Życie w vanie: być jak Makłowicz, czyli co gotować nie mając dachu nad głową?

Zakładając, że mieszkamy w zwykłym samochodzie, przerobionym na dom na kółkach, a nie wypasionym camperze, w którym zamiast się czołgać, możemy chodzić i stać (wow!) warto zastanowić się nad kwestią gotowania. Zaoszczędzi nam to kupowania w supermarketach pozornie super żarcia, którego później nie będzie nam się chciało przygotowywać – bo za długo, bo pada, bo zapomnieliśmy, że do tego dania potrzeba jeszcze 5 innych składników.

Ja na początku myślałam, że ekstra pomysłem na śniadania jest owsianka, a od święta nawet pankejki. Teraz myślę „buahahahaha, dobry żart Agata”. Poranki zazwyczaj wyglądały u nas tak:

Agata: Oloooooo, nie chce mi się wstawać. Jeszcze trochę poleżę. A może, wiesz co? Ja tu z tyłu będę sobie leżała, a ty skoro już wstałeś to możesz nas wieźć na ten szlak/do miasta/do kibla/do prysznica. Może nikt się nie skuma?

Olo: No nie wiem… WSTAWAJ.

Oczywiście chwilę później posłusznie wstawałam (czy tam dłuższą chwilę później), a moja paplanina była tylko po to żeby nawiązać poranny dialog z małżonkiem:) Sęk w tym, że rano SIĘ NIE CHCE. Bo czasem jest jeszcze zimno po nocy i ostatnią rzeczą jaką chcesz robić to stać na dworze i machać w garnku łyżką, żeby owsianka się nie przypaliła. Albo śpieszysz się na szlak, żeby zejść z niego o rozsądnej porze, a nie przy blasku księżyca. Zatem ani razu nie było owsianki, a jak pomyślę, że chciałam smażyć naleśniki to nie mogę z beki z samej siebie. Obiad też ma być prosty i szybki do przygotowania, zwłaszcza, gdy ma się do użytku jeden palnik. Styrani po kilku godzinach chodzenia po dżungli na pewno ostatnie o czym pomyślicie to „jeszcze tylko zamarynuję mięsko na obiad i za godzinę będzie jak znalazł”. Obiad po maks 20 minutach ma być gotowy i koniec dyskusji!

Co na śniadanie?

  • Muesli z jogurtem, rodzynkami i w przypływie bogactwa – owocem typu banan

Jest to najlepsze naszym zdaniem śniadanie, sprawdzające się w każdych warunkach. Gdy leje, gdy zimno, gdy się nie chce – nie robi! Braliśmy wszystko do naszego living roomu (czyli na przednie siedzenia auta) i wszystko po kolei wrzucaliśmy do michy.

Muesli zawsze kupowaliśmy marki PAMS (naszym zdaniem najlepsza, tania marka) – są to porządne muesli z dodatkami, a nie jakieś suche płatki niczym suchy chleb dla konia.

Jogurty – zależy co było w promocji;) Ale jak pojawiał się Yogplait w promce to zawsze braliśmy wersje owocową – mają mega smaczne jogurty, nie takie szajsowate jak pozostałe marki (te braliśmy tylko zwykłe, naturalne).

  • Jajka + kanapki

Hehe, a to odkrycie, co? Pewnie takiego śniadania jeszcze w życiu nie jedliście! Jak widać to co najprostsze, sprawdza się najlepiej. Do tego kanapki można przygotować tak jak muesli – w aucie. Niestety nie były to kanapki w stylu mamy Basi, na pieczywku z super piekarni i porządnym szynalcem od baby na hali… Ale co zrobisz jak nic nie zrobisz, trzeba się zadowolić nadmuchaną bułką i plasterkami szynki cienkimi jak pergamin. Oczywiście wszystko z promocji:)

Ze śniadań to by było na tyle. Niestety zabrakło koktajlu z nasionami chia, jarmużem i świeżo wyciśniętą cytryną, a także wędzonego łososia na chrupkim pieczywie muśniętym bielutkim twarożkiem. Może następnym razem.

Co na obiad?

Przed wyjazdem obczaiłam sobie stronę Pak’n’Save, czyli wielbionego przez backpackersów królestwa taniego żarcia. Poza spisaniem sobie, gdzie znajdziemy schabowe za grosze (czyli lokalizacje wszystkich Pak’n’Save na południowej wyspie, co było kompletnie bezużyteczne), weszłam na ich przepisy i odkryłam w nich kilka spoko opcji na obiady. Robiłam sobie niczym przykładna pani domu listę zakupów w Evernote z możliwością odhaczania na niej rzeczy, które są już w koszyku (ale bajer!) i czasami udało nam się dzięki temu nie kupić wielu rzeczy spoza listy („Ej dobra weźmy chociaż żelki. Albo nie! Brownie jest w promo. Okej, żelki i brownie.”). Plus nie było podczas gotowania niespodzianek – „O rety, a przecież cebuli nie ma! Jak teraz ugotujemy obiad?!”. Także planowanie i lista, ot co!

Swoją drogą, gdy mieszkaliśmy w Hanmer i jedynym sklepem był 4Square, na który trochę ludzie jadą, że ceny to rozbój w biały dzień, wcale nie płaciliśmy za podstawowe produkty więcej. Tu zaznaczam, że 90% rzeczy kupujemy z PAMS, a tę markę możemy znaleźć właśnie w 4Square, Pak’n’Save i New World (nie ma jej w Countdown!). Ceny wahają się o kilka centów, czasami 4square wypadał nawet lepiej od innych.

Wracając do obiadów! Wszystko zawsze robiliśmy na dwa dni, żeby codziennie nie siedzieć między patelnią a garem gotującej się wody na ryż/makaron. Oto nasze top 4, które jedliśmy kilka razy. Podaję od razu listę co kupić, jeśli ktoś chciałby się zabawić w taką wyczesaną panią domu/vana jak ja.

  • Makaron z pesto

Najprostsze danie na świecie, chyba tylko muesli z jogurtem można zrobić szybciej. To nasz numer jeden, który wprowadzamy do swojego regularnego jadłospisu dla ubogich.

Wystarczy: makaron, pesto, cebula (nie uznajemy obiadów, w których nie ma cebuli), czosnek, tarty ser (w wersji dla ubogich na bogato).

I jemy, a japy się cieszą jakby dostały co najmniej gołąbki (Agata) albo porządnego stejka (Olo).

EDIT: Olo po przeczytaniu powyższego zdania powiedział, że chyba zwariowałam i stejka nic mu nie zastąpi.

  • Makaron z tuńczykiem

Legendarne danie, jeszcze z czasów, gdy bawiłyśmy się z siostrą w kuchareczki co to przygotują wykwintny obiad dla całej rodziny. Whatever, dobre i szybkie!

Wystarczy: makaron, tuńczyk w puszce, pomidory w puszce, cebula i czosnek.

  • Tortille z falafelami i warzywami

To nie szkodzi, że na koniec już trochę rzygaliśmy tymi falafelami. Tak, czy siak obiad jest prosty, nie ma w nim makaronu i ryżu, które jedliśmy CODZIENNIE. No i wariacji warzywnych jest co niemiara!

Wystarczy: falafel mix (gotowa mikstura, wystarczy uformować falafele i usmażyć!), tortille, hummus, kukurydza z puszki, warzywa (u nas cebula:), pomidor, raz mix sałat, ale szybko zdechł w ciepłym bagażniku i uwaga, moje autorskie – karmelizowane marchewki, tacy jesteśmy bątą)

  • Fried rice z warzywami

Zainspirowani kuchnią chińską, zjedliśmy i taki bieda-obiad, a jaki dobry był! I nagotowaliśmy tyle ryżu, że na trzy dni starczyło.

Wystarczy: ryż, groszek z puszki, kukurydza z puszki, marchewa, jajka, cebula, czosnek,opcjonalnie mięso jeśli jakieś dorwiemy w dobrej cenie:)

Micha pełna gorącego ryżu. Każdy się ucieszy, nie tylko Chińczyk (brzmi trochę jak slogan reklamowy, nie?).

Poza tym czasami udawało nam się znaleźć fajne promocje na mięso. Co najlepsze to ja pierwsza wymiękłam i błagałam „Olo, chcę mięsa! Mam już dosyć ryżu i makaronu z warzywami!”, a wcześniej byłam osobą, która mogła i przez miesiąc żyć bez kurczaka. W wielu supermarketach można dorwać promocje dla rzeczy, którym kończy się termin przydatności do spożycia następnego dnia. I tak kupiliśmy sataye za 5 dolców, a ja cieszyłam się jak dziecko, które dostało kinder niespodziankę.

O kolacjach nie piszę z prostego powodu – jedliśmy to samo co na śniadania. W ramach przekąsek kupowaliśmy zazwyczaj jabłka – akurat w marcu/kwietniu jest sezon na smaczne Royal Gala, a raz dorwaliśmy najpyszniejsze jabłka w życiu, aż nam leciał po brodzie z nich sok – Honey Crisp. Staraliśmy się kupować w przyulicznych budkach z honesty boxami – taniej niż w supermarketach i prosto z sadu. Polecamy mieć zawsze jakieś drobne przy sobie – raz miałam turbo ochotę na jabłka, mijaliśmy akurat sad za sadem, a my przy sobie mieliśmy w gotówce tylko dwa polskie złote. Tutaj wskazówka: sady na południowej wyspie znajdują się głównie w okolicach PN Abel Tasman (Motueka i te sprawy) i przy Cromwell.

Poza tym jesteśmy okrutnymi łakomczuchami, ja uzależniona od cukru (zwłaszcza tego w czekoladzie), a Olo od chipsów. Do tego filmowe wieczory nie liczą się bez browarka, więc i na nie trochę wydaliśmy. Ale spokojnie – bez promocji nie braliśmy!

Jeśli znacie jakieś przepisy na szybkie i względnie tanie dania – nie bądźcie samolubami i podzielcie się w komentarzach! Jeszcze kilka roadtripów przed nami, a ile można jeść makaron z tuńczykiem:)


Zainteresowany Nową Zelandią i życiu w vanie? Sprawdź:

Designed by Freepik

(Visited 245 times, 1 visits today)

13 Comments

  1. Ewa | Daleko niedaleko 23 kwietnia 2016 o 20:31

    Menu jak się patrzy 🙂 Ja nie umiem gotować, ale pamietam jedną potrawę jaką z moim ówczesnym facetem szykowaliśmy spędzając czas pod namiotem (to akurat najczęściej śniadanie było). Parówki opiekane nad… rozpaloną podpałką do grilla (bo całego grilla nie chciało nam się rozstawiać dla trzech parówek). Do tego chleb i musztarda. Nie wiem, czy w vanie by się sprawdziło, ale na polu namiotowym sprawdzało się jak najbardziej 🙂

    1. Agata 24 kwietnia 2016 o 07:29

      haha, jaki patent 😀 myślę, że dałoby radę! tzn. nie bezpośrednio w vanie tylko obok oczywista 😀

  2. Hamak Life 23 kwietnia 2016 o 21:27

    A gdzie vegemite? Bo chyba w Nowej Zelandii jesteście? 😛 Moje śniada tam to był vegemite albo tost z bananem. Bardzo szybko się robi. Chociaż nie wiem, czy macie w vanie toster? 😉

    1. Agata 24 kwietnia 2016 o 07:34

      Bleeee, mega nam nie smakuje vegemite :p Spróbowałam raz i na gryzie tosta z tą pastą się skończyło. A tost z bananem i masłem orzechowym, a najlepiej jeszcze polany miodem/syropem klonowym – trzy razy mniam! Tostera oczywiście w vanie nie mieliśmy, ale jak żyjemy stacjonarnie to zawsze jest 😀

  3. Marta 25 kwietnia 2016 o 00:32

    Super! Najbardziej podoba mi się śniadanie. Ja zawsze przed normalnym śniadaniem robię szejki owocowo warzywne i serdecznie je również polecam! Od roku żyję jednak bez słodyczy i czipsów. 😀

    1. Olo 28 kwietnia 2016 o 02:53

      My w domu też uwielbialiśmy robić szejki, niestety w vanie ciężko o podłączenie do prądu, a tym bardziej mikser:D Bardziej jednak przepadamy za owocowymi! Odnośnie czipsów to trzeba przyznać, że po zakończeniu roadtripa nie kupiliśmy ich ani razu:)

  4. Darek Jedzok - Przedeptane.pl 27 kwietnia 2016 o 10:58

    No, takie gotowanie ma swój urok, ale potrafi też być frustrujące. Na Tasmanii tak wiało i lało, że przygotowanie jajecznicy zajęło nam czasem pół godziny, a i tak była zimna od razu po zdjęciu z przenośnego palnika 🙂

    1. Olo 28 kwietnia 2016 o 02:55

      Hahah znamy to! Na szczęście tylko raz musieliśmy gotować w deszczu i nie była to najprzyjemniejsza sprawa, ale udało się:D Najgorzej jak od wiatru ciężko się uchronić, bo nie dość, że marnuje się gaz to jeszcze wolniej się gotuje:(

  5. Dorota 7 maja 2016 o 17:17

    Najszybsze, chociaż nie najtańsze jedzenie liofilizowane. Zalewasz wrzątkiem i jest w 5minut, a przy tym ma normalne wartości odżywcze. Jak lało i wiało, ratowały nas takie obiadki. Niezastąpione też na szlaku.
    Na śniadanie nutella! 🙂

  6. niesmigielska 5 sierpnia 2016 o 15:20

    oj tam gotowanie (potwierdzam jogurt + owoce + musli), najgorsze dla nas w życiu w samochodzie było zmywanie bez bieżącej wody. niestety, jako że nie jestem jeszcze kierowcą, to ja musiałam „zmywać”, to jest polewać woda, przecierać gąbką to co się dalo zetrzeć i wytrzeć kradzionymi papierowymi ręcznikami do sucha :d
    geba mi się śmieje jak was czytam! van w nowej zelandii jeszcze przed nami, ale na 100% tak bedziemy też! 🙂

    1. Agata 6 sierpnia 2016 o 06:51

      U nas zmywanie upierdliwe mocno nie było – wodę zazwyczaj braliśmy ze strumyków i rzek, ale w razie czego zawsze mieliśmy swój zbiornik z wodą (mega spoko opcja, bo był w postaci worka z kranikiem, więc dosyć kompaktowa wersja;d). Myliśmy wszystko w dużej misce, w mniejszej płukaliśmy, wycieraliśmy ścierką do naczyń i można było jechać dalej 😀
      Road tripy po NZ są cudne! Przed nami jeszcze jeden za dwa miesiące:) A przyjeżdżacie na wizę Working Holiday czy typowo wakacyjnie?:)

  7. Pingback: Nowa Zelandia samochodem - wszystko, co musisz wiedzieć | STO historii

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *