Wielu z Was może zadawać sobie pytanie: jak oni ogarniają życie w samochodzie? Skąd prąd? Jak gotują? Gdzie się myją? I w ogóle jak wytrzymać w takiej klaustrofobii przez miesiąc? Jak wygląda dzień z życia w vanie (haha, powiedzcie szybko „życie w vanie”, ja zawsze jak to wymawiam to brzmi jak „życie w wannie”)? Chodźcie, pokażemy Wam!

Zaczynamy dzień jak każdy – od pobudki. Wstajemy zazwyczaj między 7:30 – 8:30. Olo zawsze pierwszy, ja jakoś nie mogę wygrzebać się z ciepłego śpiwora:) Najgorsze były zimne noce na wschodniej części południowej wyspy i moment wyturlania się ze śpiwora i zakładania zimnych ciuchów, brrrr. Staraliśmy się je ogrzać przed założeniem, ale nie za bardzo to pomagało. Do perfekcji opanowaliśmy już zakładanie ubrań na leżąco, trochę wyglądamy wtedy jak dwie gąsienice.

Sypialnia aka kuchnia
Sypialnia aka kuchnia
Pobuda z krowami
Pobuda z krowami

Później przychodzi czas na śniadanie, poranną toaletę i często mycie garów z dnia poprzedniego. Zazwyczaj zatrzymujemy się w pobliżu rzek lub jezior na noc i z rana Olo chodzi z dużą michą po wodę. Jeśli chowamy się na noc gdzieś w lesie i nie ma tam dostępu do żadnego źródełka, mamy swój 20-litrowy zbiornik na wodę, więc jesteśmy gotowi na wszystko! Naszym śniadaniem numer jeden jest własna wersja jogurtu z muesli, upgrade’owanym rodzynkami i od czasu do czasu owocami. Nie przejadło nam się to jeszcze, a jest mega łatwe i szybkie do przygotowania, zatem wpychamy to w siebie niemal każdego dnia (z przerwą na bułki i jajka).

Myju myju, szoru szoru
Myju myju, szoru szoru
No moustache!
No moustache!
Jajca od wolnej kurki!
Jajca od wolnej kurki!
Śniadanie nad jeziorem Tekapo
Śniadanie nad jeziorem Tekapo

Co później? W 98% sytuacji ruszamy dalej i zwiedzamy. Jeśli wiemy, że coś zajmie nam cały dzień, tak jak górskie wyprawy, wstajemy nawet jeszcze wcześniej. Pakujemy wodę i ciastka w plecaki i maszerujemy pod górę albo zakładamy trapery i przez błoto i dżunglę przedostajemy się do pięknych, lazurowych jezior. Jedziemy turbo krętą drogą wzdłuż oceanu, a ja śpiewam Olasowi piosenki:) Innym razem jemy lekkie śniadanie, bo godzinę później skaczemy na bungee z 43m. Czy tam jeszcze robimy rozgrzewkę i skaczemy do lodowatej rzeki z bujającego się, 10 metrowego mostu. Miejsc do zobaczenia w Nowej Zelandii jest tyle, że życia by nam chyba nie starczyło, żeby odwiedzić je wszystkie, ale staramy się zwiedzać DUŻO.

Co z pozostałymi 2%? To dni kiedy leje, póki co zdarzyły się takie trzy, w tym raz w wyniku 24-h ulewy zobaczyliśmy mini powódź w Nowej Zelandii. W takie dni, jeśli nie jesteśmy na Wypizdowiu Wielkim, staramy się skorzystać z miejsc, w których znajdziemy: po pierwsze gniazdko z prądem i po drugie, choć niekoniecznie – Internet. Ładujemy wtedy przede wszystkim laptopa, bo resztę sprzętów możemy łatwo naładować w samochodzie. Ja ogarniam zazwyczaj zdjęcia, których mamy milion pińcet, a Olo… w zasadzie to czyta książkę albo sprawdza jakieś kolejne punkty do odwiedzenia na drodze. Teraz idzie do swojego ulubionego miejsca w każdym mieście, czyli i-Site:)

W międzyczasie nachodzi nas wielki głód i trzeba upichcić obiad. Czasami wyciągamy naszą kuchenkę gazową i gotujemy na ławce przy oceanie, w parku albo na parkingu. Od czasu do czasu trafialiśmy w bardziej turystycznych miejscach (np. w Mt Cook village) na specjalne budynki do gotowania – czyli cztery ściany i dach, w środku stoły, ławki i zlewy. Wystarczające żeby wygodnie przyrządzić obiad bez upierdliwego wiatru, przed którym trzeba chować gotującą się wodę na ryż. Innym razem otwieramy bagażnik, zwijamy materac i z tyłu robimy sobie kuchnię – również kiedy leje.

Kuchnia aka sypialnia
Kuchnia aka sypialnia

vanlife-6

vanlife-7
Gotowanie przy jeziorze
vanlife-23
Gotowanie przy plaży
Olo i fanki jego kuchni
Olo i fanki jego kuchni
Tu się gotuje!
Tu się gotuje!
Voila!
Voila!
Skitrani gdy leje
Skitrani, gdy leje
Skitrani, gdy słońce praży
Skitrani, gdy słońce praży

Nie codziennie, ale co 2-3 dni musimy uzupełnić wodę do picia i do gotowania/mycia. Skąd? Nie, nie pukamy do czyjejś chaty z pytaniem, czy odkopsnie nam 20 litrów wody, ani nie chodzimy do supermarketowych łazienek, wciskając butelki pod krany, z których woda leci 5 sekund. W Nowej Zelandii jest coś super ekstra i są to kraniki porozrzucane po miastach i wiochach, z których w 90% przypadków leci woda pitna (przez miesiąc może 5 razy kupiliśmy coś do picia!). Znaleźć je można przy stacjach benzynowych, i-Site’ach, parkach, toaletach publicznych, parkingach i w wielu innych miejscach. Minus jest taki, że im miejscowość bliżej oceanu/morza tym bardziej woda ma chlorowaty posmak. Za to im bliżej gór – o mniami, taka jest dobra.

Woda, woda!
Woda z wora!

A prysznic? Czy jesteśmy cebulaki na całego? Prysznic spokojnie można brać codziennie lub co drugi dzień. Jest mnóstwo miejsc, w których od 1-3$ dostaniemy dostęp do gorącego prysznica (od 5 minut do nielimitowanego czasu, o jaka fiesta wtedy jest!), a czasami nawet za free. Kąpiemy się na basenach, w hostelach, przy campsite’ach, w publicznie dostępnych prysznicach (raz nawet kobita zaproponowała mi swoją suszarkę do włosów, hoho!) albo pod naszym prysznicem solarnym. Wszędzie jest czysto i schludnie, a grzyb nie wyrasta w kącie, o nie nie.

Pod koniec dnia pozostaje nam znalezienie miejsca na nockę. Póki co zapłaciliśmy za miejsce do spania pięć razy, gdy korzystaliśmy z płatnych, DOC-owskich campsite’ów plus za schronisko Mueller Hut. Resztę nocy spędziliśmy na dziko – na parkingach, nad jeziorami, nad oceanem, na wjeździe do lasu z widokiem na oświetlone miasto, nad rzekami. Poza tym korzystaliśmy z darmowych i legalnych campsite’ów zorganizowanych przez DOC lub miasta (np. parking w centrum Nelson, gdzie można legalnie zostać za darmo na noc). Czy łatwo znaleźć miejsce do spania na dziko? Średnio. Co chwilę wzdłuż dróg widzimy zagrodzone, prywatne tereny. Nawet niektóre atrakcje turystyczne znajdują się na terenach prywatnych! Ale dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych tylko trzeba odpowiednio wcześniej rozpocząć poszukiwania:)

Spanie nad oceanem
Spanie nad oceanem
Spanie pod lasem z widokiem na miasto
Spanie pod lasem z widokiem na miasto
Spanie darmowo i legalnie :)
Spanie darmowo i legalnie (DOC campsite)
Spanie na parkingu w centrum miasta (legalnie, wokół same backpackerskie auta:))
Spanie na parkingu w centrum miasta (legalnie, wokół same backpackerskie auta:))
Spanie na darmowym campsite z krowami w gratisie
Spanie na darmowym campsite z krowami w gratisie

Na koniec dnia czas na kolację i… no właśnie. Słońce w Nowej Zelandii obecnie zachodzi około 19:30, a my nie mamy prądu. Ale mamy czołówki! Zatem wieczory spędzamy na graniu w karty, jedzeniu chipsów i piciu browarów, hehe. Nie no aż tak dobrze nie jest, ale od czasu do czasu sobie te dwie ostatnie rzeczy serwujemy. Czytamy książki (tzn. ja czytałam, ale Pocketbook mi spadł i umarł na zawsze, co bardzo przeżywam:( Byłam w środku zajebistego, szwedzkiego kryminału, akcja się rozwijała i BACH!). No i co… chodzimy spać między 21-22 jak dwa dziadki, dlatego wstajemy tak wcześnie. Chyba nigdy nie będziemy tak wyspani jak podczas marcowego roadtripa!

vanlife-12

No i są te browaryyyy!
No i są te browaryyyy!

Także tego, dobranoc, pchły na noc.

PS. W klaustrofobii da się żyć na luzie, bo spędza się dobre 2/3 doby poza nią:) Hejże, przyjechaliśmy tu w końcu żeby obczaić true and pure New Zealand, a nie siedzieć w aucie.

Chcecie więcej postów z życia w vanie? Dajcie znać!

Łiiiiii, jest tak supeeer!
Łiiiiii, jest tak supeeer!
(Visited 726 times, 1 visits today)

16 Comments

  1. Ola 26 marca 2016 o 21:10

    Jeszcze raz powtórzę: jesteście super mega hiper fajni 🙂 Uwielbiam tą pozytywną energię płynącą z postów i historii! Kiedyś objadę Australię vanem! Szerokiej drogi 🙂

    1. Agata 13 kwietnia 2016 o 09:19

      Ola! Wielkie dzięki za miłe słowa :))) Kolejne historie z życia w vanie czekają na publikację 🙂
      Australię mamy w planie na przełomie listopada i grudnia, też będzie roadtrip!

  2. Kinga 13 kwietnia 2016 o 08:23

    Właśnie czytając takie wpisy mam motywacje, żeby W KONCU zrobic prawo jazdy. ;-D
    a tak szczerze mówiąc, to zawsze najbardziej mnie intrygowało właśnie jak to z higieną na takich road tripach dłuższych jest. 😉 Super wpis :3

    1. Agata 13 kwietnia 2016 o 09:20

      Hehe, ja nie mam prawka 😀 Na szczęscie Olo ma i uwielbia prowadzić, więc problem z głowy 😀

  3. Łukasz | Kartka z Podróży 13 kwietnia 2016 o 08:53

    No pewnie, że można i nawet jest się gdzie schować przed deszczem. Jak sobie radzicie w parowaniem w nocy, czy rano wszystkie szyby nie są pokryte szronem (jeżeli jest mróz) lub kroplami wody?

    1. Agata 13 kwietnia 2016 o 09:25

      Czasami uchylaliśmy okno na noc, ale pomagało to tylko podczas naprawdę ciepłych nocy. Jak mieliśmy z rana całe szyby mokre to po prostu odpalaliśmy odpowiednio wcześniej auto i włączaliśmy nawiew + przecieraliśmy przednią szybę, żeby Olo miał jak prowadzić 😉

  4. Epepa 13 kwietnia 2016 o 09:22

    Świetnie pokazaliście to wasze podróżnicze życie „od kuchni”. To musi być niesamowita przygoda budzić się codziennie w innym miejscu. Bardzo zainspirował mnie Wasz sposób podróżowania. Ba, jestem zachwycona!

    1. Olo 22 kwietnia 2016 o 00:41

      Dzięki! Sami byliśmy ciekawi jak to będzie wyglądało, więc stwierdziliśmy, że jak już wiemy to fajnie będzie to pokazać też innym!:) Nie ma co, obudzić się z widokiem Mt Cook albo słysząc szum fal to niezapomniane przeżycie.

  5. Pingback: Życie w vanie: co gotować? Proste, tanie i szybkie dania.

  6. Mmalena 19 kwietnia 2016 o 23:20

    Ciekawy post i ładne zdjęcia 🙂 Taki sposób podróżowania daje dużo, dużo wolności i ten niesamowity plus, że możecie zatrzymać się w każdym miejscu, które Was urzeknie. I tego chyba najbardziej mi brakuje gdy mknę gdzieś autobusem.

    1. Olo 22 kwietnia 2016 o 00:45

      Mmalena super, że się podoba:) Najlepsze jest to, że można zaplanować wszystko pod siebie, a potem swobodnie to zmieniać.

  7. Marcin 20 kwietnia 2016 o 16:12

    Muszę przyznać, całkiem porządnie macie ten temat ogarnięty, podziwiam! Najbardziej za wolność, którą Wam dają te 4 kółka + zawartość! Udanego podróżowania! 🙂

    1. Olo 22 kwietnia 2016 o 00:47

      Marcin dokładnie tak! To są chyba największe zalety tego sposobu podróżowania:) Pozdrawiam!

  8. Pingback: Życie w vanie: jak się urządzić i co kupić, by żyło się wygodnie?

  9. ssandrass 25 maja 2016 o 10:46

    Podróżowanie samochodem to chyba nasz ulubiony sposób na przemieszczanie się, a już na pewno w miejscach, w których są piękne widoki – zawsze można się zatrzymać o popodziwiać, popstrykać focie i w ogóle nie trzeba się nigdzie śpieszyć.
    Widzę też, że u Was pełna profeska 😀 my to malutki palniczek, dwa śpiworki i ciągły bałagan w samochodzie 😀 gratsy!

    1. Olo 26 maja 2016 o 03:33

      Sandra nasz też!:) I niewykluczone, że w Australii wynajmiemy auto tak jak Wy i będziemy spać na rozłożonych siedzeniach, czego w życiu jeszcze nie robiliśmy… no dobra, raz mi się zdarzyło na Półwyspie Helskim, ale z pełnym bagażem i małymi gabarytami auta naprawdę ciężko mi to sobie wyobrazić:D

nie bądź wiśnia i daj znać co myślisz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *