Jak wiecie początki w Chinach nie były łatwe, ale po dwóch dniach zaaklimatyzowaliśmy się w tym kraju. Pierwszy dzień w Pekinie spędziliśmy baaardzo leniwie jako, że byliśmy nieźle wymęczeni po ponad 30-godzinnej podróży z Mongolii. Posiedzieliśmy więc trochę z Zhe, naszym hostem z couchsurfingu.

Poznaliśmy u niego parę z Polski (jednak nasi są wszędzie!:)), którzy dali nam kilka cennych wskazówek jak radzić sobie w Chinach, a później zamieniliśmy parę słów z parą z Niemiec, która również była goszczona przez Zhe. Tak, dobrze czytacie, u tego Chińczyka co chwilę byłą rotacja couchsurferów (na koniec poznaliśmy jeszcze trzy Francuzki). Mieszkał sam w dużym apartamencie na przedmieściach Pekinu, więc zamiast siedzieć samemu w 4-pokojowej chacie postanowił dwa pokoje oddać ludziom, którzy wpadają do chińskiej stolicy. My spędziliśmy u niego w sumie pięć dni.

Drugiego dnia postanowiliśmy wybrać się do Zakazanego Miasta, czyli atrakcji turystycznej numer jeden w Pekinie. Dziennie odwiedza je około 80 tysięcy ludzi, a w weekendy zdarza się, że bilety wstępu zostają wyprzedane. Także polecamy pójść tam w tygodniu (jest szansa, że będzie trochę mniej turystów) albo przyjechać tak do godziny 10 w weekend. Bilety są za 20 juanów od studenta, a przecież my nimi jesteśmy;) Tak serio to pokazaliśmy Euro<26 i kartę ISIC, ale podobno nawet jak pokaże się polskie prawko, czy dowód to dają bilet ze zniżką, bo nie ogarniają co to (tak nam powiedział pewien Chińczyk). Bilety normalne są za bodajże 30 lub 40 juanów, więc tak czy siak cena nie jest wygórowana.

Widok na Zakazane miasto z parku Jingsan
Widok na Zakazane miasto z parku Jingsan

Wracając do samego zwiedzania, miejsce robi wrażenie, zwłaszcza gdy się pomyśli, że przez dobre 500 lat za murami mającymi kilka metrów, odgrodzeni fosą, mieszkali ludzie z najbliższego otoczenia carów dynastii Ming i Qing. Stąd też wytłumaczenie nazwy Zakazanego Miasta – ten kompleks pałaców był niedostępny, zakazany dla zwykłych śmiertelników. Na powierzchni 72 ha, w 980 budynkach i ok. 9 tysiącach pomieszczeń, żyło ok. 10 000 osób i byli to rodzina cesarza, najwyżsi urzędnicy państwowi i eunuchowie. Ci ostatni to strażnicy, którzy byli kastrowani, żeby mieć pewność, że nie będą ojcami dzieci kogoś z wyższych sfer.

Fosa otaczająca Zakazane Miasto
Fosa otaczająca Zakazane Miasto
Ogród cesarski, przepiękny!
Ogród cesarski, przepiękny!

Wszystkie budynki znajdujące się wewnątrz kompleksu zostały wybudowane na planie kwadratu przy zachowaniu ładu kosmicznego i zasady feng shui, która mówi o harmonii pomiędzy człowiekiem, a naturą. Można powiedzieć, że jest to architektoniczny masterpiece, nic nie jest tu przypadkowe, każdy detal ma jakieś znaczenie i każda budowla stworzona jest w konkretny sposób. Przykładowo wiele elementów na budynkach jest wielokrotnością dziewiątki, która jako najwyższa z nieparzystych cyfr przypisana była cesarzowi (Synowi Niebios). Wszelkie zabudowania mają charakterystyczne kolory zarezerwowane tylko dla cesarza – czerwone ściany i złoto-brązowe dachy. Na dachach można dostrzec figury z mitologii, które miały chronić przed demonami. Takich symboli i elementów zabudowy jest mnóstwo, a to wszystko zostało stworzone w zaledwie 14 lat! Chińczycy to jednak potrafią.

pekinn-8

Po kilku godzinach spędzonych w Zakazanym Mieście i parku Jingsan byliśmy mega głodni. Szukaliśmy jakiegoś street foodu, ale na próżno. Naprawdę ciężko w Pekinie o małe stragany z jedzeniem na ulicy… W końcu, spacerując już jakiś czas, Olas triumfalnie powiedział „czuję jedzenie!” i faktycznie zaraz za rogiem zobaczyliśmy dłuuuugą ulicę z różnymi przekąskami, czyli to, co lubimy najbardziej. Na początek kupiliśmy sobie coś, co smakowało jak wegetariańskie sajgonki. No dobre, ale Olo domagał się mięcha. Spojrzeliśmy w kierunku pana, który przygotowywał jakieś dania w małych kubeczkach, wyglądało to jak kawałki mięsa w ciemnym sosie posypane szczypiorkiem. Kupiliśmy jedną porcję, Olo wziął kawałek i przekazał kubeczek do mnie… O nieeeee, ja tego nie zjem! To coś śmierdziało obrzydliwą kupą i było brązowe! Dopiero później dostrzegliśmy szyld z napisem „stinky tofu”… Nie wiem jak ludzie mogą to jeść, więc podejrzewam, że wymyślono to, żeby robić sobie żarciki z turystów w stylu: „buehehe kolejny kupił śmierdziucha w kubku!”. Musieliśmy szybko zabić ten smak i zapach, więc kupiliśmy tradycyjne pierożki chińskie dim sum i więcej już nie eksperymentowaliśmy z jedzeniem w Chinach. Chociaż można było kupić pieczonego gołębia (kto mnie zna, ten wie, że ich nie cierpię, jak można je jeść?!), robaki na patyku, które jeszcze się ruszały, czy koniki morskie albo rozgwiazdy. Gdy już dotarliśmy do domu to sprawdziliśmy, co to za miejsce i okazało się, że ulica nazywa się Wangfujing i jest jedną z popularniejszych wśród turystów. Faktycznie, były tam tłumy, ale jedzenie nie było szczególnie dobre, więc w sumie nie bardzo polecamy jako miejscówkę do zabicia głoda. Ewentualnie do pooglądania dziwnych smakołyków albo testowania jak bardzo jest się odpornym na smrodek tofu w brązowym sosie:)

Gołąbki... trochę niż te, które robi mama i babcia
Gołąbki… trochę niż te, które robi mama i babcia
Ruszające się robaki, suche robaki i koniki morskie
Ruszające się robaki po lewej, suche robaki po prawej i koniki morskie z tyłu

Tego dnia już mieliśmy dosyć wrażeń w chińskiej stolicy, więc wybraliśmy się jeszcze do sklepu po piwka na dobre zakończenie dnia dla nas i Zhe. Jak je przynieśliśmy to powiedział, że chińskie browary są mega szajsowate, także tego… nie wyszło nam:) Ale liczy się gest, nie?

(Visited 440 times, 1 visits today)

3 Komentarze

  1. Ali 23 marca 2016 at 13:19

    A ja ciągle powtarzam, że stinky tofu było najlepszym z tofu, jakie jadłam, bo przynajmniej miało smak :)) Może moje po prostu nie było aż takie śmierdzące?
    Z perspektywy czasu wydaje mi się (bo może pozapominałam po tych paru latach), że w Pekinie najłatwiej na ulicy trafić na bataty, kasztany lub świeże owoce. Ale – tak szczerze – jedząc budżetowo nieco zawiodłam się chińskimi kulinariami… za to lubiłam sobie wciągnąć piwko liczi lub ananasowe 🙂 Może dlatego, że nie jestem piwoszem.

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie,
    Ali

    odpowiedz
    1. Agata 13 września 2016 at 03:46

      No nie gadaj! Ja nie byłam w stanie tego nawet spróbować, bo taaaaaak okrutnie śmierdziało. Naprawdę, w żadnej toalecie na świecie (nawet chińskiej!) nie poczułam takiego smrodu jak z tego małego kubeczka;p Może nasze było do tego jeszcze bardzo bardzo stare, haha 😀

      Co do street foodu to w Pekinie było bardzo słabo, dosłownie 2-3 opcje do wyboru widzieliśmy na ulicach. Też staraliśmy się jeść budżetowo i głównie w niskiej cenie znajdowaliśmy dim sumy. Poza tym wybór był słaby:( A piwek nie spróbowaliśmy, brzmią ciekawie!!

      odpowiedz
  2. Pingback: Chiny w 3 minuty - video relacja z podróży | STO historii

nie bądź wiśnia, daj znać co sądzisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *