Co odwiedzić w tym regionie? Internety krzyczą: Sapa i Ha Long Bay! My jednak bardzo chcieliśmy zobaczyć plantacje kawy i pola herbaty, a że większość z nich znajduje się w centralnej i południowej części kraju trzeba było się trochę naszukać. Tym sposobem znaleźliśmy prowincję Thai Nguyen i Son La, a reszta „doplanowała” się sama.

Pola herbaty numer 1

Po kilku dniach spędzonych w mega głośnym i zatłoczonym Hanoi, postanowiliśmy trochę odetchnąć i ruszyć w stronę Thai Nguyen, mało popularnego kierunku wśród turystów. To tam mieliśmy znaleźć pola herbaty, tylko pytanie było jak? Wiedzieliśmy, że gdzieś są, ale gdzie dokładnie, czy uda nam się podpatrzeć jaki proces przechodzi świeży listek do tego zmemłanego w opakowaniu i czy w ogóle dostaniemy się na te pola – to była taka trochę zagadka. Rozwiązała się lepiej niż się spodziewaliśmy – rozesłaliśmy kilka zapytań na Couchsurfingu do lokalesów i jeden z nich postanowił nam pomóc. Than, Wietnamczyk pracujący w branży herbacianej poświęcił nam cały dzień – o 8:00 podjechał furą pod nasz hotel, zabrał nas na pola i do rodzinnej fabryki herbaty, na pyszny hot pot ze świeżą rybą (łowioną przy nas!) po środku niczego, kawę do swojego kumpla, a wieczorem na pyszne Pho (zupę), Banh Mi (bułę) i Tra da (mrożoną herbatę).

W mini wiosce po środku niczego (serio mini – 3 domy na krzyż), oprócz pysznego hot pota był też taki piękny paw.

Podpatrywaliśmy jak pół wiochy zbiera liście herbaty i pakuje je do wielkich worów, koszy i misek. Dowiedzieliśmy się, że w przeciągu dnia jeden zbieracz jest w stanie narwać 10 kg liści, z których powstaje ok. 2 kg herbaty. Listki są suszone w wielkich bębnach podgrzewanych ogniem, a później skręcane w specjalnej maszynie. Na końcu odbywa się pakowanko!

Centrum dowodzenia herbatą.
Tu suszy się liście.
Po lewej machina, która skręca wysuszone liście.

Spróbowaliśmy pysznej zielonej, słodkawej herbaty, ale też takiej jadącej skarpetą. Niestety taką „skarpeciankę” podawali nam w Wietnamie najczęściej, a my jak na wzorowych gości przystało, zawsze staraliśmy się wymusić na twarzy uśmiech mówiący „mniam mniam, jaka pyszna”.

Zebrane listki – najmłodsze, jasnozielone są najwyższej jakości. Zawsze zbiera się takie mini „kistki” składające się z trzech liści herbaty oberwanych z czubka krzaka.
Ekipa Polsko-Wietnamska!

A na koniec kawa! Po całym dniu jeżdżenia po polach ja standardowo strzeliłam karpia w samochodzie w drodze powrotnej, więc pomysł zajechania do kawiarni był idealny. Do tego znajomy Thana na zapleczu ma jedyną w mieście maszynę do prażenia ziaren kawy i po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć takie cacko. No i oczywiście napiliśmy się wyśmienitej, wietnamskiej kawy.

Motorem po górach, aż tyłki nam odpadną

Naszym kolejnym przystankiem miała być popularna Sapa. Jednak gdy zaczęliśmy się zwierzać ze swoich planów Thanowi powiedział nam, żeby olać Sapę i jechać do Ha Giang. Podobno ładniej, a turystów mniej… już nie musiał nas dalej przekonywać, zdecydowaliśmy. Jedziemy do Ha Giang.

Po dotarciu wieczorem do miasta zakotwiczyliśmy się na jedną nockę w hostelu, gdzie od razu wypytano nas o plany i zaproponowano rozpoczęcie objazdówki, zwanej Ha Giang Northern Loop. Nasza wizja tego wypadu była nieco inna, ale znowu zaufaliśmy lokalesom i po raz kolejny się nie zawiedliśmy. Powiem więcej – to były przekozackie 4 dni i jedno z fajniejszych doświadczeń podczas podróży.

Startowaliśmy o poranku, po tym jak właściciel hostelu nam wszystko pozaznaczał na mapie (nie mogło zabraknąć serduszek symbolizujących jego ulubione miejsca), przepakowaniu się w dwa małe plecaki i 2-minutowym szkoleniu z jazdy motorem. Do tej pory jedynymi dwuśladami jakim jeździł Olas był rower, skuter w automacie i hulajnoga, więc zapowiadało się ciekawie.

Proszę Państwa – oto motor!

Jeszcze ciekawszy okazał się początek naszej wyprawy – nie dość, że było zimno i jechaliśmy w chmurach to droga kręta, rozkopana i pod górę. Ups, chyba trochę spaliło się sprzęgło. Na szczęście później było już tylko lepiej i za miejscowością Quan Ba zaczęło się przejaśniać, a my ściągnęliśmy kurtki i rękawiczki (łuhu!).

Zaczęliśmy zatrzymywać się bardzo, bardzo często, co w sumie nie zmieniło się przez następne dni, bo krajobrazy powalały – wysokie, strzeliste góry, wioski i miasteczka w dolinach i peeełno ludzi pracujących na polach. Przy czym pola w Wietnamie to nie tylko po prostu spory kawał płaskiego terenu, gdzie rosną ziemniaki i kapusta. Wietnamczycy wykorzystują każdy skrawek ziemi, więc czasami skubali jakąś trawę między skałami, a innym razem widywaliśmy ich na tarasach na zboczach gór.

Zdjęcie z babuszką nr 1

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Yen Minh, gdzie zatrzymaliśmy się w homestayu Ha Anh. Nie wiemy jak to wygląda w innych częściach Wietnamu, ale na północy nocleg u lokalesów jest dosyć wyjątkowy. Wszyscy podróżnicy śpią zazwyczaj w jednym pokoju, na materacach rozłożonych na podłodze, a wieczorem można za dodatkową opłatą dołączyć do rodzinnego obiadu. Wsuwa się go czasami z połową wioski, a jedzenie często pochodzi z przydomowej uprawy lub hodowli (np. świniaki i kuraki), a nieodłącznym elementem biesiady jest oczywiście… alkohol! Wietnamczycy piją na potęgę wino zrobione z kukurydzy, które ma ok. 20% i traktowane jest trochę jak w Polsce wódka. Tradycja jest taka, żeby zapraszać się nawzajem do picia, więc Zenek mówi tak: „bracie Olgierdzie i siostro Agato, zapraszam Was do napicia się ze mną kieliszeczka” (wino pije się w kieliszkach jak do wódki). Po strzale trzeba podać sobie ręce, a za jakiś czas zaprosić do wypicia kielona osobę, która nas wcześniej zaprosiła. Nadążacie? Puenta jest taka, że picie nigdy się nie kończy, bo w kółko trzeba chlać. Niestety tak, jak skarpecianej herbaty nie odmawialiśmy pomimo tego, że była ohydna, to z winem w pewnym momencie mówiliśmy „basta Zenek, ja już nie mogę”. Dziwili się bardzo.

Dni w motorowej podróży zaczynaliśmy od Banh Mi z pasztetem (bo tylko to rozumieliśmy na szyldach –  „Banh My pate”) i kawy, która tak trzepała, że mogliśmy zasuwać z pełną energią przez kolejne kilkanaście godzin.

Drugiego dnia oprócz tradycyjnego zbierania szczen z ziemi (bo widoki, bo panie mają takie ładne spódniczki, bo tutaj pole orają bawołem, bo babuszki takie fajne, szczerbate – wszystko było dla nas wyjątkowo piękne!), wybraliśmy się do najmniej pałacowatego pałacu jaki widzieliśmy – Vuong Chinh Duc. Wybudowano go na przełomie XIX i XX w, a lokalizacja została wyznaczona przez chińskiego eksperta fengshui (tu powinna zagościć mina pt. „mhmmmm, szacuneeeczek!”). Ten region swojego czasu był królestwem opium, a władca dorobił się majątku na sprzedaży go za chińską granicę. A propos chińskiej granicy – tego dnia znaleźliśmy się zaledwie 3 km od niej.

Po lewej dziewczyny, którym pozazdrościłam kolorowych spódniczek. Po prawej chłopiec zajadający się trzciną cukrową i winogronami, które rozdaliśmy dzieciakom (myślałam, że starczy nam ich na cały dzień, ale rzuciły się na kistki i ogołociły nas z nich w kilka minut).
Dzieciaki na takich wioskach mają przyspieszony kurs dorosłości, niestety też w przypadku fajeczek.
Zdjęcie z babuszką nr 2. Tutaj nie wygląda, ale poza obiektywem była naczelną śmieszką wioski. Co chwilę się z czegoś chichrała:)
Nie ma czasu na emeryturę, w polu robi każdy, nawet takie babuleńki.

Byłabym miękką bułą w porównaniu do tej pani za krówką. Zobaczcie ile ona niesie tych badyli na plecach!
Olas zna już całą wieś – witał się z każdym. Po prawej mama z dziećmi idą na pole.

Oto pałac.
Oto pałac.

Olas włażący wszędzie.
Olas zaglądający wszędzie.
My 3km od granicy z Chinami! Trochę wiało.

Noc zamierzaliśmy spędzić w miasteczku Dong Van, ale w drodze powrotnej z bieguna (czyli wieży przygranicznej w Lung Cu) zatrzymaliśmy się na kawę i michę ryżu w jedynym homestayu w wioseczce Ma Le. Samo miejsce, bo na pewno nie jedzenie, nas o tyle pozytywnie zaskoczyło, że to tam zatrzymaliśmy się na noc. W gratisie mieliśmy wycieczkę po tej małej wiosce, z przerwą na skarpecianą (a jakże!) herbatę w czyimś domu. A wieczorem powtórka z rozrywki – jedzenie i wino, wino, wino.

Są też takie a’la lepianki, w których mieszkają ludzie.

Przechadzka po wiosce Ma Le.

Uczta!
Zdjęcie z babuszką nr 3.
Zapraszamy do środka.
Nasz pokój w tradycyjnej, wiejskiej chacie.

Trzeci dzień rozpoczęliśmy od przyjazdu na targ w Dong Van. Niestety nie wstrzeliliśmy się w weekend, kiedy podobno są tam cuda na kiju, bo schodzi się na niego ludność z pobliskich grup etnicznych. Tak więc w tygodniu targ wieje nudą, połowa stoisk jest zamknięta, a handlarze większość dnia spędzają chyba na spaniu. Wcale im się nie dziwię. Zakupiliśmy tam jednak nasze wietnamskie suweniry, czyli obowiązkowo zaparzacz do kawy, a ja uparłam się, że zbratam się z lokalnymi kobietami i kupiłam tradycyjną spódnicę. Od zakupu leży w plecaku i czeka na lepsze czasy albo przeróbkę na poszewki na poduszki.

Kamuflaż doskonały.

Ostatniego dnia fart pogodowy nas opuścił i wyjeżdżaliśmy w mżawce w naszych super pro ponczach przeciwdeszczowych. Musiało to wyglądać komicznie, bo jak tylko przyspieszyliśmy wszystko zaczęło łopotać na wietrze, więc czuliśmy się jak dwie gigantyczne reklamówki.

On niesie w torbie tycią kózkę!

Wróciliśmy do Ha Giang, oddaliśmy naszego rydwana i ruszyliśmy do Hanoi sypialnym busem. Tutaj muszę napisać, że ten, kto wymyślił busy z łóżkami jest geniuszem! Nie trzeba zwijać się w precla, żeby jakoś ułożyć się do snu i nie ma się przez to uczucia odpadania kończyn. Raz myślałam, że mi amputują nogę od kolana w dół, gdy zastygła po dłuższej drzemce w tradycyjnym autokarze. Także w Wietnamie wybierajcie busy z wyrkiem, bo to jest raj!

„Kaśka skoś mi tu kilka listków!”

La la la jesteśmy w Son La (czy ten suchar zasługuje na puchar?)

Do Son La przyjechaliśmy po zrobieniu dosyć sporego researchu pt. „gdzie na północy Wietnamu znaleźć plantacje kawy”. Google szedł w zaparte, że kawa w Wietnamie to tylko w Da Lat i okolicach i tam trzeba zrobić turystyczny szlak po polach z przewodnikiem. Nie poddaliśmy się bez walki i znaleźliśmy – Chieng Ban. Co więcej plantacje kawy w tym rejonie istnieją podobno od całkiem niedawna i mają spory potencjał, aby stać się takim północnym Da Latem. A turystów widzieliśmy w okrągłej liczbie zero.

Prowincja Son La okazała się zresztą mega fajna nie tylko ze względu na pola kawy. Na sam koniec naszego wietnamskiego tripa zajechaliśmy do Moc Chau, które wyglądało trochę jak baza wypoczynkowa dla Wietnamczyków. Białych twarzy tam w każdym razie nie widzieliśmy, poza swoimi nawzajem. Po raz ostatni powłóczyliśmy się motorem po wsiach, pooglądaliśmy różne grupy etniczne, znowu wystrojone w kolorowe kiece panie i zajechaliśmy na, jeszcze piękniejsze niż w Thai Nguyen, pola herbaciane.

Super mąż na super polu.

Tak w skrócie (a w sumie to całkiem szczegółowo – ktoś dobrnął do tego momentu?) wyglądał nasz pobyt w Wietnamie i mega się cieszymy z tego, jak nasza trasa się potoczyła. Było sielsko i wiejsko, widoki zacne, pogoda dopisała, więc czego więcej do szczęścia potrzeba.

Jednak wybierając się w te rejony nie spodziewajcie się u miejscowych znajomości angielskiego i przygotujcie się, że nawet na migi + z pomocą translatora ciężko się dogadać, co czasami bywa frustrujące. Smutno nam było tylko trochę ze względu na jedzenie, bo poza rodzinnymi obiadami nasz wybór ograniczał się do Banh Mi, Pho (którą o dziwo można spieprzyć) lub smażonego ryżu. Z chęcią zajadalibyśmy się jakimiś innymi rarytasami, ale chyba nie umieliśmy ich znaleźć albo takowych nie było na wiochach. Odbiliśmy sobie to na sam koniec w Hanoi i z pełnymi brzuchami ruszyliśmy z pewną obawą w stronę Mjanma, czyli Birmy. 


Wietnam północny – informacje praktyczne:

Wszystkie podane ceny są za osobę

100.000 VND ≈ 18 PLN

Thai Nguyen:

  • bus normalny z Hanoi (dworzec My Dinh) za 45.000 VND + 10.000 VND za bagaż (za który nie powinno się płacić! Wietnamczyk był bardzo upierdliwy i krzyczał nad nami 15 minut żebyśmy dali mu 50.000 VND, w końcu wcisnęliśmy mu 20.000 i ze skwaszoną miną się odczepił;)),
  • nocleg w Hoang Mam Hotel za ok. 442.000 VND/pokój.

Ha Giang:

  • bus normalny z Thai Nquyen za 120.000 VND, z Hanoi odjeżdżają z dworca My Dinh,
  • nocleg w QT hostel za 100.000 VND + 100.000 VND za kolację + 50.000 VND za śniadanie,
  • motor kosztował 200.000 VND za dzień; plus miejsca taki, że blisko dworca autobusowego (ok. 5 minut piechotą), ale jest hostel Bong w centrum miasta – podobny cenowo, a przy wynajmie skutera na 4 dni cena spada do 150.000 VND za dzień,
  • bus sypialny do Hanoi 200.000 VND, rusza ok. 21:00, przyjeżdża o 4 nad ranem.

Yen Minh (pierwszy stop podczas Ha Giang Northern Loop):

  • nocleg w Ha Anh homestay za  60.000 VND + 80.000 VND za kolację.

Ma Le (drugi stop podczas Ha Giang Northern Loop):

  • nocleg w Ma Le homestay za 40.000 VND + 70.000 VND za kolację.

Du Gia (trzeci stop podczas Ha Giang Northern Loop):

  • nocleg w homestayu obok Du Gia backpacker hostel za 100.000 VND (chyba był ze śniadaniem) + ok. 100.000 VND za kolację (przepyszna!).

Son La:

  • bus sypialny z My Dinh w Hanoi za 195.000 VND, jedzie ok. 7 h,
  • noclegi przy dworcu (nie w centrum miasta) w guest housach kosztują 150.000 VND za pokój,
  • motor w jedynej wypożyczalni jaką znaleźliśmy kosztował nas 170.000 VND za 24 h.

Moc Chau:

  • bus sypialny z Son La utargowany za 80.000 VND,
  • nocleg za 200.000 VND za pokój w wiosce Dong Sang,
  • motor z miejsca gdzie spaliśmy za 200.000 VND/12 h – trochę z nas zdarli :<,
  • bus normalny do Hanoi za 120.000 VND (jechaliśmy przez 5h ściśnięci jak sardynki z kolanami niemal pod brodą – bierzcie sypialne!).
(Visited 724 times, 1 visits today)

9 Comments

    1. Agata 18 kwietnia 2017 o 21:37

      Wybaczamy ten karygodny błąd! Wpadaj, rozgość się i czytaj nasze głupotki 😀 tzn. historie!

  1. Thanh 16 kwietnia 2017 o 10:55

    The pictures are so beautiful and colorful of ethnic and I really love them. I see you travelled around and fall in line with major ethnic daily life.
    Hope to see you soon my friend.
    P/s: My name is Thanh, not Than.

    1. Agata 18 kwietnia 2017 o 21:39

      Thanh! (Omg sorry for mistake in your name, I’ll change it!:D)
      Thank you so much for commenting! Half of this things we saw because of your recommendation to go to Ha Giang, so thanks for that 😀
      It was amazing time in Vietnam 🙂

  2. niesmigielska 18 kwietnia 2017 o 09:06

    pięknie. teraz chcę do wietnamu (pólnocnego!) a wiem, że już w tym roku nam sie nie uda, a przynajmniej nie na tyle ile byśmy chcieli (mamy z planach NZ :). zachęciliście mnie bardzo, i te widoki i to co Was spotykalo po drodze. Wy to chyba jesteście jacyś super mili 😀

    spodniczkę tez sie uparłam, że kupie, w boliwii. mialam ją na sobie raz, na haloween 😉

    dużo trudniej na motorze niż na skuterze?

    1. Agata 18 kwietnia 2017 o 21:46

      Aaaa NZ?! O pani, będzie pani zadowolona! Nie mogę się w takim razie doczekać twoich fotek <3
      Do Wietnamu polecamy też, ale Nowa Zelandia to nasz drugi dom, więc jeny... ach... zazdroszczę, ja chcę jeszcze raz. Rozmarzyłam się.
      A no i mili trochę jesteśmy też, dzięki!
      Co do motoru to Olas mi mówi, ze nie trudno, zwłaszcza, że to był pół-automat. A ja nawet kierowałam z miejsca pasażera, fun!

      A na koniec piona za spódnicę, buahahaha:D te kobiece zrywy zakupowe.

  3. Roman 30 września 2017 o 23:26

    Zainspirowaliscie mnie do przemierzenia tej części Wietnamu!
    W jakim okresie podróżowaliście? (marzec/kwiecień)?

    P.S Super zdjęcia!

    1. Agata 10 października 2017 o 20:30

      Hej Roman, byliśmy w Wietnamie w marcu 🙂 Polecam baaaardzo północ, zwłaszcza tą trochę poza standardowym szlakiem turystycznym, jest fantastycznie!

  4. Beata 8 grudnia 2017 o 14:34

    Wow, te zdjęcia są cudowne! Jestem teraz na północy Wietnamu i na pewno skorzystam z Waszych rekomendacji! Bardzo zaciekawiły mnie te plantacje herbaty w Thai Ngyuen, macie może jeszcze kontakt do tego przewodnika? 😉 Może zechciałby mi je pokazać.

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *