Zaraz będziemy kończyli przygodę z pracą w nowozelandzkiej gastronomii. Przed wyjazdem w podróż, każde z nas zaliczyło kilka lat biegania z tacą w polskich restauracjach, knajpkach i kawiarniach. Zastanawiacie się jakie są różnice w systemie pracy, zarobkach i obsłudze gości w obu tych krajach? Z naszego doświadczenia między Polską, a Nową Zelandią jest przepaść.

Zarobki w gastronomii

Zacznijmy od hajsu, bo ten musi się zgadzać. W Nowej Zelandii przede wszystkim zarabia się więcej jeśli chodzi o podstawę, czyli stawkę za godzinę. Nie ma opcji, żeby była to kwota niższa niż minimalna krajowa (obecnie 15,25 $ brutto za godzinę, czyli niecałe 40 zł). My w 2 na 3 prace dostawaliśmy nieco więcej, o czym szerzej pisaliśmy w poście o formalnościach związanych z legalną pracą w Nowej Zelandii.

Dla porównania nasze stawki w Polsce wahały się od 5-10 zł za godzinę. Średnio przez większość naszej gastronomicznej kariery w Polsce zarabialiśmy po 7 zł.

Jak wiadomo oprócz podstawy, w gastronomii są też napiwki. Tutaj zdecydowanie lepiej wypada… Polska. W NZ nie ma zwyczaju tipowania, najczęściej napiwki dają goście z Europy lub Stanów, czasami z Australii. Poza tym zazwyczaj, nawet w restauracjach, goście płacą przy kasie, nie zanosi im się płatnika do stołu, co też zmniejsza szanse na napiwek. Tak jak w Polsce z napiwków da się dorobić drugą pensję, tak w Nowej Zelandii stanowią one niewielki dodatek do wypłaty. Tipy rozlicza i rozdziela się między kelnerów po równo, zazwyczaj co kilka tygodni, gdy uzbiera się wystarczająca pula mamony.

Do tego dochodzi dosyć istotna kwestia pracy w święta. Wiadomo, gastronomia rządzi się własnymi prawami i to, że jest Święto Pracy, Dzień Niepodległości, czy Boże Narodzenie nikogo nie obchodzi. W Nowej Zelandii jest podobnie, ale w odróżnieniu od Polski, każdy dostaje odpowiednio wyższą stawkę za pracę w święta (tzw. Public Holidays). Zazwyczaj jest to 150%, a w niektóre dni w roku nawet 200% podstawy za godzinę (np. 26 grudnia).

Praca i relacje w pracy

Wiadomo, że tutaj ciężko generalizować, w różnych miejscach na różny zespół można trafić. Odnosimy się w tym tekście tylko i wyłącznie do swoich doświadczeń, a te nam pokazują, że… Szef w NZ to twój ziomek. Przyjdzie do Ciebie i zagada co słychać, jak ci minął wolny dzień. W Hanmer Springs menedżer całego hotelu, gdy było trzeba, biegał z nami na konferencjach z tacami, robił za zmywakowego albo sprzątał brudne talerze ze stołów. Mobilizował cały zespół, po większych funkcjach zawsze powiedział jakieś miłe słowo, które nie ukrywajmy – motywuje. Na początku autentycznie byliśmy w szoku, że jak to, menedżer hotelu, w garniaku, pod krawatem i gary myje? Pomaga nam? Mówi „dobra robota Olo”? Wow.

Nasz szef w Matamta pierwsze, co zrobił to zawiózł nas do siebie do domu, kazał się rozgościć i zostawił nam klucze na tydzień, podczas gdy on był na wakacjach. Znał nas od 15 minut. W pracy, gdy był dym, owszem, cisnął, ale po robocie przychodził czas na relaks i wino, czy driny, czy piwo – co chcesz, to bierz.

W Mt Maunganui nasz szef wszystkich szefów wpada sporadycznie, więc kontaktu z nim większego nie mamy, ale menedżer jest z nami codziennie. Rozwiązuje wszystkie problemy, wiemy, że możemy na niego liczyć, a do tego gadamy z nim tak, jakbyśmy wszyscy byli na równi, niezależnie od stanowiska i sporej różnicy wieku. Nie ciśnie, gdy nie ma potrzeby, ale sprawdza i kontroluje sytuacje, gdy restauracja zaczyna się zapełniać.

O naszych polskich, gastronomicznych szefach, nie napiszemy nic z szacunku do nich;)

Poza tym sam system pracy w Nowej Zelandii jest inny. W gastronomii, w Polsce, niemal zawsze pracowaliśmy od rana, do wieczora, bez przerwy. Wychodziło z tego zazwyczaj między 10-11 h. Tutaj jest system zmianowy, więc poza sezonem, pracuje się do 8 h maksymalnie. Często zmiany są 5-6 godzinowe, a jeśli dłuższe to w ciągu dnia ma się kilka godzin przerwy (tzw. split shift). Poza tym restauracje, kawiarnie, bary i knajpy w Nowej Zelandii nie zawsze otwarte są od rana do późnych godzin wieczornych. Większość typowych kawiarni otwiera się o 7, a zamyka o 15/16. Restauracje (przykładowo nasza w Mt Maunganui) mogą być otwarte dopiero od popołudnia, bary od wieczora. Zdarza się, że w niektóre dni knajpa zawsze jest zamknięta (np. nasza w Matamata), bo, eureka – ludzie chcą mieć dzień albo dwa wolnego!:)

Klienci – obsługa gości

Temat rzeka, więc zostawiłam go na koniec. Pierwsze skojarzenia jakie wpadają mi do głowy na myśl o Kiwusach w restauracjach to: uprzejmi i wyluzowani. Natomiast o Polakach w restauracjach: buraki. Oczywiście to jest spore generalizowanie i nie odnosi się to do każdego obsłużonego gościa, więc nie spinajcie się za bardzo! Prawda jest taka, że Nowozelandczyk w restauracji w 80% przypadków Cię zagada. Zazwyczaj dialog z nimi wygląda tak:

Kiwi: A tak właśnie wszyscy się zastanawialiśmy skąd jesteś, ja obstawiałem, że z Niemiec, żona, że z Norwegii, a córka, że z Włoch. Ktoś zgadł?

Ja:  Hehe, niee, jestem z Polski!

Kiwi: Aaaaaaaa! No to witamy Cię w Nowej Zelandii! I jak ci się tu podoba? Jak długo tu jesteś? Co już widziałaś? A koniecznie musisz pojechać tu i tu!

I tak pod gradobiciem pytań potrafię gadać z ludźmi po kilkanaście minut, a pewnie dałoby radę i dłużej, ale obowiązki wzywają.

Są pogawędki, śmiechy, czasami zaproszenia do swoich domów (!), gdy będziemy podczas road tripa po drodze przejeżdżali przez czyjeś miasto, doradzanie w wyborze auta, czy miejsc do odwiedzenia. Podczas ostatniego dnia pracy w knajpie w Matamata, stali goście, którzy znali mnie z imienia, wpadali się pożegnać, życzyli udanej, dalszej podróży itp. Kiwi są bardzo otwarci, co początkowo nieco nas zbijało z tropu, bo nie byliśmy przyzwyczajeni do życia w takim otoczeniu. Oczywiście wolimy uśmiechniętych i sympatycznych ludzi, niż naburmuszonych i jest to miła odmiana:)

Jak się pracuje przy takich gościach? Tysiąc razy lepiej – bez stresu, z lepszym nastawieniem, z uśmiechem od ucha do ucha, z większą ochotą do wykonywanej pracy.

Poza tym Kiwusi są serio niewymagający i bardzo wyluzowani. Poniżej kilka historii z życia wziętych.

Obecnie pracujemy w restauracji, w której stoliki są trochę nawciskane na siłę, żeby było więcej osób do usadzenia. Jeśli ktoś chce się wybrać na romantyczną kolację we dwoje to może wybrać między stolikami przy głównym przejściu, gdzie co chwilę łażą goście w drodze do łazienki albo obsługa lata po posiłki – naprzeciwko jest otwarta kuchnia, a stolikami, gdzie bez wysiłku można włączyć się w rozmowę ze stolikiem obok – dzieli je jakieś pół metra. To zresztą goście często praktykują i wiele razy widzieliśmy, jak kolacja we dwoje zamieniała się w kolację dla czterech osób – totalnie nieznajomi ludzie zaczynali ze sobą gadać, chichrać się i dyskutować. Dla Kiwi – zero problemu.

Inny przykład: raz nie nabiłam jednego dania głównego dla stolika. Zorientowałam się, gdy pozostałe dania były już gotowe do wydania… Podeszłam do stołu, tłumacząc co się stało i przepraszając kobietę, która miała nie dostać swojego obiadu równo z rodziną. Faux pas na całego, babeczka musiała czekać dodatkowe 15 minut, żeby dostać swój obiad. Było mi na maksa głupio, zaproponowałam jej lampkę wina za free, dostała później też przekąski w ramach rekompensaty, ale ich odmówiła, cały czas mówiąc, że serio nic się nie stało. Na koniec obiadu, podeszła do mnie z tekstem „don’t worry, shit happens!”, przytuliła mnie na do widzenia i powiedziała, że kolacja była super.

Kolejna rzecz, która trochę bawi, trochę cieszy, a trochę powoduje politowanie to zachwyty Nowozelandczyków nad jedzeniem. Dla nich wszystko jest beautiful, amazing i delicious. W miejscach, w których pracowaliśmy i pracujemy znamy całkiem nieźle smaki potraw, bo sami je jemy w ramach posiłków pracowniczych. Nie twierdzimy, że jedzenie jest niedobre – jest smacznie, ale dupy nie urywa. Dla Kiwusa odrobinę rozgotowany makaron ze śladową ilością łososia w sosie śmietanowym to coś pysznego. Kilka lekko gumowych kalmarów okazało się najlepszymi jakie jedli w życiu. Frytki – beautiful! Pizza zrobiona na gotowym spodzie – best pizza ever! Może to po prostu nieodłączny element w ich kulturze, żeby tak chwalić jedzenie w knajpach. Może pod tymi słowami nie kryje się taka ekscytacja, jak nam się wydaje. A może po prostu nie mają wielkich wymagań, co do jedzenia i faktycznie im to wszystko bardzo smakuje. Z jakiegokolwiek powodu są zadowoleni na maksa z posiłków – miło jest to słyszeć i fajnie, że gość wychodzi po kolacji z yummy in his tummy🙂

Następna różnica to totalne wyluzowanie Kiwusów w restauracjach. Z jednej strony jest to dobre, z drugiej potrafi wkurzyć, zwłaszcza na początku, gdy nie ogarnia się do końca ich zachowań. To, że ludzie w Nowej Zelandii wszędzie potrafią wejść bez butów, to norma. Czy są w hotelu, czy w kawiarni, czy na mieście, czy w supermarkecie – buty nie są obowiązkowe i potrzebne każdemu. Chociaż w restauracji, w której obecnie pracujemy to się jeszcze nie zdarzyło, ale w pozostałych miejscach takich ludzi widzieliśmy nie raz. Kolejna sprawa to tempo składania zamówienia, a później jedzenia. Ja rozumiem, że do knajpy zazwyczaj przychodzi się z kimś i ma się ochotę porozmawiać. Jednak to nie oznacza, że nie można jednocześnie poświęcić 5 minut na przejrzenie menu i zdecydowanie się, co zamówić. W Polsce pierwsze, co robią goście po dostaniu kart to otworzenie ich i sprawdzenie, co chcą zjeść. W Nowej Zelandii – menu na bok, a my tu sobie teraz pogadamy. Bywa, że podchodzę do jednego stołu, po raz trzeci, po 20 minutach od kiedy wręczyłam ludziom menu, a oni na mnie patrzą zdziwieni, że przecież NIE MIELI JESZCZE CZASU, żeby wybrać, co chcą zamówić. Średni czas spędzony przez Kiwusów w restauracji to 1,5 h. Tutaj jednak nie hejtuję, a stwierdzam, że przyjemniej jest zjeść sobie wszystko w spokoju, pijąc do tego dobre wino i gadając z przyjaciółmi, czy drugą połówką.

Nad pracą w Polskiej gastronomii rozwodzić się nie będziemy. Ja często miałam wrażenie, jakby goście traktowali mnie na zasadzie osoby „przynieś, podaj, pozamiataj” z takim uczuciem wyższości, jakby fakt, że przyszli do restauracji czynił ich królami świata. Dużo więcej sfrustrowanych ludzi, którzy ewidentnie wstali lewą nogą i swój zły humor wyładowywali na kelnerach. Umiejętność czytania w myślach gościom to też coś, co powinni ogarniać kelnerzy w Polsce. Dłuższych rozmów, niż dialog prowadzący do spisania zamówienia, zdarzyło się kilka. I to zazwyczaj ze stałymi gośćmi, którzy byli pokroju tych ludzkich i fajnych. To jednak tłumaczymy sobie tym, że w NZ wielu kelnerów jest zza granicy i może łatwiej w takim przypadku jest rozpocząć rozmowę.

Słowem – kultura jest totalnie inna, z dużym plusem dla Nowej Zelandii i minusem dla Polski. Jesteśmy też narodem chyba trochę bardziej wymagającym w kwestii smaku jedzenia, ale nie uważam, żeby to było złe. To, że idąc do restauracji z kategorii średnio-wyższej półki, ktoś chciałby mieć możliwość na spokojne zjedzenie posiłku, bez szturchania łokciem kogoś siedzącego stolik obok, no cóż… dobrze by było:) Jednak samo to, w jaki sposób się zwracamy do ludzi pracujących w restauracjach (i nie tylko!) dużo robi i świadczy o nas samych. Jesteś miły dla obsługi – obsługa będzie miła dla Ciebie (chyba, że w jej gronie też są buraki), proste.

Nasze ogólne wrażenia? Finansowo nie narzekamy, bo taką wypłatę, jaką wyrabiamy w Nowej Zelandii (bez napiwków), mielibyśmy w Polsce po przepracowaniu kilkudziesięciu dodatkowych godzin (z napiwkami). Przy tym praca jest mniej męcząca, ma się czas na regenerację, a to wiąże się bezpośrednio z nastawieniem do pracy. Wrednych gości, których obsłużyliśmy przez niemal 9 miesięcy, możemy policzyć na palcach jednej ręki. Do tego ich sposób rozmowy z kelnerem to niebo, a ziemia w porównaniu z Polską. Możnaby było wysłać kilku Januszy z Polski do NZ na szkolenie w tym temacie;) A poza tym, my sami, nauczyliśmy się od Kiwusów kilku rzeczy. Przede wszystkim cierpliwości – nigdy nie usłyszałam, aby gość w Nowej Zelandii narzekał, że na coś za długo czekał. Czasami z Olasem się śmiejemy „noo jakbyśmy byli w Polsce to już trzy razy by nas gość piorunował wzrokiem, gdzie jego szama!”. Sami na początku łapaliśmy się na tym, że irytujemy się, bo coś wg nas za długo trwa. W kiwilandii mniej się pędzi, mniej się spina i to wszystko chyba jakoś gra i wychodzi ludziom na dobre.

 

(Visited 2 193 times, 1 visits today)

1 Comment

  1. Ola 28 września 2016 o 11:17

    Mam nadzieję, że Polska kiedyś zarazi się tym wyluzowaniem od NZ. Te zachowania (czytanie w myślach!) widzę również w swojej pracy związanej trochę z obsługa klienta.
    Moja ciocia, która od lat mieszka w NZ, przylatując do Polski wydaje się dla innych freakiem, bo zachowuje się zupełnie inaczej, gada z kimś przypadkowym przez kilkanaście minut, ma czas na wszystko i zapomina często, że nie warto chyba wychodzić z domu na boso. 😀

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *