Nowa Zelandia, czyli dla nas koniec świata, była celem naszego wyjazdu. Możecie więc się domyślić jak na kilka dni przed wylotem z Tajlandii codziennie myśleliśmy, że to już, zaraz tam będziemy i w ogóle aaaaaaaaa, to się dzieje naprawdę. Słowem ekscytowaliśmy się na maksa plus stresowaliśmy przed, znanymi z programów na Discovery, kontrolami na lotnisku.

Jeszcze w Tajlandii obczajali nasze paszporty i pytali po co jedziemy do NZ – rozkminiałam później kolejne 15 minut swoją odpowiedź i to, czy na pewno ta Pani była taka miła z natury, czy to był podstęp. Mój stres przed kontrolą osiągnął taki poziom, że mówiłam Olasowi, nawet już po wylądowaniu  w NZ, że nie będę się cieszyła z przyjazdu, dopóki nie przejdę pomyślnie kontroli. Dla mnie Nowa Zelandia zaczynała się, gdy wyjdę z lotniska. I nie, nie przemycaliśmy torby z dragami. Wiem, no śmiejcie się ze mnie, ale serio Discovery mnie pokonało! Do tego czytaliśmy, że kontrolerzy czepiają się wielu rzeczy i każdy nas ostrzegał, żeby zadeklarować w razie czego wszystko, nawet jeśli nie jesteśmy pewni, czy powinniśmy się z tego „spowiadać”. Nie każdy może jest w temacie, ale Nowa Zelandia strzeże swojego naturalnego i unikalnego środowiska do tego stopnia, że trzeba wyczyścić buty z ziemi, która się do nich przykleiła na innym, nie-nowozelandzkim lądzie, zaznaczyć, że ma się ze sobą maskę z rurką do snorklowania, przyznać się do posiadania leków, jedzenia i innych tego typu rzeczy. Z tego powodu kolejki na lotnisku międzynarodowym są ogromne, bo najpierw stoi się do okienka, gdzie podaje się swoją deklarację i w moim przypadku pokazuje cukierki z pytaniem, czy mogę je wwieźć na teren kraju (musiałam zaznaczyć, że je mam), po drodze mija się wielkie ekrany z uprzejmymi groźbami, że jeśli znajdą w Twoim bagażu coś, czego nie zadeklarowałeś to generalnie jesteś spłukany, bo musisz zapłacić karę. Później, gdy pokażesz deklarację to albo cię wypuszczają, albo tak jak nas kierują na ponowne skanowanie bagaży i obczajkę podeszw buciorów. Oczywiście bez sensu się przejmowałam, bo te całe procedury chyba mają bardziej na celu wzbudzenie postrachu (udało im się!) niż faktycznie dokładne sprawdzanie każdego plecaka. Chociaż para z Argentyny swoje muesli musiała zostawić.

Deklaracja do wypełnienia przed przyjazdem do NZ
Deklaracja do wypełnienia przed przyjazdem do NZ

Także Nowa Zelandia najpierw mnie przestraszyła. Olo natomiast sprawiał wrażenie wyczilowanego turysty uspokajającego swoją rozhisteryzowaną małżonkę.

Ale! Wyszliśmy z lotniska! Czas na euforię!

Nie, nie tak szybko. Najpierw musieliśmy poprzeżywać „o cholera, jak tu drogo”, gdy kupowaliśmy bilet na autobus, który miał nas zawieźć do centrum. Ceny w Nowej Zelandii bolą jeszcze bardziej, gdy przyjedzie się do niej z Azji. Do dziś jesteśmy na odwyku alkoholowym, no nie licząc kilku naprawdę sporadycznych okazji jak Sylwester, prezent dla Olasa na święta (ja: „co byś chciał dostać na święta?”, Olo: „browaryyyy!” – była promocja, więc dałam się namówić) i jeden wypad z ekipą z pracy na piwo. Jedno piwko z nalewaka za jedyne 11$, czyli prawie 30 zł – dobrze, że chociaż 0,5 l, bo bym płakała.

Co jeszcze zwróciło naszą uwagę?

Ludzie oczywiście. Po pierwsze to, jacy są uprzejmi. Tu, gdzie mieszkamy mega miłym zwyczajem są powitania między przypadkowo spotkanymi na drodze przechodniami. Okej, chodzę do pracy na 6:45 albo jeszcze wcześniej, więc spotykam tylko mleczarza i właścicielkę jednego sklepu, ale to miłe, że gdy idziesz zaspany, ktoś się do ciebie uśmiecha i mówi „dzień dobry”. Aż chciałoby się napisać, że dzień staje się lepszy, ale bez przesady. W każdym razie między mieszkańcami małego miasta widać uśmiechy jak się kogoś mija i panuje taka sympatyczna atmosfera. Do tego ludzie sprawiają tutaj wrażenie wyluzowanych, bez przesadnego nadęcia i spięcia, wszyscy są „guys” zamiast „Pani i Pana”, 80% wypowiadanych słów to „cheers” i „no worries”, a w Hanmer na miasto wychodzą bez butów, bo po co i ogólnie jest tu tak sielsko i przyjemnie.

Poza tym zwróciliśmy też uwagę na… otyłych ludzi. W Nowej Zelandii jest ich mnóstwo i to takich, no naprawdę sporych rozmiarów osób. Okazuje się, według statystyk z 2014 roku, że aż dwoje na troje dorosłych i jedno na troje dzieci cierpi na nadwagę lub otyłość. Jednak pracując w restauracji szybko mogliśmy zauważyć niektóre nawyki żywieniowe w tym kraju i przestają nas te widoki dziwić. Na śniadanie tłuste ziemniaki w panierce, zapiekana fasola z puszki i bekon, a do tego bielutki tościk z masłem to chyba ulubiony zestaw Nowozelandczyków. Na lunch frytki z rybą i wielki burger, a na deser muffina z czekoladą, którą przekrajają na pół, ładują w nią masło, dżem i dokładają na górę bitą śmietanę. A trzeba jeszcze obiad zjeść! Poza tym piekarnie tutaj to jakiś żart, można wybrać chleb tostowy albo chleb tostowy i jeszcze chleb tostowy. Jak zapłacisz 30 zł to jakiś bochenek niby wiejskiego chleba się znajdzie. Owoce wyglądają jak plastikowe, masło kupuje się w pół kilogramowych kostkach, a ser żółty w kilogramowym opakowaniu. Czy kogoś jeszcze dziwi otyłość w tym kraju?

Inna sprawa to dostęp do Internetu. Gdzie byśmy nie spali, nie ma czegoś takiego jak nieograniczony dostęp do wifi… Kupując nocleg w hostelu, w którego opisie będzie napisane „free wifi” nie oczekujcie, że będziecie mogli godzinami korzystać z Internetu, pogadać z rodziną na skype, szukać intensywnie pracy (taki plan mieliśmy my), czy oglądać ulubiony serial. Darmowe wifi oznacza tyle, że albo pierwsza godzina do trzech są za free albo dostajesz kod na 150 MB/dzień… szaleństwo. Nawet w 4* hotelu, w którym pracujemy, nie mają czegoś takiego jak nielimitowany dostęp do neta. My ratowaliśmy się kartami do telefonu – akurat była promocja i zamiast 30$ płaciliśmy 5$ za 750 MB/miesiąc. Kupiliśmy trzy takie karty i po dwóch dniach ciągłego przeglądania ogłoszeń o pracę, wysyłania maili z załącznikami i rozmowie na skype zużyliśmy 1,5 karty.

No i chyba ostatnia rzecz, z którą już coraz lepiej sobie radzimy, czyli język angielski. To nie tak, że nie umiemy tego języka, wręcz przeciwnie – uważamy, że znamy go bardzo dobrze. Jednak angielski, z którym do tej pory się spotykaliśmy to coś zupełnie innego w porównaniu z nowozelandzkim czy australijskim akcentem. Na początku mieliśmy wrażenie jakbyśmy wylądowali w kraju, w którym mówią w zupełnie innym języku. Na zadawane przez nas pytania słyszeliśmy jeden, wielki bełkot. W pracy potrafiliśmy na początku trzy razy prosić o powtórzenie zdania, żeby na koniec zrozumieć, że ktoś pytał, jak nam minął wolny dzień albo czy planujemy kupić samochód. Gdy goście o coś pytali zamienialiśmy się w słuch, każda synapsa była skupiona na tym, żeby skumać o co im chodzi, wyłapywaliśmy słowa-klucze, dzięki którym mogliśmy im udzielić odpowiedzi. Moim początkowym patentem na rozmowę z współlokatorką było przytakiwanie na wszystko, o czym mi opowiada. Później Olo zdziwiony pytał „ty zrozumiałaś coś, co ona powiedziała?!”… oczywiście, że nie, ale nie będę pytała tysiąc razy, czy powtórzy mi historię swojej drogi z pracy do domu, czy cokolwiek innego, o czym opowiadała. Tych, którzy mają zamiar zapuścić się w rejony nowozelandzko-australijskie możemy pocieszyć, że tak po miesiącu już jest naprawdę spoko i może nawet  sami już trochę bełkoczemy;)

O pięknie Nowej Zelandii póki co się nie rozpisujemy – widzieliśmy jej niewiele, bo zaledwie Auckland (ale naszym zdaniem super miasto, pełno knajpek, piękna przystań, fajne kamieniczki, tu palma, tam choinka, parki w mieście, minus za górki – nie lubię chodzić pod górę), z lotu ptaka południową wyspę, Christchurch i drogę z Christchurch do Hanmer Springs. Mimo wszystko, to co widzieliśmy nam się podobało, ale czekamy na tą prawdziwą i dziką NZ. Już w marcu będziemy znowu skakać z radości!

(Visited 694 times, 1 visits today)

16 Comments

  1. Ola 2 stycznia 2016 o 11:31

    Mnie na miejscu rowniez rozbroila kontrola celna i tysiace szczegolowych pytan o moja ciocie, do ktorej sie wybieralam – myslalam, ze mnie nie wypuszcza 😀 No i te uprzejmosci na ulicy – niespotykane! I mega podnoszace na duchu 🙂
    Pozdrawiam!

    1. Agata 3 stycznia 2016 o 06:32

      Współczuję tej kontroli! Ja bym pewnie zawinęła się w odpowiedziach i by stwierdzili, że coś kombinuję i nigdy mnie nie wypuścili hahaha 😀
      Fakt – uśmiechy i witanie się na ulicy jest super i w ogóle fajniej jest minąć na ulicy kogoś kto się do ciebie uśmiecha niż jakiegoś ponuraka!
      Pozdrowienia:)

  2. Karolina 2 stycznia 2016 o 12:41

    Nowozelandzkiego bełkotu nie słyszałam ale jeśli jest taki jak australijski to współczuję ? a te uprzejmości na ulicy to może tylko w małych miasteczkach? I zastanawia mnie to wychodzenie bez butów – tzn ze na boso czy w kapciach ?

    1. Agata 3 stycznia 2016 o 06:28

      Rozmawiamy i z Australijczykami i Kiwi i według nas bełkot w obu przypadkach jest podobny;d Czasami mam wrażenie, że oni mówiąc prawie w ogóle nie otwierają buzi…
      Co do witania się na ulicy to fakt, w Auckland czegoś takiego nie było, pisząc to miałam na myśli Hanmer Springs (ale w Auckland ludzie też byli super mili i pomocni:)). No i wychodzą boso, bez kapci – chodzą tak po supermarkecie, po mieście, schodzą na śniadanie w hotelu itp. 🙂

  3. KasiaN 8 stycznia 2016 o 09:27

    O różnych drobiazgach jak ceny, wi fi itd nie miałam pojęcia, tak jak i nie wiedziałam o takich kontrolach i uprzejmości Nowozelandczyków:) A tak w ogole świetnie napisane:)

  4. Asia/ Lisy w drodze 8 stycznia 2016 o 10:15

    Wow, nie spodziewałam się takiej kontroli w NZ. Przypomina mi to trochę granicę z Chile. Pozytywne nastawienie na co dzień – tego mi przede wszystkim brakuje w polskiej mentalności, więc chętnie łapię energię w takich krajach. Zaskoczyła mnie również ta otyłość, a po chwili mniej gdy poznałam menu. 3majcie się z dietą!:)

    1. Agata 11 stycznia 2016 o 22:55

      haha staramy się z tą dietą, ale nie zawsze się udaje! przez pierwszy miesiąc z determinacją piekłam sama chleb żeby nie jeść tostowego, ale teraz za dużo pracy i się nie chce..;d mam nadzieję, że nie wrócimy do Polski jako dwa pączki!;)

  5. Marta / Podróżniczo 8 stycznia 2016 o 10:25

    Nie mogę się doczekać kolejnych opowieści z Nowej Zelandii! Ten region, jak i sama Australia to moje podróżnicze, nie spełnione póki co, marzenie 🙂 Przeraża myśl, że jest tam tak drogo, ale dla podróży na koniec świata – warto! 🙂

    1. Agata 11 stycznia 2016 o 22:58

      Jest drogo, ale są też sposoby na ograniczenie kosztów – np. spanie za darmo w zamian za 2-3h pomocy w różnych pracach w miejscu, gdzie śpimy, a to już nam nieźle reperuje budżet:D Mnóstwo backpackersów z tego korzysta w NZ 🙂

  6. Michał 8 stycznia 2016 o 10:44

    Łezka w oku mi się zakręciła, jak czytałem Twój artykuł:-). Kontrola celna to nie żarty, naszym znajomym kazali cały namiot rozstawiać:-). Na drożyznę polecam Domino’s Pizzę – kosztowała 5 NZD za sztukę, więc taniej jak w Azji;-). Namierz też supermarket PAKnSAVE – ceny potrafią być naprawdę niskie, większość backpackersów żywi się makaronem z jakimś sosem z puszki, wychodzi jeszcze taniej. Powiem więcej, w niektórych hostelach mieliśmy darmowy makaron w cenie pokoju:-). Powodzenia w dalszej podróży!

    1. Agata 11 stycznia 2016 o 23:03

      Domino’s Pizza to nasze miłe wspomnienie z Auckland – jak dorwaliśmy się po ponad 3 miesiącach do pizzy to jedliśmy ją przez kilka dni codziennie ;p O PAKnSAVE czytaliśmy, ale niestety w miasteczku, w którym mieszkamy i pracujemy jest tylko four square… ale nie ma tragedii z cenami, bo mają swoją tanią a niezłą markę Pams (coś jak Food&joy w polskiej Almie). Nie jest źle, wsuwamy i tak za darmo z 5-6 dni w tygodniu w pracy 😀

  7. Mr_Szpak 11 stycznia 2016 o 19:02

    Faktycznie może napędzić stracha ten wjazd… jedzenie też ciężko przyjąć… czekamy na dziką NZ 🙂

  8. Ewa 17 lutego 2016 o 14:49

    Pójdę boso… To nas też zaskoczyło – boso po ulicach w centrum Nelson. Ale to jeszcze było ok – w miarę równe chodniki itd. Ale jak zobaczyłam całą rodzinkę bez butów w drodze na Fox Glacier, to zwątpiłam. Ale może mają już odpowiednio przyzwyczajone stopy i te wszystkie kamyczki i skałki im nie groźne:-)

    1. Agata 18 lutego 2016 o 05:02

      Haha, czyli to jednak nie jest tylko kwestia Hanmer Springs. Myślałam, że może tutaj szczególnie ludzie upodobali sobie łażenie bez butów, bo są baseny – skoro mijam codziennie na ulicy ludzi w samych strojach kąpielowych, to co tam robi brak butów. Ale jednak nie! 😀 Olo ostatnio stwierdził, że mu się ten zwyczaj podoba i wlazł do Countdown bez butów… nie przewidział tylko, że dział z piwkami będzie osobnym pomieszczeniem, coś a’la wielka lodówka. Ojj, szybko wybierał browara;)

      1. Ewa 19 lutego 2016 o 11:08

        Zdecydowanie jest to zwyczaj, który panuje wszędzie:-) Podobał mi się ten luz i brak pośpiechu. I ja też ze względu na odległość i rodzinę pewnie nie zdecyduję się na przeprowadzkę. Chociaż…nigdy nie mów nigdy. Pozdrawiam z deszczowego Goleniowa (ps. moi teściowie są właśnie w NZ:-)

  9. Pingback: Ceny i koszty życia w Nowej Zelandii | STO historii

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *