Do Wietnamu przylecieliśmy trochę przez przypadek. Chcąc nadać bagaże z Malezji na Filipiny zapytano nas o bilet wylotowy z tegoż kraju. Nie mieliśmy. „To nie wpuszczą Państwa na pokład samolotu.” – usłyszeliśmy. Mhm, okej, to momencik. Odeszliśmy od check-inu, usiedliśmy na podłodze na lotnisku, odpaliliśmy laptopa. Trzeba kupić gdzieś bilety. To, gdzie lecimy dalej? Wietnam? W sumie myśleliśmy, żeby tam kiedyś pojechać. No dobra, niech będzie Wietnam!

Chcieliśmy jak najtaniej dotrzeć do Hanoi, więc zarezerwowaliśmy bilety na wieczorny lot. Oczekując na swoją kolej, na pasie startowym w Manili, byliśmy już spóźnieni dobre kilkadziesiąt minut. Dzięki temu do stolicy Wietnamu dotarliśmy w samym środku nocy, przetyrani po całodziennej podróży. Na wstępie taksówkarz chciał zedrzeć z nas dwa razy więcej kasy za dojazd do centrum, więc w odpowiedzi na jego zerowe chęci targowania zamówiliśmy Ubera. Dojechaliśmy pod hostel w centralnej części miasta – przywitały nas cisza, spokój i balony z helem zaczepione o korony drzew. Wszyscy śpią.

Piechotą po ulicach Hanoi, czyli walka o przetrwanie

Następnego dnia wyszliśmy na tę samą ulicę. Ledwo przecisnęliśmy się między rzędem skuterów zaparkowanym przed wejściem do hostelu (tabliczka „no parking” chyba tu nie działa). Chodniki bynajmniej nie służą pieszym, bo zawalone są albo pojazdami albo towarami na sprzedaż. Chodzi się więc ulicami. A te to istny pogrom i walka o przetrwanie.

Byliśmy w kilku krajach Azji południowo-wschodniej, ale to co się dzieje w centrum Hanoi to dla nas Bangkok x3. Ocean samochodów i skuterów między którymi trzeba kluczyć, żeby przedostać się na drugą stronę ulicy – zdecydowanym i dziarskim krokiem, bo nie ma czasu na zawahanie. Brak sygnalizacji świetlnej nie ułatwia poruszania się po ulicy. Do tego każdy kierowca co dziesięć sekund wciska klakson i to najlepiej wciiiskaaa gooo długooo, bo przecież go inaczej nie zauważą.

Dawno się tyle nie namachałam głową przy przechodzeniu przez ulicę, jak w stolicy Wietnamu. Olasowi za to co chwilę niebezpiecznie pulsowała żyłka na czole, gdy obok nas kolejny kierowca postanawiał zawyć swoim super-turbo-głośnym klaksonem.

"Co tu się stanęło??"
„Co tu się stanęło??”

Mobilne kwiaciarnie, warzywniaki i sklepy ze wszystkim

To jest czad! Fakt, że w wielu innych, azjatyckich krajach sprzedaż obwoźna też ma się bardzo dobrze, ale w Wietnamie jest jeszcze bardziej wyjątkowa. Po ulicach przechadzają się kobiety z przełożonym przez ramie bambusem, a na nim zawieszonymi dwoma „talerzami”, w których można znaleźć np. stosy mango albo warzyw. Inne jeżdżą rowerami obładowanymi świeżymi kwiatami. Jeszcze inne do rowerów mają doczepioną jakąś arcy-konstrukcję składającą się z mopów, szczotek i mioteł. Na każdym rogu jakaś babeczka stara się wcisnąć nam pączuszki wołając „try, try, try!”. Do tego wszystkie noszą na głowach te kapelutki, które tak bardzo kojarzą mi się z Wietnamem. Piękny widok w tym chaosie!

Pozostając jeszcze w temacie zakupów i wyjątkowości Hanoi – w obrębie dzielnicy Old Quater większość ulic specjalizuje się w sprzedaży danego rodzaju produktów. Tym sposobem przechadzaliśmy się po ulicy, na której sprzedawano wyłącznie zabawki albo takiej z samymi słodyczami albo pierdołami do szycia typu guziki i tasiemki, czy ulicy z dewocjonaliami. Niezły system! Przynajmniej wiadomo gdzie uderzyć chcąc kupić złoty ołtarzyk z Buddą i ledami.

Na ulicy można też np. zreperować japonki. 5zł!

Życie za witryną sklepową

Nie wiem kiedy i jak to się stało, że zaczęłam zwracać aż taką uwagę na zabudowę miast. I jak jest ładna… o paaanie, mam ochotę robić zdjęcia każdemu budynkowi. Na starym mieście w Sydney wyczerpałam baterię w aparacie na foty wiktoriańskich budowli. W Old Quater w Hanoi starałam się hamować, ale jest tak pięknie! Przy ulicach stoi całe mnóstwo starych, kolonialnych budynków. Jedne odnowione, inne obdrapane, z wywieszonym kolorowym praniem, z wielkimi balkonami wypełnionymi roślinami i drzewkami pomarańczy stojącymi na parapetach.

W tym budynku swoją drogą jest świetna kawiarnia – Loading T.
A w Hanoi House mają pyszne herbaty! I widok na katedrę w gratisie.
Na zdjęciu po lewej kolejna knajpa, tym razem z pysznym jedzeniem – The Hanoi Social Club. Idealna jeśli ktoś chce odpocząć od klaksonów, usiąść w wygodnym fotelu albo na dżunglowatym rooftopie.

Co ciekawe wiele domów, nie tylko w Hanoi, jest bardzo wąska i wysoka. Jeden Wietnamczyk wytłumaczył nam to mówiąc, że ziemia w Wietnamie jest bardzo droga. Dlatego ludzie zamiast wszerz, budują wzwyż. Mieszkaliśmy w kilku takich domach, gdy zatrzymywaliśmy się w homestayach i dosyć ciekawie wygląda ich wnętrze. Po pierwsze nie wchodzi się do chaty normalnymi drzwiami, bo zazwyczaj parter znajduje się za… witryną z rozsuwanym wejściem/roletą. W praktyce wygląda to trochę tak, jakby rodzina mieszkała w sklepie. Nieraz to się nawet zgadza, bo dół służy właśnie jako sklep, warsztat samochodowy, czy knajpka, a na kolejnych piętrach są sypialnie.

Olas siedzący w sklepo-knajpo-salonie.
Olas siedzący w sklepo-knajpo-salonie.

Nie każdy jednak zamienia parter w miejsce pracy i wtedy przechadzając się ulicą można najnormalniej w świecie zobaczyć co tam słychać u sąsiadów. Większość Wietnamczyków ogląda telewizję z koszmarnymi serialami, siedząc na topornych, drewnianych fotelach i ławach. Na stole zawsze jest taca z dzbankiem i filiżankami. W dzbanku mają zieloną herbatę, która z naszego doświadczenia, w 90% przypadków pachnie jak stara skarpeta i smakuje chyba też (chyba, bo nigdy nie próbowaliśmy zjeść starej skarpety).

Ogólnie Wietnamczycy nie bawią się w duperele typu dekoracja wnętrz i jakieś szczególne wyposażenie. W domach zazwyczaj są rzeczy potrzebne, na przykład… samochód. Tak, zdarza im się parkować w salonie auta i motory. Ba, nawet w sklepie w centrum Hanoi były skutery. W końcu miejsce mają ograniczone, to wykorzystują je na maksa.

Kawy, kawy, więcej kawy!

O tym, że Wietnam jest drugim producentem kawy na świecie (pierwsza jest Brazylia) dowiedzieliśmy się stosunkowo niedawno. A jako że nasza miłość do tego napoju rośnie od kiedy zamieszkaliśmy w Nowej Zelandii, nasz plan na Hanoi był następujący – chodzimy po kawiarniach. A jest w czym wybierać, bo kawiarni w stolicy jest od groma.

The Hanoi Social Club
Hanoi House

Nie wiedzieliśmy jednak jak wygląda kawa w Wietnamie, więc nieco zdziwiło nas, gdy zamawiając dwie czarne, dostaliśmy je w takich malusich filiżankach zapełnionych zaledwie do połowy. Powiem tyle – spróbowałam czarnej kawy w Wietnamie dwa razy i więcej nie dałam rady. Jest tak turbo mocna, że autentycznie trzęsły mi się łapy i z trudem pisałam wiadomość na telefonie. Olas twardo pił ją ze smakiem dalej, a ja przerzuciłam się na kawę z mlekiem, które jest… skondensowane. Muszę przyznać, że smakuje wyśmienicie i nigdy nie rozpływałam się nad aromatem tego przepysznego napoju jak w Wietnamie. Raz pachnie orzechowo, innym razem karmelowo, a jeszcze kiedy indziej przyprawami. I nie ma jakiejś ogromnej różnicy czy wypije się filiżankę w fancy kawiarni, czy w barze przy drodze. Oni tu mają chyba kawę we krwi, zmieszaną ze skarpeciałą, zieloną herbatką.

Po prawej egg coffee, czyli kawa z koglem-moglem.

Ach! I zapomniałabym – jest jeszcze kawa z jajkiem, czyli po prostu koglem-moglem. Najlepszą serwują w kawiarni Pho Co – kogiel-mogiel jest super gęsty i jest go peeełno. Mniami.

W Pho Co oprócz pysznego kogla-mogla w kawie, mają też takiego super Garfielda.
Po lewej ja i moje ulubione skarpetki w cebulę (dostałam ze specjalną dedykacją od siostry, napisała tak: „cebulak”). Po prawej Olo i nasze pierwsze Banh Mi w Wietnamie – wyboorne!

Ogólnie Hanoi (i Wietnam północny – ale o tym później) spodobało nam się na maksa. Jest głośne, jest ruchliwe i dla turysty może wyglądać to jak chaos nie do ogarnięcia. Stolica kipi życiem lokalesów i można je z łatwością obserwować. Jak siorbią swoją ulubioną tra da, czyli mrożoną herbatę, na takich tycich stołkach. Jak wsuwają zupę z nudlami przy ulicy. Jak handlują, jak mieszkają, jak dzieciaki grają w lotki po wyjściu ze szkoły. Wystarczy usiąść na chwilę w jednej z setek kawiarni i się zwyczajnie na to wszystko pogapić albo przejść się ulicami miasta. Polecamy obie opcje!

Po lewej uliczne stanowisko do parzenia herbaty. Po prawej stragan z dewocjonaliami.

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły!
(Visited 244 times, 1 visits today)

4 Comments

  1. niesmigielska 5 kwietnia 2017 o 15:01

    bardzo mi się podoba! ale tak serio. a ‚kawę po wietnamsku’ czyli z takiego urządzonka do zaparzania + mleko skondensowane zdarza mi się w polsce pić i jest pyszna.

    Wasza historia o tym, jak trafiliście do wietnamu, mnie rozwaliła. #1, lepszej nie znam 😉

    1. Agata 18 kwietnia 2017 o 21:35

      No patrz, a my pierwszy raz taką kawę wypiliśmy właśnie w Wietnamie i jesteśmy zachwyceni! Więc w Polszy zaparzacz pójdzie w ruch 😀 Omnomnomnom.
      Do Hanoi musisz wtedy konieczko jechać, o ile pałętanie się z kawiarni do kawiarni cię jara… bo nas bardzo 😀

  2. Pingback: Wietnam północny alternatywnie - co zobaczyć? | STO historii

  3. Marta 2 lipca 2017 o 12:25

    Nie widziałam jak dotąd zbyt wielu azjatyckich miast, ale jestem w szoku, że Hanoi w Waszym rankingu wypada tak skomplikowanie pod względem ruchu! Ja paradoksalnie jakoś odnalazłam w nim wiele luzu 😀 Może to kwestia tego, że zdążyłam się już przyzwyczaić, a w Sajgonie był pod tym względem większy „sajgon” 😀
    Zostaliśmy też poinstruowani, że ulice należy przekraczać stosunkowo wolno, żeby kierowca miał czas na reakcję! Sprawdziliśmy i działa! Wbrew pozorom oni są dosyć ostrożni.

    Piękne zdjęcia!

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *