Fiordland to dżungla. Albo idziesz wyznaczonym szlakiem albo bierzesz maczetę w łapę i przedzierasz się przez dzikie chaszcze. W związku z brakiem maczety wybraliśmy pierwszą opcję poznawania tego kawałka Nowej Zelandii (pomijając nieliczne sytuacje, gdy jednak poszliśmy na oślep w dżunglę).

Tak jak w przypadku The Catlins, nie mieliśmy konkretnych planów na Fiordland, więc Olo z radością pohasał do i-Site po mapkę i pogadankę z kobitkami z informacji turystycznej (Olśnienie! Może dlatego tak chętnie tam chodzi, pozwalając mi zostać w aucie i sprawdzać internety! :>). Obczaiłam na zdobytej mapie najciekawiej brzmiące miejsca z hasełkami w stylu: „spectacular series of waterfalls”, „spectacular views of Fiordland National Park”, „dramatic views of series of powerful waterfalls” itd. Czyli jak gdzieś było słowo „spectacular” albo „waterfalls” to generalnie uznawałam, ze tam musi być niesamowicie – twórcy opisów mieli mnie w garści!

Najciekawszym trackiem okazało się odwiedzenie Mariana. Czyli 3,5-godzinna wyprawa (czas podany w 2 strony) przez błoto, obok, a jakże, „spectacular waterfalls” do jeziora Marian. Na parking, z którego zaczynał się szlak dotarliśmy jako pierwsi, później dołączyło do nas jeszcze jedno auto, więc mieliśmy całą paprotkową dżunglę niemal tylko dla siebie. Śmiesznie było, bo tak sobie szliśmy i szliśmy, Olo pierwszy a ja zaraz za nim i w końcu rozkmina nas złapała, że ten szlak taki trochę hardkorowy, trzeba się przedzierać przez te chaszcze (a my przecież bez maczet!), gałęzie wpadają do oczu, much sto w nosie, pająki za kołnierzem*, buty w błocie… Halo coś tu nie gra! No i wyjaśniło się po dłuższym czasie co nie gra. Olas tak zajarany dżunglą albo niewyspany przez poranną pobudkę nie ogarnął, że zeszliśmy z wyznaczonego szlaku i sobie w najlepsze błądzimy między paprotkami. U mnie nie występuje taka zdolność jak orientacja w terenie, więc odmawiam brania winy na siebie!

Zdjęcia poniżej przedstawiają drogę, gdy byliśmy na szlaku. Jak z niego zeszliśmy byliśmy otoczeni paprotkami i inną zieleniną z każdej strony i musieliśmy ją odgarniać z twarzy żeby nie wydłubała nam oka, więc niestety fotek brak z tego odcinka:(

Droga do Mariana: wzburzona woda po "spectacular waterfalls"
Droga do Mariana: wzburzona woda po „spectacular waterfalls”
Droga do Mariana - kiedyś tu pewnie dzika rzeka płynęła!
Droga do Mariana: kiedyś tu pewnie dzika rzeka płynęła!
marian lake
Droga do Mariana: Olo pożarty przez paprotki
Droga do Mariana: dżungla, a w niej my
Droga do Mariana: dżungla, a w niej my
Droga do Mariana: niekończące się paprotki
Droga do Mariana: niekończące się paprotki
Droga do Mariana: strumyczki, woda, błoto, błoto
Droga do Mariana: strumyczki, woda, błoto, błoto
Droga do Mariana: jeszcze więcej paprotek
Droga do Mariana: jeszcze więcej paprotek

Ale spokojnie, gdy minęła chwila grozy, znaleźliśmy pomarańczowe znaczki na drzewach, pokazujące w którą stronę do Mariana. No a Marian (gdy już do niego dotarliśmy)… O mamo, to był najpiękniejszy Marian jakiego moje oczy widziały.

Skitrany taki, w dolinie siedzi, turkusowy i odbija góry w tafli. A my objadamy się batonikami zbożowymi (z naciskiem na „zbożowe”, bo takie to samo zdrowie) i patrzymy sobie.

Panie Marianie!
Panie Marianie!
lakemarian-6
Po powrocie do Polszy jakaś kuracja przeciwzmarszczkowa by nam się przydała…

lakemarian-7

Później widzieliśmy jeszcze kilka fajnych miejsc (jeziora! wodospady! strumyczki! punkty widokoweeee!) po drodze do Milford Sound. A żeby dostać się do tego miasta na końcu drogi Milford Road, trzeba przejechać [przez] Homera (to brzmi trochę jak zadanie z GTA, nie? Chociaż na GTA słabo się znam, szukałam tylko paczek, bo nie umiałam wykonywać zadań…). Homer to nazwa tunelu, który wykuty jest w skale, czy jak kto woli, górze Darran. Zaczęło go budować zaledwie pięciu mężczyzn używając do tego tylko kilofów i taczek. Żyli w namiotach rozstawionych w górach, hardkorowcy! Wracając do samego tunelu – no mega wrażenie robi, ale trochę trzeba się nagimnastykować żeby do niego dojechać, bo zakręty przed i po nim, są jak na rollercoasterze. Dojechalim i tam!

homer tunnel
Góra, w której wykuty jest tunel
Ta dziura po lewej to wjazd do tunelu
Ta dziura z daszkiem to wjazd do tunelu

Ale wracając z Milford mieliśmy przygodę, a tylko niewinnie zatrzymaliśmy się na poboczu żeby zrobić kilka zdjęć. No więc stanęliśmy grzecznie, zaraz za jakimś camperem, a że mieliśmy za sobą stromy i kręty podjazd to Olo postanowił otworzyć maskę auta, żeby nasz staruszek trochę pooddychał, bo się zziajał. Ja zaaferowana robieniem zdjęć, nagle widzę machającego Olasa i nieme „Chodź tu baboo! Wskakuj do fury!”, no to pędzikiem do niego tylko jeszcze ostatnie zdjęcie zrobię. Okazało się, że nasza otwarta maska wzbudziła podejrzenia kobiety, która nadzorowała chyba przejazd aut w tunelu. Powiedziała, że nas nie puści dopóki jej nie udowodnimy, że z autem jest wszystko okej. No to my do niej „Hejże proszę pani, my tu tylko wietrzyliśmy pod maską, ale z dziadkiem Odyssey wszystko wporzo! Stanęliśmy machnąć zdjęcia, a nie dlatego, że jesteśmy słabi i nie dajemy rady z jazdą pod górkę. Patrzaj na kontrolki nic się nie świeci, gra gitara!”. To ona nas jeszcze raz się pyta, czy na pewno i na sto procent jesteśmy pewni, że auto da radę przejechać przez tunel i się nie zatrzyma, że ona może wpuścić nas samych do tego tunelu, żebyśmy w razie czego nie zakorkowali tych co jadą za nami. My lekkie zdziwienie, ale „Nieeee no pani, damy radę, przecież mówimy, że auto jest pierwsza klasa”. No i puściła nas, chociaż co z nas za sieroty, trzeba było brać opcję z samotnym przejazdem w Homerze!

Napiszemy jeszcze kiedyś dokładniej o krótszych i dłuższych szlakach, jakie udało nam się przejść i w Fiordland i The Catlins i jeżdżąc to tu to tam. Ale już teraz piszemy, że Marian to jest nasz numer 1 na południowej wyspie. Był najfajniejszym, najładniejszym i najciekawszym szlakiem jaki przeszliśmy. W tym momencie słyszę Olasa: „Nono! A na początku nie chciałaś tam iść!”. No nie chciałam i co z tego, ale poszłam! Także idźcie, żeby nie było później „a nie mówiłem”:).

* Żarcik z tymi muchami i pająkami, ale prawda, że musieliśmy przedzierać się przez chaszcze. A nadmienić tu trzeba, że większość szlaków w NZ jest świetnie przygotowana i utrzymana, tak że ślepy by ogarnął którędy iść!

(Visited 346 times, 1 visits today)

10 Comments

  1. Pingback: Życie w vanie: co gotować? Proste, tanie i szybkie dania.

  2. Jagoda 12 maja 2016 o 10:54

    Rzeczywiście zbłądzić w TAKICH paprotkach to groza! Szacun, że drogę odnaleźliście. 😉 Klimaty górskie i klimat jeziora wynagrodziły pewnie drogę przez parzące paprocie!

    1. Olo 19 maja 2016 o 23:53

      Widoki w NZ faktycznie wynagradzają każdy wysiłek! …no może nie zawsze, bo innym razem przy lodowcu Franz Joseph szliśmy przez 4 h, na szczyt, z którego można zobaczyć jęzor lodowca z innej perspektywy i po 4 minutach od dotarcia zaszła taka mgła, że nic nie widzieliśmy…:P

  3. Karol Werner 12 maja 2016 o 15:16

    Kurka, świetnie tam. A nie ma tam jakiegoś niebezpieczeństwa, jakichś groźnych zwierząt junglowych? 😉

    1. Olo 19 maja 2016 o 23:55

      Na żadnym z nowozelandzkich szlaków nie spotkało nas nic groźniejszego niż upierdliwe muszki sand flies, tak więc pełen luuuuuz:)

  4. Kasia / Szukając Słońca 14 maja 2016 o 11:37

    Marian przepiękny! Takie jeziorka w głuszy mają swój urok. Choć przez paprotki nie chciałabym się jednak przedzierać.Ogólnie NZ to moje marzenie, pewnie nigdy nie dotrę, czekam na następne wpisy

    1. Olo 20 maja 2016 o 00:00

      Z tym przedzieraniem się nie było aż tak źle – serio serio! A za to jaka przygoda…:D Kasia nigdy nie mów nigdy, jakiś czas temu były spoko promocje na loty do Australii, a stamtąd to już rzut beretem:)

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *