Wymyśliliśmy, że super urozmaiceniem road tripa po wschodnim wybrzeżu byłby wypad na australijski outback. I to nie byle jaki, bo do samego serca aborygeńskiej kultury, do ich świętej skały Uluru. Pomysł przedni, szkoda tylko, że bilety były dosyć drogie, ale i z tym trochę zawalczyliśmy – postanowiliśmy nie kupować bagażu rejestrowanego i lecieć z samym podręcznym. O to, jak przetrwamy 40-stopniowe upały i gdzie będziemy spać mieliśmy martwić się później.

Niedługo po przylocie do Australii dodałam do aplikacji z pogodą Uluru. Z dnia na dzień meldowałam Olasowi „Stary tam w następnym tygodniu będzie już prawie 40 stopni w cieniu w ciągu dnia! W nocy ponad 20!”. Po chwili rozemocjonowania upałem panującym na środku outbacku i tym, jak my to przeżyjemy wspólnie dochodziliśmy do wniosku: „dooobra, mamy jeszcze czas, jakoś to będzie”. Gdy wyjazd zaczął zbliżać się nieubłaganie, a pogodynka nadal nie pokazywała normalnych temperatur zaczęliśmy kminić:
– śpiąc w aucie nie wytrzymamy tego upału i udusimy się z gorąca w nocy – odpada
– nocleg w resorcie za miliony monet? haha – odpada
– nocleg w namiocie – hmm, ale mamy tylko podręczny, a do tego przydałyby się jeszcze karimaty… jak my to wszystko zmieścimy w małych plecakach? – challenge accepted!

Bardzo kiepskie zdjęcie z naszych Insta Stories🙂 Olka plecak wyglądał jeszcze gorzej.

Przez chwilę myśleliśmy jeszcze nad dokupieniem rejestrowanego bagażu, ale to by było za proste i nie spełniało wymagań finansowych, więc pozostaliśmy przy pomyśle dopychania nogami rzeczy w plecaczkach.
Ja byłam bardzo sceptyczna, twierdząc, że to się nie uda, Olas był za to optymistą za nas dwoje i powtarzał „namiot nie przekracza wymiarów bagażu podręcznego, a to, że połowa wystaje z bagażu się nie liczy”. Wieczór przed wylotem wciskaliśmy ciuchy, kosmetyki, ręczniki, koc, prześcieradło, dwie karimaty, namiot 3-osobowy, małą apteczkę, czołówki, książki, dwa talerze, sporki i japonki do dwóch podręcznych plecaków. Gdyby nie namiot i karimaty wszystko by elegancko się zmieściło, a tak to z mojego plecaka wystawał w połowie nasz przenośny domek, z Olka plecaka ¼ jednej karimaty plus druga sznurkiem była doczepiona z boku. Dobrze, że nie wymyśliliśmy jeszcze, żeby gdzieś przywiązać śpiwory… i tak wyglądaliśmy jak dwójka cyganów. Jednak co najważniejsze – wszystko przeszło, a my przybiliśmy sobie piąteczkę na pokładzie samolotu!

Żeby było wspanialej, przyfarciło nam się mocno z pogodą – padało przez kilka dni, w tym w dzień naszego przylotu, więc temperatury spadły do 28-32oC w ciągu dnia, a i w nocy było znośnie, czasem nawet chłodno.
Na miejscu wypożyczyliśmy furkę, najtańsza jaka była okazała się Toyotą Kuger – wielki smok, aż mi było źle, że jesteśmy tam tylko trzy dni i nie wykorzystamy backpackerskiego potencjału takiego dużego auta. Toż tam imprezę można by było urządzić!
Ruszyliśmy zatem naszym rydwanem, z zimnymi łokciami, powozić się po okolicy. Ach! Ale najpierw poznaliśmy sąsiadów z namiotu obok – Polaków:) I tak sobie w sumie we czwórkę spędziliśmy sporą część pobytu w Uluru, bo przyjechaliśmy na tyle samo dni. Ania i Tomek są jednak większymi hardkorami, bo większość swoich podróży odbywają na rowerach – my to tylko mijając autem rowerzystów zawsze mówimy „Rety jak oni to robią? Taka góra wielka przecież przed nimi, szacun, no naprawdę szacun!”.

Okolica przy Parku Narodowym Uluru i Kata Tjuta to zaledwie kilka opcji noclegów i powiedzmy centrum miasta po środku pustyni. Czyli sklepy z pamiątkami, jedna stacja benzynowa, jeden supermarket, kawiarnia, bar i takie tam. Jest drogo (jakby w Australii bez wyjazdu na zadupie było tanio), ale mają tam monopol na wszystko, więc w nosie mają biednych Polaczków z małymi plecaczkami.
Po zaopatrzeniu się w steki z kangura na obiad i kilka innych rarytasów, pojechaliśmy zobaczyć Uluru po raz pierwszy z bliska.

Było bardzo wyjątkowo, bo nie każdy ma okazję zobaczyć tę pomarańczową skałę w strugach deszczu, zalaną wodospadami. Widzieliśmy kilka jaskiń, w których kiedyś mieszkali Aborygeni, z malunkami na ścianach, które służyły m.in. do edukowania chłopców jak stać się prawdziwym mężczyzną. Aż ciężko było nam sobie wyobrazić, że w tych miejscach, które oglądamy kiedyś toczyło się życie. Kobiety siedziały w jednej jaskini, która była kuchnią, grzebały patykami w ziemi wyciągając z niej larwy (szamka!), wysysały odwłoczki miodowych mrówek (honey ants) i zbierały uschnięte owoce z karłowatych krzaczków robiąc z tego pastę do jedzenia. A chłopacy z ojcami biegali po buszu polując na kangury i inne zwierzęta. Starszyzna za to siedziała w innej jaskini rozpalając w niej ogniska, odprawiając aborygeńskie ceremonie.

Po tym, gdy turyści zaczęli się zjeżdżać do Uluru, Aborygeni się wynieśli ze swoich jaskiń, ale podobno do dnia dzisiejszego kultywują niektóre tradycje. Zresztą z terenem dzisiejszego Parku Narodowego było sporo zamieszania na linii rząd – Aborygeni, ale finalnie doszli do porozumienia i dzisiaj obszary te oficjalnie należą do Aborygenów, którzy dzierżawią ziemię Australijczykom.

Na terenie Parku Narodowego, oprócz Uluru, znajduje się jeszcze jeden monolit – Kata Tjuta. Jest zdecydowanie bardziej złożony, ma więcej garbów i jest na tyle rozległy, że nie ma wyznaczonego szlaku, który pozwalałby go przejść na około. Można za to przejść między garbami trasę-pętelkę, która ma około 7 km. Jest ona jednak zamykana od 11:00 jeśli temperatura przekracza 36oC.

Do Kata Tjuta pojechaliśmy dzień po przylocie do Uluru. Żar lał się z nieba, a my dreptaliśmy po niemal pustynnym terenie. O tym, która jest godzina mogliśmy dowiedzieć się obczajając własne cienie odbijające się na czerwonym piasku. Po przejściu tych 7 km z kawałkiem byliśmy nieco wymęczeni, a chcieliśmy jeszcze przejść jeden szlak przechodzący przez wąwóz i zobaczyć zachód słońca nad Kata Tjuta.

Jako, że mogliśmy dziennie pokonać jedynie 100 km samochodem (limity wypożyczalni), a trasa camping – Kata Tjuta – camping wynosiła właśnie te 100 km, nie opłacało nam się wracać. I tu wykorzystaliśmy nasze turbo wielkie auto! Złożyliśmy tylne siedzenia, odpaliliśmy klimę i ucięliśmy sobie drzemkę w samochodzie regenerując siły. Do wąwozu wybraliśmy się z Anią i Tomkiem, a zachód słońca tego dnia był niemal w całości zasłonięty przez chmury – na oglądanie skał monolitu w zmieniających się barwach pomarańczy i czerwieni musieliśmy poczekać do następnego dnia.

W ogóle nie mieliśmy jakiegoś super szczęścia do zachodów i wschodów, bo zazwyczaj w tych godzinach było pochmurnie, ale udało nam się załapać na jeden ładny wschód i zachód, wystarczyło nam to w zupełności. Zwłaszcza że, żeby zobaczyć wstające nad Uluru słońce musieliśmy wstawać przed 5:00! Szalona godzina – tylko moja babcia wstaje tak wcześnie z własnej woli:)

W sumie przylecieliśmy do Ayers Rock (australijska nazwa Uluru) na trzy dni i wykorzystaliśmy ten czas w 100%. Oprócz samego chodzenia wokół monolitów, wybraliśmy się też do centrum informacyjnego, gdzie można obejrzeć dosyć nudny, stary film o Aborygenach (mogliby zrobić jego nowszą wersję, bez tragicznego dubbingu), ale też poczytać o rdzennych mieszkańcach Australii, ich kulturze i życiu. W jedno upalne popołudnie wskoczyliśmy do basenu, który znajduje się na terenie campingu, a w ostatni wieczór wypiliśmy najdroższe piwo życia z Anią i Tomkiem. Serio, te ceny to rozbój w biały dzień!
Czy Uluru to jakoś szczególnie magiczne miejsce? Nie dla nas, ale zdecydowanie krajobrazy robią swoje i na maksa cieszymy się, że oprócz wschodniego wybrzeża, udało nam się zobaczyć ten słynny, australijski outback w tak wyjątkowym wydaniu. No i że namiot przeszedł:)

(Visited 274 times, 1 visits today)

9 Comments

  1. Ola 3 stycznia 2017 o 07:07

    Przepiękne zdjęcia! Jak tak na nie patrzę, to stwierdzam, że chyba najładniejsze jakie dotąd widziałam z tej części Australii! 🙂

    1. Agata 3 stycznia 2017 o 15:21

      Dziękujemy bardzo Ola! 🙂 Ciągle się uczymy robić foty, więc to dla nas super komplement!

  2. nieśmigielska 3 stycznia 2017 o 21:36

    mi też się zdjęcia bardzo podobają. i pierwszy raz widziałam zdjęcia ayers rock nie w słońcu, a z pochmurnym niebem, mega!

    a czemu nie wybraliście się na górę?

    1. Agata 4 stycznia 2017 o 05:38

      Nie wchodziliśmy przede wszystkim ze względu na uszanowanie wierzeń Aborygenów – dla nich to jest święte miejsce od wieków i proszą o zachowanie szacunku dla ich kultury.
      Kiedyś dobrze moim zdaniem porównała to Julia z whereisjuli – to tak jakby ktoś skakał po ołtarzach w kościele:)

      A rozpisując się jeszcze bardziej, jeśli nie przekonałyby nas argumenty kulturowe, to podejście na górę wygląda na dosyć hardkorowe + okropny gorąc = nie, dziękuję 😀 Chodzenie po płaskim terenie wywoływało u mnie zadychę, haha

      1. nieśmigielska 4 stycznia 2017 o 06:10

        a, to rozumiem, szacunek dla Was. wiedziałam że to ważne miejsce, ale nie wiedziałam że aż tak, z książki którą czytałam jako dzieciak, a z której dowiedzialam się o uluru, wynikało że ludzie wchodzą tam na potęgę (i czasami umierają na serce po drodze ;).

        1. Agata 5 stycznia 2017 o 11:30

          O zawałach były informacje w wielu miejscach + w ogóle przy Uluru jest bardzo dużo przypominajek o tym jak surowy jest tam klimat, żeby uważać na udary, odwodnienia, odpowiednie zapasy wody itp.
          Akurat jak my byliśmy to wchodzenie było zupełnie zabronione ze względu na sezon letni = straszne upały… a cienia przy wspinaczce nie uświadczysz ani ciut ciut 😀

  3. Wojtek 4 stycznia 2017 o 12:31

    Mega zdjecia, super blog. Mam nadzieje, ze podrozowac bedziecie jak najdluzej – przynajmniej przez Wasze ‚sto historii’ moge wlasne dzieciece marzenia spelniac! 🙂

    All the best x

    1. Agata 5 stycznia 2017 o 11:34

      Dzięki Wojtek 🙂 Nasza podróż już powoooli przybliża nas do powrotu do domu, ale jeszcze pewnie trochę tych historii powstanie!

      Piąteczka!

  4. Pingback: Gdzie dobrze zjeść w Melbourne? | STO historii

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *