Przez pięć dni w Szanghaju żyliśmy na wysokich obrotach. Codziennie robiliśmy po dobrych kilka – kilkanaście kilometrów poznając różne miejsca w mieście i nie było wielu, które nas zawiodły. Jakiś czas temu opisaliśmy nasze top 5 miejsc i rzeczy do zrobienia w Szanghaju, a dzisiaj dopowiadamy resztę – gdzie byliśmy, co zobaczyliśmy i co zjedliśmy.

French Consession

To dzielnica, w której przez te pięć dni mieszkaliśmy, dzięki uprzejmości znajomych rodziców. Oprócz tego, że znajduje się blisko centrum, jest fajną atrakcją samą w sobie. Pierwszego dnia przeszliśmy się jej ulicami – jest tu mnóstwo knajpek, barów, restauracji, miejscówek z chińskimi przekąskami, ładnych ceglanych budynków, czy super wypasionych willi. Miejsce tętni życiem, ale tym bardziej zachodnim, co chwilę słyszeliśmy tam francuski, czy angielski, a klimat mijanych miejsc też raczej daleki był od typowo chińskich. My chyba tęskniliśmy za tą „naszą” kulturą, więc dzielnica bardzo nam się spodobała.

Bambusowe rusztowania:)

Fuxing Park

Idąc ulicami French Consession doszliśmy do tego parku, który był jednym z pierwszych jaki powstał w Szanghaju. Weszliśmy do niego, żeby odpocząć chwilę od trąbiących naokoło samochodów i usiąść gdzieś w cieniu. Ale to nie park jako miejsce do odpoczynku nam się spodobał najbardziej, najfajniejsi byli w nim Chińczycy! Jedni w skupieniu i spokoju ćwiczyli tai chi, inni uczyli się tańczyć przy głośniku z włączoną muzyką, jeden pan maczał pędzel w wiaderku z wodą i pisał na chodniku coś po chińsku, w różnych częściach parku można było zobaczyć skupione grupy panów Chińczyków, którzy grali w karty itd. Fajnie było po prostu popatrzeć jak ludzie spędzają tutaj wolny czas, w środku pędzącego miasta. Zresztą jak się później przekonaliśmy, bardzo często widzieliśmy w Szanghaju grupy panów grających w karty, mahjonga i obstawiających zakłady na walki koników polnych lub ludzi uczących się tańczyć w przeróżnych miejscach, np. przy ruchliwej ulicy na placu pod jakimś wieżowcem.

Bund

To chyba atrakcja turystyczna numer jeden w Szanghaju. Jest to promenada ciągnąca się przez 1,5 km wzdłuż rzeki Huangpu z ponad 40-stoma budynkami wybudowanymi w czasach kolonialnych. Kiedyś  w tym miejscu znajdowało się główne centrum finansowe Azji południowo – wschodniej. Obecnie w większości budynków znajdują się piękne hotele i banki – warto do niektórych wejść, naprawdę robią wrażenie:)

Bund by night_shanghai

pudong by night
Pudong widziany z Bundu
Wnętrze jednego z hoteli

Xuhui Riverside Park („chiński Bund”)

Pojechaliśmy tam jednego wieczoru z panią Olą i jest to kolejne miejsce, gdzie można podpatrywać chińskie życie. Przypominało nam trochę nasz gdyński bulwar:) Chińczycy przychodzą tam na spacer, jeżdżą na rolkach czy rowerze, biegają, ktoś trenował sztuczki ze swoim pudlem, a dzieciaki mają ściankę wspinaczkową.

Jeśli ktoś tak jak my z Olasem lubi po prostu usiąść i poobczajać miejscowych albo przejść się miejscami, które są ich typowymi ścieżkami to polecamy. Poza tym miejsce jest fajnie zagospodarowane, nie ma tam takich tłumów jak na Bundzie, więc można pobiegać sobie z Chińczykami, czy przejść się na spokojny spacer bez slalomu między kolejnymi osobami cykającymi fotki. No albo potrenować pudla!

Qibao Old Town („chińskie stare miasto”)

Jest chiński bund to musi być też chińskie stare miasto. W końcu ile ci biedni Chińczycy mogą się przeciskać przez tłum turystów, gdy chcą coś zobaczyć i załatwić we własnym mieście. To nie tak, że w tych miejscach nie ma turystów (w końcu jakoś się tam znaleźliśmy), ale jest ich zdecydowanie mniej, co nie oznacza, że przechodząc tamtędy ulice świecą pustkami – w Chinach takie zjawisko chyba nie występuje:) Przynajmniej w dużych miastach. Nie powiem, żebyśmy się zachwycili starym miastem, ale zdecydowanie bardziej polecamy je od tego tradycyjnego, turystycznego w centrum miasta. Tu też znajdą się kiczowate pamiątki, nie martwcie się! A samo miejsce jest przyjemniejsze do odwiedzenia i ma więcej uroku.

Restauracja w dzielnicy French Consession

Po przygodach na ulicy Wangfujing w Pekinie średnio widziały nam się eksperymenty z Chińską kuchnią, więc zazwyczaj na mieście jadaliśmy makaron albo ryż z różnymi dodatkami lub dim sumy. W tej miejscówce byliśmy z panią Olą, która mogła nam polecić co jest dobre i po raz pierwszy zjedliśmy posiłek w Chinach tak, jak się powinno. Nie ma zamawiania w stylu ta micha z mięsem i ryż jest mój, a tamte warzywa twoje. W sumie na naszym stole pojawiło się pięć różnych rzeczy: ośmiorniczki z chilli, kurczak z orzeszkami pini, zielona fasolka szparagowa na ostro, liście kapusty pekińskiej na słodko i pieczone pierogi. Wszystko postawione było na środku, każdy z nas miał swój talerz i nakładał sobie na co miał ochotę. Joey z FRIENDS miałby pewnie z tym problem (bo kto nie ogląda ten nie wie, że Joey doesn’t share food!!!), ale my zawsze wymieniamy się talerzami z jedzeniem, więc dla nas sposób chińczyków na wspólne posiłki jest super. Obiad był przepyszny, a ja ciągle tęsknie za smakiem tamtej fasolki i kapuchy!

Niestety nie pamiętamy nazwy restauracji, a google nie pomaga:( Była na Wulumuqi Road, na odcinku między Wuyuan Rd a Fuxing Rd, bodajże z nazwą na „W”.

Hot Pot

O tym, że w Chinach musimy koniecznie spróbować hot pota powiedział nam Zhe, nasz host z Pekinu. Wybraliśmy się więc jednego wieczoru, już będąc w Szanghaju, na kociołek z wywarem, postawiony na ogniu, w którym zanurzone były różności – kilka krewetek, grzybki enokitake, jakieś zieleniny, wołowina i inne. Szczerze? Dla nas bez szału. Może minus dla nas za to, że nie wiedzieliśmy za bardzo jak się z tym obejść, czy jeść od razu, czy ma pobulgotać w wywarze, a później, czy nie leży już za długo w tej zupie, zaraz się przecież rozgotuje i będzie ciapa. Ewidentnie nie wyedukowaliśmy się należycie przed spotkaniem z hot potem;) Tak czy siak te wszystkie dodatki, które finalnie zagotowaliśmy w wywarze średnio nam smakowały. No ale warto było spróbować, przynajmniej wiemy, czego drugi raz w Chinach nie zamówimy. Przynajmniej wyglądało ciekawie:)

Corner’y

Czyli nielegalnie rozstawione jedzenie uliczne dostępne po 22:00. Na French Consession można ich sporo zobaczyć w okolicach Wulumuqi i Anfu Road. Większość sprzedawców ma do zaoferowania to samo lub bardzo podobne rzeczy, czyli różnego rodzaju mięsa i warzywa, nabite na patyk jak szaszłyki. Wrzucamy do koszyczka to, na co mamy ochotę, podajemy Chińczykowi i nam to grilluje. Super opcja na niedrogą kolację (za naszą dwójkę zapłaciliśmy 40 RMB, czyli ok. 24 zł), a do tego jest naprawdę pycha.


Zainteresowany Chinami? Sprawdź jeszcze:

  • Free walking tour po Pekinie – chcesz zobaczyć stolicę Chin oczami lokalesa, zobaczyć jak wygląda tradycyjne, chińskie mieszkanie i dowiedzieć się wielu ciekawostek, których nie znajdziesz w przewodnikach, a to wszystko za darmo?
(Visited 1 380 times, 1 visits today)

8 Comments

  1. Agnieszka 24 lutego 2016 o 11:47

    Jak będę w Azji to pewnie będę robić tak jak Wy – jeść głównie makaron i ryż. Ciekawe, czy przekonam się do owoców morza 😀

    1. Agata 26 lutego 2016 o 04:26

      W Azji większość dań zawiera makaron lub ryż, więc w zasadzie będziesz jadła wszystko to, co Azja ma do zaoferowania (no, trochę generalizuję, ale tylko trochę;)). My lubimy próbować nowych smaków, ale jakoś to okropne tofu w Chinach nas zniechęciło do chińszyzny;d Ale jakbyśmy pojechali jeszcze raz to pewnie popróbowalibyśmy więcej, o ile Chińczycy by nas zrozumieli, bo tam obowiązuje mowa ciała albo translator w telefonie, o angielskim można raczej zapomnieć.

  2. RoadTripBus 24 lutego 2016 o 19:52

    Dla mnie chyba najbardziej zachęcające Corner’y, duża konkurencja więc pewnie stąd ta niska cena. Szkoda, że u nas nie ma tyle ulicznego jedzenia ;(

    1. Agata 26 lutego 2016 o 04:30

      oj wielka szkoda, nie raz już rozmyślałam nad tym, co możnaby było sprzedawać w Polsce na takim street foodzie 😀 Orety, ale to by było cudowne! Na przykład pierogi z budki na ulicy albo kiełbaska albo świeże kanapki … omnomnom

  3. Joanna 24 lutego 2016 o 22:57

    Ale ten hot pot wygląda ciekawie 🙂 Kierunek podróży bardzo mi się podoba i w dalszym ciągu marzy. Teraz na chwilę się tam przeniosłam myślami. 🙂

    1. Agata 26 lutego 2016 o 04:31

      No ciekawie i na tym dla nas koniec ;d Ale i tak cieszymy się, że spróbowaliśmy!

  4. Kamil 26 lutego 2016 o 04:49

    Dzięki za ten wpis, bo niebawem mam nadzieję się tam zgubić… no może nie będę musiał się gubić 🙂 Niemniej jednak Szanghaj wygląda całkiem „sielankowo” jak na tak wielką metropolię.

  5. TuJarek 27 lutego 2016 o 11:22

    Najbardziej zainteresował mnie temat walki koników polnych. Pierwsze słyszę 🙂 Ładne ujęcie z samolotem 😉

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *