Na Malcie byliśmy w sumie tydzień, więc pomyślałam, że jeden post w zupełności z tego kraju wystarczy, ale niespodziewanie wyszło z tego 5 stron i ponad 2 tysiące słów. Żeby Wam więc oszczędzić takiego elaboratu najpierw stolica, później reszta – zatem startujemy z Vallettą.

Ja wiem, może to banał, ale wierzcie mi na słowo – w Vallettcie są jedne z najpiękniejszych uliczek jakimi w życiu się przechadzałam. Główna, Republic Street, to dla mnie sztos – tak wielki, że aż zapomnieliśmy ją  sfotografować, musicie zatem pojechać i przekonać się sami. Te charakterystyczne, zabudowane balkony, kamienice przechodzące w budynki zajazdów rycerskich, bibliotekę, kościoły, czy stary teatr. Naprawdę klimat stolicy jest wyjątkowy, zwłaszcza jeśli ktoś pozna jej historię.

Wysiliłam się o tyle, że odpaliłam Wikipedię zanim dojechaliśmy do Valletty i na szczęście przypomniałam sobie o koncepcie free walking tour (z których wcześniej korzystaliśmy w Pekinie i Melbourne). Również na Malcie jest opcja, żeby przez 1,5 godziny pochodzić po mieście z przewodnikiem, który opowiada naprawdę ciekawe historie, a co jak co, ale Valletta ma czym się pochwalić. W końcu jest to miasto z 320 zabytkami, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, określane jako „muzeum pod gołym niebem”*.

VALLETTA – 3 MIEJSCA, KTÓRE WARTO ODWIEDZIĆ

Oprócz spaceru z przewodnikiem, który opowiedział nam co nieco o samej budowie i powstaniu miasta, o przybywających do niego rycerzach i anegdotkach o Napoleonie Bonaparte, czy Winstonie Churchillu, powłaziliśmy do kilku ciekawych miejsc.

wieħed**: Pierwszym była najstarsza, działająca od niemal 200 lat, kawiarnia – Cafe Cordina. W końcu dostaliśmy na Malcie dobrą kawę, a do tego całkiem niezłe, maltańskie desery – kannol rikotta i pudina. Pierwsze to coś w rodzaju kruchej rurki z ricottą i bakaliami, a drugie to zbity, lepki pudding z orzechami (coś jak sticky date pudding). A poza tym, gdybyście widzieli Olasa… dla niego to była wizyta niczym w Disneylandzie. Kelner wiedział co robi sadzając nas naprzeciw kilkumetrowego baru, za którym przygotowywano kawy. Nie powiem, ja też byłam zafascynowana tym, ile jeden ziomek jest w stanie zrobić na raz kaw i w jakim tempie je wydaje. Domyślam się, że takich freaków jak my, których jara przepustowość kawiarni, jest niewielu, ale mimo to polecam tam się przejść po prostu, dla wnętrza i samej kawy, która w odróżnieniu od wielu innych jest zrobiona z normalnego ekspresu.

tnejn: Poza tym poszliśmy do Biblioteki Narodowej, znajdującej się dokładnie naprzeciw Cafe Cordina. Chęci wejścia do niej wzrosły, kiedy podczas free walking tour dowiedzieliśmy się, że znajdują się w niej księgi z XVIII wieku i możemy je zobaczyć. Chociaż sam budynek od środka nie robi większego wrażenia i odwiedzić można tylko jedną salę (albo może akurat w dniu kiedy tam poszliśmy tak było) to ta jedna, jedyna sala wycisnęła z nas wielkie WOW. Od podłogi aż po sufit, na ciężkich regałach, stoją poustawiane stare księgi, książki, atlasy i albumy. Niektórych grzbiety są spękane, na innych ozdobnymi literami powypisywano tytuły, miejsce wygląda trochę jakby przenieść się te 300 lat wstecz. Niestety nie można robić zdjęć w środku pomieszczenia, chociaż korciło mnie niesamowicie! Zrobiłam więc jedno zdjęcie już po wyjściu, zza szklanych drzwi.

tliet: Ostatnie z takich przepełnionych historią miejsc był trzeci najstarszy na świecie teatr – Teatr Manoel. Początkowo nie mieliśmy go w ogóle w planach, ale przechodząc pierwszego wieczoru w Vallettcie przez Old Theatre Street zobaczyliśmy dziesiątki wystrojonych ludzi przed budynkiem. Wiecie –  suknie wieczorowe, surduciki, lampki szampana w ręce. Wtedy spojrzeliśmy na fasadę schowaną po części za rusztowaniem i odkryliśmy, że jest tam jakiś stary teatr. Nie myśląc jeszcze, że tam się wybierzemy, poszliśmy spałaszować najlepszą Norma Pasta na świecie (koniecznie zajrzycie do Pastaus będąc w Vallettcie), a po powrocie do naszego Airbnb sprawdziłam co to za teatr. Czytam, że zabytek z 1731 roku, „przez CNN Travel zaliczany do 15 najbardziej spektakularnych na świecie”, wnętrze w stylu rokoko, jeden z najstarszych teatrów na planecie Ziemia. Nie będę ściemniać – takie hasełka na mnie działają. Kupiliśmy więc bilety na finał międzynarodowego festiwalu orkiestrowego, podczas którego akurat częścią zespołu byli Polacy. Swoją drogą i tak jakiś czas temu mówiłam, że chętnie bym się na taki koncert wybrała, a w takich okolicznościach tym bardziej! Mieliśmy trochę rozkminę co do ubioru, bo tak się złożyło, że suknię balową i frak zostawiliśmy w domu. Założyliśmy więc nasze najbardziej eleganckie rzeczy, czyli ja sukienkę i bluzę, Olas długie spodnie i bluzę, oboje adidasy… i poszliśmy na koncert muzyki poważnej. Było fan-ta-sty-cznie! Ciary i gęsia skórka gwarantowane.

Poza tym centrum Valletty to sporo fajnych uliczek wypełnionych kamienicami, kawiarenkami, zakładami ze starymi szyldami i tajemniczymi bramami. I te balkony!

SZAMKA! GDZIE ZJEŚĆ W STOLICY MALTY?

A teraz w gratisie gastroturystyka w Vallettcie! Potraktujcie to bardziej jako nasz research, gdzie można zajrzeć w pierwszej kolejności, kiedy tam będziecie, bo niestety wielu z tych miejsc nie zaliczyliśmy – w 1,5 dnia nie było jak. Opinie mają dobre, część jest z rekomendacji Bojana, naszego hosta na Airbnb. Wrzucamy wszystko, może ktoś z Was skorzysta:

Pastaus – jak już pisałam, epicka Norma Pasta z bakłażanem. Wzięłam ją przez dwa wieczory z rzędu, co normalnie mi się nie zdarza, bo zawsze wolę próbować kolejnych dań. Także uznajcie to za rekomendację najwyższego szczebla.

Cafe Society – polecona przez Bojana, niestety zamknięta, kiedy byliśmy na Malcie. Wygląda na mega wyczilowany klimat, podobno prowadzona przez trzech kumpli, którzy na co dzień normalnie pracują, a hobbistycznie otworzyli wspólnie kawiarnię.

Bridge Bar – bardzo chcieliśmy tam pójść na jazzowy piątek z muzyką na żywo, ale niestety startują z nimi od maja, także kolejne miejsce nam odpadło. Ale wyglądało świetnie, z widokiem na wodę, miękkimi poduchami porozkładanymi na schodach przy barze, świeczki poodpalane.

Lot Sixty One – przyjemna, niewielka kawiarnia z dobrym long black 🙂

Yard 32 Gin & Tapas Bar – nie jedliśmy, ale miejsce prezentowało się super, mają tam chyba wszystkie giny świata i do tego hiszpańskie tapas.

Cafe Jubilee – wygląda na maksa oldschoolowo, z tego co widziałam można tam też całkiem porządnie zjeść.

The Beer Cave – w podziemiach kilkuset letniego budynku w Vallettcie, bar z muzyką na żywo, który polecił nam kelner w Pastaus. Nie skorzystaliśmy, bo szukaliśmy alternatywy dla Bridge Baru i chcieliśmy posłuchać jazzu, ale miejsce wygląda na kultowe.


* Dane z Wikipedii, a jakże!

** Czyli: jeden, dwa, trzy po maltańsku. Dziwnie wyglądają te wyrazy, nie? Język maltański spokrewniony jest mocno z arabskim, sporo zapożyczeń ma z włoskiego i angielskiego, a na dodatek jest jedynym językiem z grupy semickiej zapisywanym w alfabecie łacińskim.

(Visited 290 times, 1 visits today)

3 Comments

  1. Powroty 16 maja 2018 o 09:33

    Malta i Gozo o każdej porze roku! Objechaliśmy wyspy rowerami – świetne widoki, przepyszna kuchnia i gościnni mieszkańcy. Jedyny zgrzyt to te polowania na ptaki..

  2. Marta 5 czerwca 2018 o 12:09

    Świetne zdjęcia! Uwielbiam Maltę, byłam tam trzykrotnie i chętnie bym wróciła 🙂

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *