Niedługo mija rok od momentu, kiedy wsiedliśmy pierwszy raz do pendolino. Bynajmniej nie zamierzamy obchodzić rocznicy przejażdżki najszybszym, dostępnym w Polsce pociągiem. Jednak jakby nie było, od tego zaczęła się nasza wyprawa – później były jeszcze jazdy po wertepach UAZ-em, podrygiwanie na koniu, kilka samolotów, busów i busików. Dzisiaj, w skrócie, o tym co się działo u nas przez ostatnie 12 miesięcy.

Na rosyjskiej daczy!

 WRZESIEŃ

Miesiąc finalnych przygotowań do podróży! Ostatni raz poczłapaliśmy do pracy 1,5 tygodnia przed dniem zero. Jeszcze pod koniec sierpnia zapakowaliśmy rzeczy w kartony i porozdawaliśmy rodzinie swoje graty. Oddaliśmy klucze od wynajmowanego mieszkania i przeprowadziliśmy się do mojej siostry i szwagra (zaczęły się poranki o 6 rano z Peppa Pig w towarzystwie siostrzenicy:)). Na wrzesień zostawiliśmy sobie zakupy ostatnich, potrzebnych pierdół, kolekcjonowanie apteczki, formalności w bankach, wykupienie ubezpieczeń i wizyty u lekarzy.  Do tego wszystkiego doszły oczywiście pożegnania z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. Sporo w siebie alkoholu wlaliśmy przez te ostatnie chwile spędzone w Gdyni;) No bo jak to… z Dziadkiem wódki o 12:00 się nie napijesz?

23 września odjechaliśmy pociągiem z Gdyni w kierunku Warszawy, a dalej Smoleńska. Pierwszy kraj na naszej trasie – Rosja! Na początku przybraliśmy na wadze jakieś +10 kg na głowę, zatrzymując się u Babci Olasa. Później, z zapasami jedzenia, dotarliśmy do Moskwy, z której po kilku dniach wyjechaliśmy na pokładzie kolei transsyberyjskiej.

Nasz transsyberyjski dom
Olchon
Olchon

PAŹDZIERNIK

Październik przywitaliśmy na wyspie Olchon. Poza sezonem świeciła pustkami, niektóre noclegownie zapadły wręcz w letarg zimowy, więc trochę nam zajęło znalezienie względnie taniego dachu nad głową. Trafiliśmy do przekochanej Buriatki, u której czuliśmy się jak u babci na wakacjach! Z tą różnicą, że nie wpychała w nas jedzenia. Na Olchonie było nam dane po raz pierwszy zderzyć się z temperamentem dużych grup Chińczyków. Pomimo ich wrzasków, które chyba sygnalizowały nieustanną podjarkę wszystkim, co widzą, Olchon odebraliśmy jako przepiękne miejsce na ziemi. Następnym razem będziemy musieli przyjazd na wyspę ustawić tak, żeby nie pokrywał się z wakacjami w Chinach (październik – pamiętajcie!).

Po Olchonie, wytrzęśliśmy się kilkadziesiąt godzin w różnych środkach transportu (bus, pociąg, taksówka, autokar, tramwaj…) i nagle znaleźliśmy się w Mongolii! Tam doświadczyliśmy kilku najpiękniejszych momentów w przeciągu tego całego roku. Łezka się w oku kręci, serio. Parę dni spędzonych na stepach, wśród nomadów i przepadliśmy, chcemy wracać choćby jutro.

Z Mongolii, autokarem wypełnionym śmierdzącymi girami Chińczyków, dotarliśmy do Pekinu. Nie ogarnialiśmy tego świata zupełnie. Przez przypadek spróbowaliśmy stinky tofu, myląc go z wołowiną ze szczypiorkiem (nie chcę już nigdy w życiu poczuć tego zapachu). Po kilku dniach pekińskiej traumy, dotarliśmy do wybawienia – Szanghaju. To tam stwierdziliśmy, że Chiny da się lubić.

Trochę z nas już brudasy, ale jakie szczęśliwe!
Trochę z nas już brudasy, ale jakie szczęśliwe! Z naszymi kochanymi Mongołami.
Okej, mur chiński był epicki.
Okej, Wielki Mur był epicki.

LISTOPAD

Pod koniec października, po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży, wsiedliśmy w samolot. Dowiózł nas do Tajlandii, w której poczuliśmy się trochę jak w domu. Ten świat zdecydowanie ogarnialiśmy – street food wylewał nam się uszami, słońce trochę przeginało, ale lepsze to niż polska, błotna, jesień. Do tego niebieska woda i dużo, dużo relaksu. Zrobiliśmy kurs nurkowania, posadziliśmy tyłki na kilka dni na skuterze, żeby poznać Koh Lanta i odpoczywaliśmy przed mającą nadejść tyrką w Nowej Zelandii.

A 15 listopada nadszedł magiczny dzień, gdy nasze stopy stanęły na nowozelandzkiej ziemi. Nieskalanej brudem z podeszw butów turystów, nie idącej na kompromisy z płatkami muesli przywiezionymi z innego kraju. Kilka dni spędziliśmy w deszczowym Auckland, gdzie jak dwójka desperatów wysyłaliśmy CV-ki na dziesiątki ogłoszeń, bo przestraszyły nas ceny jedzenia w spożywczaku. No i w sumie dobrze, bo 3 dni później lecieliśmy już na południe – zaczynało się nowe życie w górach, nowy zapierdziel, nowi ludzie, nowe wszystko. Podniecaliśmy się jak dwie nastolatki czytające Bravo.

Od momentu przekroczenia progu hotelu, w którym zaczęliśmy pracę, wróciliśmy do świata żywych trzy miesiące później.

Rybacka osada, Koh Lanta
Rybacka osada, Koh Lanta
Życie w górach, czas start! #mountains #greenhills #newlife #backpackers #travellers #hanmersprings #newzealand
Wiosna w pełni w Hanmer Springs. Zdjęcie z naszego Instagrama

GRUDZIEŃ – STYCZEŃ – LUTY

W tych miesiącach pracowaliśmy i spaliśmy.

Pod koniec stycznia odkryliśmy teorię piątego tygodnia. To taki strasznie chamski żart w upływającym czasie. Będąc w Hanmer odliczaliśmy tygodnie do końca pracy. Ósmy tydzień, siódmy, szósty… piąty, piąty, piąty. Piąty tydzień nie chciał minąć, nie chciał się zbliżyć do czwartego! Gdy tylko myślałam, ile jeszcze, jak długo, ile tych zmian na 6:30, ciągle liczyłam w głowie i byłam w tym cholernym, piątym tygodniu! Ciągnął się okrutnie, ku mojej rozpaczy.

Praca w restauracji ma kilka plusów: darmowe wino i darmową szamkę. Zdjęcie z naszego Instagrama
Praca w restauracji ma kilka plusów: darmowe wino i darmową szamkę. Zdjęcie z naszego Instagrama
Święta bez Kevina? No waaaay. #homealone #christmastradition #mustwatch #farfromhome #backpackers #hanmersprings #newzealand
Po Wigilii czas na polską tradycję. Zdjęcie z naszego Instagrama

MARZEC

O mamooo, jaka radość była. Jedziemy na road tripa! Planowanie trasy, tworzenie mapy, wymyślanie, w którym kartonie schowamy szampon, a w którym będzie gąbka do mycia naczyń, a gdzie schowam ciepłe skarpetki na noc, to wszystko było takie ekscytujące! Życie w vanie polubiliśmy od razu, szybko przyzwyczailiśmy się do nowego domu i jakby to było możliwe to chyba zjechalibyśmy tak więcej krajów. Do tego prze-pię-kna Nowa Zelandia, będąca rajem dla tego typu wypraw. Marzec zleciał nam więc na pokonywaniu kolejnych kilometrów i odkrywaniu plaż, jaskiń, dżungli, lodowców, gór, lasów, fiordów, jezior i miast na wyspie południowej. Serio, Nowa Zelandia to taki kraj na ziemi, gdzie można znaleźć niemal wszystko i to w niedużej odległości od siebie. Wciąż nie przestajemy się tym zachwycać i ściska nas w gardle na myśl, że zaraz ta przygoda się skończy.

gopro-16
Clay Cliffs na południowej wyspie NZ
vanlife-20
Szamka, piwko, plaża i domek na kółkach. No i my jeszcze!

KWIECIEŃ – MAJ

Na początku kwietnia zaczęliśmy pracę w kawiarnio – barze w Matamata. Gdyby nie bliskość Hobbitonu, nie wiem, czy ktokolwiek zostawałby w tym mieście na dłużej. Brzydkie i nudne, do tego posiadające swój osobisty gang, spotykający się w spelunie w centrum miasta (czyli przy głównej ulicy). Ludzie z pracy mi od razu mi powiedzieli, że wracanie wieczorem do domu na rowerze (7 minut pedałowania) to strasznie kiepski pomysł, bo prawdopodobieństwo, że ktoś mnie z niego zepchnie i mi go zabierze jest spore. I tego samego dnia wracając do domu przy boku mego męża, minęliśmy jakiegoś zakapturzonego typasa z kastetem.

W tym uroczym miasteczku spędziliśmy 2,5 miesiąca.

hobbiton
Pagórki Hobbitów w Matamata. Widok z domu naszego epickiego szefa🙂

CZERWIEC

A w połowie czerwca nadszedł wyczekiwany od stycznia moment i polecieliśmy na wyspy pacyfiku – Samoa! Totalnie inny świat. Miejsce, którego klimatu i aury nie jesteśmy w stanie porównać z niczym, co do tej pory widzieliśmy. Było pięknie, a do tego kameralnie i to dodawało + milion do uroku Samoa. Spokój, uśmiechy, świeże owoce, ciekawa kultura, wszechobecny ład i porządek, znikoma ilość turystów pomimo szczytu sezonu… niczego więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. Może tylko opcji na spędzenie kilku tygodni więcej w tym raju na ziemi.

samoa-45
Chill w naszym domku. Tak, nie ma w nim ścian, tak stoi na plaży i ocean jest trzy kroki dalej.
Pomarańcze prosto z drzew, brzydkie i pyszne.
Pomarańcze prosto z drzew, nieidealne i pyszne.

LIPIEC

Miesiąc, w którym zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby wyjechać z Nowej Zelandii do… nie wiem, Indii, czy gdziekolwiek indziej na świecie, gdzie nie jest tak drogo. Przez długi czas nie mogliśmy znaleźć pracy (głupia zima), a sprawdzanie konta z topniejącymi oszczędnościami przyprawiało nas niemal o zawał. Jednak moim osobistym mottem tego wyjazdu jest „nic nie dzieje się bez przyczyny” (a także kilka innych, dobrych hasełek takich jak „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” czy „karma wraca”, polecam, od razu lepiej się żyje) i tak też było w tym przypadku! Okej, zubożeliśmy o kilkaset (kilka tysięcy?) dolarów – w pewnym momencie przestaliśmy liczyć – ale za to, w jakim mieście znaleźliśmy pracę! Od połowy lipca siedzimy w Mount Maunganui, czyli miejscu, gdzie odnaleźliśmy swój nowozelandzki dom. Teraz jeszcze musimy tu przeprowadzić naszą rodzinę i przyjaciół i możemy zostać w Mt na zawsze.

Jeden z dachów jest od naszego domu!
Widok na nasze miasteczko z góry
Jeszcze nie wiem, że kilka miesięcy później tu zamieszkam!
Jeszcze nie wiem, że kilka miesięcy później tu zamieszkam!

SIERPIEŃ

Pracę mamy, można powiedzieć, niewymagającą. Restauracja, w której ja biegam z tacą, a Olo stoi za barem, jest otwarta w tygodniu dopiero od 16:30. Zatem niemal całe dnie możemy coś robić. Gdy jest ładna pogoda chodzimy nad ocean poleżeć na plaży i obczajać surferów. Teraz, gdy jest lambing season, ja maltretuję małe owieczki i się za nimi uganiam na pobliskiej łące. Odwiedzamy okoliczne wodospady i parki. Piknikujemy na małej wysepce doklejonej do szerokiej plaży, zaledwie 5 minut od domu. Jemy obiady na tarasie z widokiem na samą górę, z której słynie to miasto. Słowem, nie nudzi nam się tu wcale, a oglądanie tych samych widoków każdego dnia, ciągle jest tak samo ekscytujące, gdy zobaczyliśmy je po raz pierwszy. A w Mount byliśmy już w maju – przyjechaliśmy tu podczas dnia wolnego, gdy jeszcze pracowaliśmy w Matamata. Kiedy zobaczyliśmy ocean po horyzont, piękną plażę z białym piaskiem i wielki, zielony pagór zapiszczeliśmy z radości i powiedzieliśmy sobie „ale zajebiście byłoby tu mieszkać”:) Czyli jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

lamb-3

lamb-4

lamb-6

Sama słodycz! 10 minut od domu
Sama słodycz! 10 minut od domu

Od wyruszenia z domu mija zaraz rok, ale tak naprawdę nasza podróż dopiero niedługo zacznie się na dobre. Ostatnie 9 z 12 miesięcy spędziliśmy na zarabianiu pieniędzy na to, co sobie wymyśliliśmy dawno temu w Polsce. Fakt, że przyjemnie było (i jeszcze jest!) zamieszkać sobie na rok w innym kraju, żeby te wojaże można było zrealizować przed emeryturą:) No i przy okazji, po drodze, kilka krajów już odwiedziliśmy. Ostatnio u nas odbywa się istny szał na kupowanie biletów lotniczych, więc już prawie do lutego trasę mamy zaplanowaną. Jak myślicie, gdzie będziemy fruwać?:)

(Visited 198 times, 1 visits today)

1 Comment

  1. Goska |wysrodkowani.pl 18 października 2016 o 05:38

    Super przygoda! Nowa Zelandia to moje marzenie od lat. Już nie mogę się doczekać kiedy też tam pojadę 🙂 Życzę wspaniałej dalszej podróży!

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *