanawialiśmy się czy nie odpuścić sobie tego kraju. W Internetach straszyli, że tanio nie jest, no i cóż… trochę w tej kwestii się z Internetem zgadzamy.

Prawda jest taka, że podróżując przez dłuższy czas na ceny patrzy się trochę inaczej niż jadąc na kilkutygodniowe wakacje. Trochę mniej jest spontaniczności i luksusów, bo „w końcu jestem na wakacjach”, a więcej kalkulacji i budżetów (które swoją drogą u nas sprawdzają się tak sobie). Tym razem jednak musieliśmy naprawdę trzymać się wyznaczonego limitu kasy i nie wydać ani grosza więcej. Co w przypadku pozostałych azjatyckich krajów wyszło nam raz, w Wietnamie, bo tylko tam nie nurkowaliśmy. Różnica jest taka, że w Wietnamie nocleg w wypasionym hostelu w Hanoi kosztuje 4$, a w Mjanma najtańszy pokój w większym mieście to koszt ok. 14$ wzwyż.

Udało nam się jednak w Yangonie ogarnąć couchsurfing, który swoją drogą jest w tym kraju nielegalny. Tutaj wspomnę, że Mjanma jest krajem mocno (to mało powiedziane) podporządkowanym juncie, czyli władzy wojskowej, a ci w garści trzymają m.in. część hoteli i zgarniają pieniądze dla siebie. Bardzo dokładnie i obrazowo opisali to kiedyś Marta z Damianem, z bloga Dwa Razy Ziemia – polecam przeczytać. Wyobraźcie sobie więc naszą schizę, gdy host wyszedł do pracy, a ktoś zaczął walić do drzwi. Ja podskoczyłam w fotelu po czym podbiegłam do pokoju napisać wiadomość do naszego Hindusa, a Olas na paluszkach zgasił światło w mieszkaniu. Ktoś nadal dobijał się do chaty, a ja już tylko miałam w głowie myśl, że to na bank policja, ktoś z sąsiadów zobaczył białasów w bloku i podkablował Hindusa, wywiozą nas stąd, zrobią coś hostowi, to się źle skończy.

Okazało się, że to dostawa baniaków z wodą i mamy otworzyć. No ale co, przezorny zawsze ubezpieczony! A policja podobno chodzi po domach tylko po zmroku;)

Resztę nocy spędziliśmy już w wynajmowanych pokojach. Pierwszy z nich był w Bagan, czyli must see Mjanmy. Jak must see to i ceny wysokie, jesteśmy w stanie to zrozumieć. Ale to, co ujrzały nasze oczy, gdy weszliśmy do pokoju w guest housie, kosztującego 18$ (nawet w NZ i Australii mniej płaciliśmy za noclegi, wtf!) to był jakiś mało śmieszny żarcik. Nasza klita miała ok. 3×2 metry, łóżko pokryte było szarawo-żółtawym prześcieradłem z powypalanymi od petów dziurami. Ściany w pokoju zdobił grzyb, a w toalecie były niemal od niego czarne. Odpływ wody w łazience to była po prostu dziura w ścianie, która i tak nie spełniała swojej funkcji. Chcieliśmy stamtąd uciekać, ale nie znaleźliśmy niczego tańszego + zapłaciliśmy już za nockę w tej norze. To był dotąd (i mam nadzieję, że już na zawsze!) najgorszy nocleg jaki nam się w podróży trafił i to jeszcze w cenie, za którą kilka tygodni wcześniej spaliśmy w super ładnym hotelu w Wietnamie. Paradoksalnie był to też najdroższy nocleg na naszej trasie w Mjanma. Oblecha.

Faceci w spódnicach

Jedna z rzeczy, która szybko rzuca się w oczy to ilość panów chodzących w longyi. Tak nazywa się w Mjanmie długi kawał materiału, zszyty na krótszej krawędzi w tubę, w który ubiera się jakieś 80% ludzi. I tak jak u kobiet to całkiem popularne chociażby w Indonezji (tylko tam zawijają się w materiał jak w naleśnik i mówi się na niego sarong), tak facetów wystrojonych w „spódnice” do tej pory widzieliśmy sporadycznie .

Okazuje się, że ubieranie się w prosty kawał materiału to mega funkcjonalna sprawa, o czym przekonaliśmy się w rozmowie z Zo – naszym przewodnikiem na trekkingu z Kalaw do Inle. Zo wytłumaczył nam jak wiążą „spódnicę” mężczyźni, a jak kobiety. Pokazał tysiąc sposobów na longyi, czyli m.in. jak zrobić z niej plecak, torbę, nosidełko dla dziecka, kurtkę, chustę, spodnie, kieszonkę na hajs i inne. Wytłumaczył nam nawet jak sikać w takim wynalazku bez konieczności jego zdejmowania, robiąc sobie przy tym parawan – no mega przydatna wiedza. Do tego wentylacja w upalne dni działa podobno jak ta lala. Przyznajcie, spodnie przy tym wydają się jakieś takie nudne.

A materiały na longyi to bajeczka! Kobiety szczególnie są szczęściarami, bo ich longyi są kolorowe, w różne wzory i kwiaty, a mężczyźni mają jakieś szaro-bure materiały w kratkę, czy inny nudny wzór. Straganów z takimi materiałami jest cała masa i oczywiście nie udało nam się przejść obok nich obojętnie – skusiliśmy się na jeden. A jakbym mogła to zwiozłabym do Polski cały kontener. Ktoś chętny na zrzutę?

Ach i jeszcze jeden fakt o panach Mjanmarczykach – oprócz spódnic noszą też torebki. Takie specyficzne, materiałowe, często mega kolorowe i z frędzlami na dole. Myślę, że Tinky Winky by pozazdrościł, są naprawdę niebanalne! Poza tym dziewczynki bardzo często noszą fryzurę na pazia, a chłopcy podczas ceremonii wstąpienia do klasztoru poubierani są w sukienki i mają make-up. Myślę, że w Mjanmie temat gender w wyglądzie nie istnieje i nikomu taki stan rzeczy nie przeszkadza. Super!

No i cóż mam napisać więcej o Mjanmie/Birmie… cieszę się, że tam pojechaliśmy. Jak to zwykle bywa w podróży, najlepiej o wszystkim przekonać się samemu i nie zniechęcać za bardzo opiniami innych. Może z tego wyjść taka niemal niespodziewanka! Dajcie sobie zrobić niespodziewankę czasami.

(Visited 225 times, 1 visits today)

1 Comment

  1. Pingback: Starożytne Bagan, Mjanma (Birma) - zdjęcia, ciekawostki, porady | STO historii

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *