Usiedliśmy na kocyku na plaży, kupiliśmy popcorn (który tradycyjnie wyzerowaliśmy zanim zaczęło się coś dziać) i czekaliśmy na bohaterów parady. Pingwinki Małe, czyli najmniejszy gatunek pingwinów na świecie, usłyszeliśmy o zmierzchu, gdy sporą grupą dopłynęły do brzegu.

Pierwsza grupa liczyła… ja wiem? Z 30-40 pingwinów. To była istna komedia, dawno nie chichraliśmy się tak z beki! Te wszystkie maluchy ślizgiem wyskakiwały z wody, po kolei ustawiały się jeden za drugim, jakby w kolejce do wyjścia z oceanu. Nagle jakiemuś Zenkowi coś przestawało pasować i… w tył zwrot i z powrotem wskakiwał do wody. A reszta co? Za Zenkiem! I te kilkadziesiąt pingwinów znowu dryfowało na płyciźnie, do nich dołączały następne, które zdążyły dobić do brzegu, wszystkie po raz kolejny ustawiały się w kolejce do wyjścia, po czym jednak Stefan zapomniał czegoś z wody, cofał się i… domino waliło się od nowa. Obserwowaliśmy jak ta rosnąca grupka pingwinów jakieś 10 razy ustawia się i cofa do wody, żeby znowu się wynurzyć i przemaszerować w końcu przez plażę w kierunku swoich norek.

Pingwinowe domki, wybudowane przez organizację Phillip Island Nature Parks
Pingwinowe domki, wybudowane przez organizację Phillip Island Nature Parks
Pingwinowe domki w naturze

W międzyczasie bardziej zorganizowane grupy Panów we Fraczkach tuptały dziarsko zaraz obok nas! Skłamałabym pisząc, że na wyciągnięcie ręki, chyba, że miałabym 1,5-metrowe ramię. Mimo wszystko to było tak blisko! Niektóre tak zapierdzielały, chwiejąc się na boki jak bańka wstańka, ledwo nadążając z przebieraniem tymi krótkimi nóżkami. Przekomiczny widok i przesłodki zarazem. Po 20-30 minutach podpatrywania wyskakujących z oceanu pingwinków przenieśliśmy się na drewniane pomosty, przy których swoje chałupki miały maluchy. Nie wszystkie, bo niektóre człapią do domów nawet 1,5-2 kilometry, a dla takich małych zwierząt, z brzuchami pełnymi rybek do wykarmienia młodych, to już całkiem spory dystans. Od czego zależy to, czy dany pingwin ma norkę z widokiem na ocean, a inny skitraną gdzieś na pingwińskim zadupiu? Ano od tego, gdzie przyszedł na świat. Taki pingwinek pokonując po raz pierwszy w życiu trasę dom-ocean dokładnie ją zapamiętuje i zawsze wraca w to samo miejsce. Nie ma przeprowadzek, kręcenia dziobem, że słaby widok, okolica kiepska i sąsiedzi hałasują.

Część pingwinów mieszka zaraz przy parkingu, więc zostaliśmy poproszeni, żeby przed wyjazdem zajrzeć pod auto i sprawdzić, czy nikt nam się nie zawieruszył pod podwoziem. A wracając na parking zatrzymywaliśmy się wraz z tłumem innych podglądaczy pingwinowej parady, żeby przepuścić te małe ziomki, bo musiały przeciąć naszą trasę, by dojść do swojego domu. Panowie z obsługi blokowali przejście, a my patrzyliśmy jak one żegnają się z kumplami na skrzyżowaniu i dalej tuptają w swoją stronę. Niektóre robiły sobie przerwy na pingwinowej autostradzie i nagle jebut. Kładły się na brzuszku i odpoczywały. Obserwowaliśmy też jak karmią młode, które były już wielkości swoich starych, różniły się tylko tym, że przy karczku miały jeszcze puch zamiast wodoodpornych piórek. Rzucały się bezlitośnie na matki, styrane po całym dniu w oceanie, żeby dostać jeść. No i te pingwinie mamy zwracały do ich dziobków rybki, które upolowały i transportowały dla młodych w brzuchu.

Na Penguin Parade spędziliśmy dobre 2 godziny, ale jeszcze zanim tam dotarliśmy zrobiliśmy sobie krótki spacer po plaży i trasie widokowej na koniuszku Phillip Island. Udało nam się tam spotkać kilka ciekawskich pingwinków, które co chwilę wystawiały łebki spod pomostu. Słyszeliśmy, że to bardzo bojaźliwe zwierzaki, które łatwo zestresować, ale te zdecydowanie na takie nie wyglądały! Podglądaliśmy je dopóki Chińczycy nie wyczaili, na co się tak gapimy pod tym pomostem (chociaż staraliśmy się robić poker face, kiedy przechodzili obok) i zaczęli wtykać między pingwiny selfie stick:( Wykurzyli więc i nas i pingwiny.

Ile ciekawskich pingwinów widzisz na zdjęciu?:)

Super było obserwować to pingwińskie życie na lądzie! Stety-niestety zdjęć na paradzie nie wolno robić, bo turyści trzaskali foty z fleszem, oślepiając tym samym pingwiny… Starano się edukować, iść na rękę, przetłumaczono nawet wszystko na chiński, żeby Chińczycy nie mogli powiedzieć „don’t understand!”, ale to na nic, więc zbanowano taką możliwość w 100%. Oczywiście są tacy, co chcą przycwaniaczyć i machnąć foty maluchom po zmroku, ale obsługa szybko i bezwzględnie stara się na to reagować. My zdjęcia pingwinów zrobiliśmy jeszcze za dnia, skradając się do nich jak dwójka komandosów, więc jesteśmy niewinni!


Penguin Parade – informacje praktyczne:

  • Podstawowy bilet (General Viewing) kosztuje 25$/os. Z takim biletem można usiąść na czymś w rodzaju trybun przy plaży, a najlepiej wziąć ze sobą kocyk i usiąść bezpośrednio na plaży.
  • Trybuny dla osób z biletami General Viewing są dwie, oddalone od siebie o ok. 10-15m – najlepiej zająć miejsce na plaży po wewnętrznej stronie trybuny (obojętnie której). Dużo pingwinków drepcze właśnie między trybunami, więc czasami można je zobaczyć naprawdę z bliska.
  • Na paradę zaleca się przyjechać ok. 1,5h przed zmierzchem, żeby zająć miejsca (i kupić popcorn!) – pingwiny zaczynają wychodzić z wody, gdy już jest niemalże ciemno (czekają aż ptaki, które mogłyby je upolować pójdą już spać;)).
  • Po około 30 min. oglądania wyskakujących z wody pingwinów, super jest się przejść pomostami i zobaczyć jak w tłumie drepczą do swoich norek, karmią młode (w sezonie), przekrzykują się itp. Pomosty są doświetlane, więc bez problemu, nawet gdy jest już zupełnie ciemno na dworze, można zobaczyć maluchy – niektóre mają swoje domki dosłownie zaraz przy drewnianych kładkach.
  • Szlak z piękną trasą widokową nad oceanem znajduje się przy Nobbies Center i tam też zobaczyliśmy 3 ciekawskie pingwiny pod pomostem + jednego siedzącego w domku.

(Visited 188 times, 1 visits today)

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *