Wróciliśmy po 19 miesiącach włóczenia się po świecie do Polski. Plan na powrót był taki: przyjedziemy do kraju w czerwcu, gdy już będzie ciepło, żeby nie załapać pogodowej deprechy, zaraz będą wakacje, dużo czasu spędzimy z przyjaciółmi i rodziną. A w ogóle to zrobimy im niespodziankę! Oni nas pięknie żegnali to my ich nietypowo przywitajmy. Czemu nie wszystko nam wyszło i jak to jest po powrocie?

No cóż, nie da się ukryć, że był maj, a my już siedzieliśmy w Gdyni. Żeby być super precyzyjną, byliśmy w Polsce już w kwietniu, dokładnie 26-ego wyszliśmy z samolotu na lotnisku Chopina. Z naszymi nastrojami na powrót bywało różnie, przynajmniej u mnie. Raz mega zajawa, bo zobaczę wszystkich ukochanych ludzi face to face i ich wyściskam, zjem ulubione gołąbki przygotowane przez mamę, założę w końcu inne ciuchy i się rozpakuję tak porządnie, a nie na chwilę. Innym razem smutek, bo kończy się tak fantastyczna przygoda, że będzie nudno i dopadnie nas rutyna. Na lotnisku w Wawie entliczek pentliczek, wypadło na to, że miałam łzy w oczach, bynajmniej nie ze szczęścia. No cóż.

Niespodzianki dla najbliższych się udały. Jeździliśmy po wszystkich po kolei: zaglądaliśmy do okien w kuchni, gdzie jedli obiad; chowaliśmy się za akwarium w recepcji wołając przyjaciółkę wychodzącą z pracy; kitraliśmy się w mieszkaniu sąsiadów naszych przyjaciół czekając aż ci wrócą do domu; umawialiśmy się z rodzicami na Skype w rzeczywistości dzwoniąc do drzwi; drugich zastaliśmy w domu podczas śniadania; wpadliśmy z piwkiem do mojej siostry (usłyszeliśmy pełne powagi „witajcie” szwagra, pisk siostry i bliżej niezrozumiałe słowa 3-letniej siostrzenicy – chyba chciała więcej lodów).

Miesiąc, przez który mieliśmy nic-nie-robić i aklimatyzować się zleciał nam na ciągłym coś-robieniu. Było mnóstwo spotkań ze znajomymi, przyjaciółmi, rodziną, ogarniania się w nowym życiu, a nawet czas na wypad do Wrocławia się znalazł, gdzie poznaliśmy nowych, świetnych ludzi (znanych dotąd z internetów – zobaczcie relację u Eli, polecam też czytać historie, bo co jak co, nieśmigielska to wymiatacz w opowieściach!). Wypoczęliśmy tak naprawdę dopiero w ostatni weekend, zanim w poniedziałek wstaliśmy rano na pierwszy dzień w pracy (tak, w piątek minie nam pierwszy tydzień w robocie od 8 miesięcy!).

W gdyńskiej rzeczywistości „odnaleźliśmy się” w mig, w sumie to oboje doszliśmy do wniosku, że czujemy się tak, jakby nie było nas tydzień. Postawiłam sobie chyba mentalnie grubą linię między tym co było, a tym co jest teraz. Czasem nie dowierzam, że tak, to MY zafundowaliśmy sobie taką przygodę, ja naprawdę byłam w tych wszystkich miejscach i serio mieszkaliśmy w Nowej Zelandii. Dlatego w dalszym ciągu, gdy odpalam zdjęcia z podróży to trochę się smucę i w gardle staje gula. Nie mogę ruszyć z edytowaniem zdjęć, nie mogę odpalać piosenek z nowozelandzkiego road tripa, jeszcze nie. Ale tak poza tym mamy się super dobrze, a w życie nawet udaje nam się wprowadzić krok po kroku zmiany. Jakie zmiany? Ano różne, coś czego nauczyły nas te podróże, co wyciągnęliśmy z nich dla siebie z doświadczeń, rozmów z ludźmi i obserwacji. Olas Wam wszystko opowie.

[tutaj pisze do was Olo, a czasem ja trochę się wcinam]

Tak się mówi – podróże uczą. Sam się kiedyś zastanawiałem, czego może nauczyć mnie podróż. Siedząc w pociągu z Wawy do Gdyni, zebrało mi się na podsumowanie co wyciągnęliśmy z naszego półtorarocznego pobytu z dala od domu.

Przede wszystkim nauczyliśmy się co nieco o samych sobie. Zorientowaliśmy się, że uwielbiamy fotografię, nurkowanie i dooobrą kawę. Przed wyjazdem żadne z nas nie miało konkretnych pasji. Nie zdążyliśmy ich po prostu odkryć.

W podróży fotografowanie wszystkiego co nas otacza było codziennością. Szybko się zorientowaliśmy, że jest to coś, co lubimy i staramy się odkrywać nowe możliwości naszego aparatu, szukać dobrego kadru i przez to spędzamy więcej czasu w danym miejscu, nie spieszymy się. Z czasem zauważyliśmy, że zdjęcia wychodzą nam co raz lepiej. Fakt, zajęło nam to kupę czasu i rozkręciliśmy się dość późno, ale po powrocie aparat zawsze będzie na wierzchu (A: właśnie wrócił z czyszczenia!).

Na początku wyjazdu zrobiliśmy podstawowy kurs nurkowania i od razu wiedzieliśmy, że to nasza nowa zajawka. Ponurkowaliśmy kilka razy to tu, to tam i trafiliśmy na wolontariat w organizacji TRACC na Borneo, gdzie podciągnęliśmy nasze nurkowe skille, ale dowiedzieliśmy się też mnóstwo o życiu podwodnym i jego problemach. Idąc za ciosem zaliczyliśmy zaawansowany poziom na Filipinach i z wielkim smutkiem zakończyliśmy na jakiś czas naszą przygodę z nurkowaniem, które zwyczajnie pocisnęło nas po kieszeni. Ale ale! W Egipcie podobno są super spoty, więc nie musimy lecieć do Azji, żeby wrócić choć na chwile do podwodnego świata.

Żyjąc rok w ukochanej Nowej Zelandii i pracując czasem w kawiarniach nie dało się nie oszaleć na punkcie dobrej kawy. Ten smak, zapach i czas spędzony w kawiarni przy ciastku i książce jest wyjątkowy (A: kto czytał o HYGGE? To to to!). W Australii po raz pierwszy spróbowaliśmy kawy z drippera. Była tak dobra, że nawet Agatka wypiła czarną bez kropli mleka (A: i nie piję do dziś). Kupiliśmy tam książkę o całym procesie jaki przechodzi kawa z plantacji do naszej filiżanki, metodach parzenia i czynnikach, której wypływają na jej smak. W Indonezji spróbowaliśmy pysznej kawy organicznej z regionu przy wulkanie Kelimutu na wyspie Flores. W Wietnamie uzależniliśmy się od miejscowej kawy z tradycyjnego zaparzacza, czy takiej z koglem moglem. Kupiliśmy też popularną kopi luwak z ziaren, które są zjadane i wydalane przez cywety, ale te, które żyją na wolności, a nie są trzymane w klatkach. Tak więc po powrocie zaopatruję się w różne gadżety do parzenia i będę budził moją żonę zapachem świeżo przygotowanej kawki (A: dostał na urodziny ode mnie Chemexa, potwierdzam, kawa z rana jest:)).

Ponad to otworzyliśmy oczy na problemy, które nas otaczają. Problemy, które mogą mieć dramatyczne skutki (a nawet już mają) jeśli nie dla nas, to dla najbliższych pokoleń. Zainteresowało nas szczególnie co dzieje się pod wodą, bo o tym wiele się nie mówi, a wszystkie rafy koralowe, które widzimy dziś, mogą być martwe za 20-30 lat. Szerzej napisała o tym Agata w poście o problemach oceanów. Co za tym idzie zaczęliśmy zastanawiać się nad stylem życia jaki prowadzimy w Polsce, tym jak on wpływa na środowisko i na nas samych. Przemyśleń jest dużo i można na każdy z nich napisać osobny post (A: może w przyszłości trochę takich tekstów nawiązujących do zmian powstanie!), więc opiszę tylko po krótce niektóre z nich.

Czytamy etykiety. Ciągle się uczymy, zresztą jak wszystkiego, ale staramy się przywiązywać dużą uwagę do tego, co kupujemy. Przykładowo jeśli się da eliminujemy olej palmowy w produktach, po tym gdy zobaczyliśmy jak obecnie wygląda Borneo. Plantacje, plantacje i jeszcze raz plantacje palmy olejowej. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla zwierząt? Te które przeżyły, gdzieś się poupychały na skrawkach dżungli, a reszta… reszty już nie ma.

Żywność to jedno, kosmetyki i domowa chemia to kolejny temat. Tak, doszło do sytuacji, gdy wybieramy szampon, czy żel pod prysznic przez 10 minut, ale dla nas to już nie problem. Agata spędziła dwa dni wyszukując w Internecie metody do naturalnej pielęgnacji i kolejne dwa chodząc po sklepach zielarskich, żeby skompletować wszystkie składniki, których potrzebowała (A: ale wszystko działa jak ta lala, polecam!). Na początku zajmuje to trochę czasu, przestawienia się, ale wszystko jest do ogarnięcia.

Mięso out. Okej, nie tak w 100%. Nie kupujemy jednak mięsa produkowanego masowo i nosimy się z zamiarem znalezienia jakiegoś pana Zenka Farmera, od którego będzie można kupić kurkę, co szczęśliwie hasała po ogródku. Póki co Agata magluje wegańskie przepisy i eksperymentuje w kuchni robiąc ciasto z buraka, placki z porów, chleb bezglutenowy i inne. Omijamy za to szerokim łukiem ryby z Bałtyku, o czym pisaliśmy również w tym wpisie.

Zero waste. To już trudniejsza sprawa, ale dla nas równie ważna. Staramy się produkować mniej śmieci. Byliśmy nawet na warsztatach w Gdańsku zorganizowanych przez Zero Waste Polska, gdzie słuchaliśmy o różnych metodach ograniczania śmieci w gospodarstwie domowym. Pilnujemy się jeszcze bardziej żeby nie brać w sklepach plastikowych siatek, nasiona i suszone owoce panie na hali targowej pakują nam do naszych pojemników, tak samo chleb, który wrzucają do lnianego woreczka. Jeśli jest taka możliwość to zamiast opakowań plastikowych, wybieramy te z kartonu, a najlepiej szkła. Ogólnie jak ognia staramy się unikać plastiku, który jest zmorą dzisiejszych czasów (A: chciałabym na ten temat napisać elaborat, bo mnie to bulwersuje!!!).

Konsumpcjonizm jest passe. Przez ostatnie 3 lata kupowaliśmy w 97% tylko to, czego naprawdę potrzebowaliśmy. Obawiamy się ciągle, że odbije nam się to teraz czkawką, kiedy już jesteśmy na miejscu, nie odkładamy na podróż, ani na bilet lotniczy do następnego kraju. Jednak koncentrujemy się mocno na tym, żeby nie kupować wielu rzeczy, które serio nie są nam potrzebne (A: no bo wiadomo, nie da się w 100% wyprzeć babskich zachcianek…). Wiąże się to po części z Zero Waste, które zaczyna się właśnie od zakupu, ale też w ogóle ze sprzeciwem na masowe kupowanie, szczególnie taniej „chińszczyzny” na jeden sezon. Tu ponownie, nie mamy możliwości ze wszystkiego zrezygnować, ale zwyczajnie więcej myślimy i analizujemy podczas zakupów.

Sporo nauczyli nas też poznani ludzie. Szczególnie Nowozelandczycy, których podejście do drugiego człowieka tak mocno różni się od europejskiego. Przykład? W Nowej Zelandii idziesz ulicą albo na szlaku i normalnym jest uśmiechnąć się, czy przywitać i nikt nie spojrzy na ciebie ze zdziwieniem. Ludzie potrafią patrzeć w oczy, a nie tylko pod nogi czy daleko przed siebie. Zwykła uprzejmość, small talk w sklepie z kasjerką, w restauracji z kelnerem czy na poczcie z panią z okienka to powszechne zjawisko. Mi to robiło ogromną różnicę w codziennym życiu, serio serio.

Inny przykład to Caro, która po krótkiej pogawędce w miejscowym browarze (ona była sprzedawcą, my kupowaliśmy browary), zaprosiła nas do swojego domu. Było to podczas naszego road tripa po północnej wyspie w Nowej Zelandii, dostaliśmy wskazówki dojazdu do jej chaty, która notabene stała zupełnie otwarta, więc nie potrzebowaliśmy do niej klucza. Spędziliśmy wspólnie dwa świetne wieczory tylko, albo w sumie aż dlatego, że Caro nam zaufała, ot tak. (A: tych historii z ciekawymi ludźmi jest więcej, kiedyś je zbierzemy do kupy i wam opowiemy:))

Dlatego więcej się uśmiechamy, jesteśmy bardziej cierpliwi, po ludzku uprzejmi, mniej podejrzliwi i nie gburowaci. Nie żebyśmy wcześniej patrzyli na wszystkich spode łba i cisnęli chamskie komentarze przy okienku na poczcie. Po prostu, staramy się bardziej:)

W sporym skrócie, w trochę innym tonie niż zazwyczaj, bo mniej beki, a więcej melancholii i naszych myśli w tym tekście, tak wygląda(ł) nasz powrót do Polski. Pytają nas „czy już ogarniacie tą szarą rzeczywistość?”, my odpowiadamy „a gdzie tam szarą!”. Póki co jest super, depresji brak;), ludzi wokół pełno, mamy co robić i co planować, nad czym myśleć i co wspominać. Ach! I odkrywamy swoje miasto na nowo i to jest prześwietne uczucie!

 

(Visited 424 times, 2 visits today)

13 Comments

  1. Karolina 1 czerwca 2017 o 06:31

    Zgadzam sie w 100% z przemysleniami. A jak juz jestescie mentalnie w okolicach ‚mniej miesa’ to pewnie i niedlugo traficid na obszar ‚i nabialu’ gdzis filmiki Gary’ego Yourofskiego na yt na pewno zainspiruja kroki. Co do zero waste i minimalizmu, fajnie tez patrzec na te sprawe ze strony tego, co jest napisane na metkach naszych ubran i miejsc produkcji. Tu bym polecala wypatrywac dokumentow o szyciu ubran w bangladeszu (i wietnamie i kambodzy) oraz tego, jak dzialaja sieciowki – wiecie ze szef Zary i calego Inditexu to w praktyce po prostu kryminalista, ktora stoi za tysiacem smierci niewinnych ludzi? Doczytajcie prosze, jestescie na swietnej drodze 🙂

    1. Agata 1 czerwca 2017 o 19:58

      Karolina, z nabiału starałam się zrezygnować, ale póki co jest mi jeszcze za ciężko;p Eliminuję go naprawdę tycimi krokami (typu kawa bez mleka, nie jem prawie wcale jogurtów, które kiedyś wsuwałam niemal codziennie itp.), bo narzuciliśmy sobie trochę za dużo zmian na raz – chcemy wprowadzić wszystko, ale nie nadążamy z edukowaniem się i po prostu łatwo się nam pogubić.
      Tak samo ma się rzecz z ciuchami, jesteśmy świadomi i staramy się wybierać rozsądnie, ale jednak musimy to wprowadzać krok po kroku. Jednak mam nadzieję, że kiedyś dojdziemy do tego etapu, gdy sieciówki będziemy mogli mijać z daleka.
      Dzięki za komentarz!:)

  2. Gadulec 1 czerwca 2017 o 10:08

    Oj, podróże zmieniają i to bardzo. Cieszę się, że tak szybko się odnaleźliście i widzicie Polskę w kolorowych barwach 🙂 Mam takie dość praktyczne pytanie (w związku z tym, że na dniach wyjeżdżam z naszego kraju na parę(naście?) miesięcy): nie mieliście żadnego problemu ze znalezieniem pracy po powrocie? Pracodawcy byli zaciekawieni/zdziwieni jak widzieli przerwę w CV?

    1. Agata 1 czerwca 2017 o 20:11

      Hej Kinga! Jeśli chodzi o pracę to ja wróciłam do firmy, w której pracowałam przed wyjazdem, więc na rozmowy nie chodziłam. Olo natomiast miał wpisane w CV skąd przerwa i pracodawcy zazwyczaj na rozmowach byli zaciekawieni i wypytywali go o podróż, co też nadawało luźniejszy ton podczas rekrutacji 🙂 Czas znalezienia pracy to myślę bardziej kwestia branży w jakiej się szuka, Olkowi zajęło to 2 tygodnie.

  3. Ola | Chasing Colors 1 czerwca 2017 o 12:15

    Witamy w kraju! Przemyślenia dające do myślenia. Po każdym powrocie mam w sobie podobną melancholię, a nawet od roku nie jestem w stanie ruszyć z opisywaniem zeszłej podróży, bo wciąż we mnie siedzi – obyście ruszyli ze swoimi kolejnymi szybciej 😀
    Kawa mnie bardzo zaciekawiła, jej rodzaje, choć pijałam różną, to nigdy nie przywiązywałam uwagi do tego co i jak – po prostu smakowała danym miejscem i czasami ten smak niespodziewanie powraca wraz ze wspomnieniami.
    Za otwartością i serdecznością mieszkańców NZ strasznie tęsknię, niesamowite było to, że idąc ulicą wszyscy się ze mną witali i pozdrawiali, a ja nie wiedziałam, czy jestem podobna to jakiejś aktorki, czy mam pastę do zębów na buzi, czy co. 😉
    Powodzenia!

    1. Agata 1 czerwca 2017 o 20:08

      Cześć Ola! Myślę, że ten pierwszy post po powrocie był najcięższy do napisania, mam nadzieję, że teraz pójdzie z górki 😉
      Kawa nam się nieodłącznie będzie kojarzyła z podróżą, ale wróciliśmy też w fajnym momencie, kiedy (przynajmniej w Gdyni) rozkręca się kawiarniany biznes. Mamy kilka miejsc, gdzie możemy wypić pyszną kawę, tylko jeszcze nie jest to do końca ten przytulny klimat co w NZ 😉 Ale to pewnie kwestia czasu.
      Ach, ludzie z Nowej Zelandii to mój ukochany naród, wspaniali są <3

  4. Zosia 1 czerwca 2017 o 21:36

    Choć Nowa Zelandia i Kanada leżą na różnych końcach świata, to mamy bardzo podobne przemyślenia, zwłaszcza w kwestii człowiek vs. człowiek. Po kilku nieudanych próbach dzielenia się radością i uśmiechem, ze zdziwieniem odkrywamy, że Polacy też lubią jak się ktoś do nich uśmiecha na ulicy, w sklepie, nawet na poczcie. Ba, zdarza się że ten uśmiech odwzajemniają 😀 Mimo że wróciliśmy już kilka miesięcy temu na myśl o spacerze nad Oceanem, czy ulubionymi knajpkami, też jakby ściska w gardle… całe szczęście wspomnień i zdjęć nikt nam już nie zabierze. Wspaniałości po powrocie i wytrwałości w oswajaniu na nowo (a z tego co piszecie – nawet trochę zmienianiu) Polskiej rzeczywistości.
    Stówka!

    1. Agata 14 czerwca 2017 o 16:50

      Zosia dzięki wielkie za komentarz! Nie jest najgorzej w Polsce z uprzejmością, ale jednak mentalność to jeszcze nie to samo co w przypadku NZ/Kanady 🙂
      BTW. o Kanadzie też myśleliśmy przez chwilę! Byliście tam na wizie Working Holiday?

  5. Darek 11 czerwca 2017 o 11:13

    Hej. Mam nadzieje że spędzicie miło czas w kraju. Mam prośbę. Potrzebne mi kilka odpowiedzi na pytania o jedną z historii która była opisana, chodzi mi o kwestie organizacji. Chciałbym jednocześnie aby nie było to upublicznione, stąd moje pytanie. Czy jest możliwość rozpoczęcia rozmowy prywatnej np. drogą mailową?

  6. Dariusz 11 czerwca 2017 o 11:24

    Hej. Przepraszam że tak prosto z mostu ale to bardzo ważne dla mnie, pisze pod najnowszym postem bo jest największa szansa na to że zobaczycie ten komentarz. Otóż mam kilka pytań o jeden z waszych wyjazdów. Chodzi mi głównie o kwestie organizacyjne, jak to wyglądało itp..
    Ze względu na fakt, że chcę zachować organizacje tego jak najdłużej w tajemnicy, chciałbym wiedzieć czy istnieje może możliwość prywatnej korespondencji np. drogą mailową?

    1. Agata 14 czerwca 2017 o 16:47

      hej Darek!
      jak najbardziej możesz się z nami skontaktować mailowo 🙂 namiary na nas znajdziesz w zakładce „kontakt” w górnym pasku menu.

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *